Deirdre się to nie podobało.
Nie jej praca, swoją pracę, chociaż odbiegała od jej ambicji, również lubiła. Jej dłonie były użyteczne, jej talenty przysługiwały się magicznej socjecie, opłacały również rachunki poza rodzicami, pozwalając na swobodę, jakiej Malfoyówna nie zaznała nawet na etapie edukacji w Hogwarcie. Nawet szaty z kontrowersyjnym dla wielu układem kolorów nie sprawiał jej ani wewnętrznej, ani zewnętrznej przykrości. Wewnętrznie wiedziała, że szata uzdrowiciela chroni jej własne ubrania przed zniszczeniem od eliksirów, ludzkich wydzielin i innych przykrych zdarzeń, a zewnętrznie? Jej blada uroda i prawie srebrne włosy stawały się jasnym płótnem, na którym wszystko wyglądało odpowiednio.
Deirdre nie podobał się jej tymczasowy gabinet, który przejęła po dyżurującym wcześniej uzdorwicielu, ciasny i zabałaganiony przez oryginalnego właściciela. Nie pamiętała czuję był to gabinet, a na drzwiach nazwisko zaklejono kartką, określającą pomieszczenie jako gabinet uzdorwiciela pierwszego kontaktu. Przesunięto ją tam ze względu na kiepską wydolność jej organizmu. Były drobne oznaki zadomowienia, papeteria ułożona idealnie trzy całe od brzegu biurka, perfekcyjnie równolegle do krawędzi, kartoteki włożone w metalową kuwetę równiutko przekładane, pozamykane i gotowe do odłożenia na miejsce przez personel z rejestracji.
Deirdre nie podobało się że ona, na stanowisku tymczasowym, przyjmowała Victorię Lestrange. Aurorzy w ogóle nie byli lubianą grupą przez uzdrowicieli ze względu na szeroki zakres możliwych przypadłości, z jakimi takowy mógł przychodzić. Obite żebra, złamana kość, amputacja, wadliwa transmutacja czy może klątwa, która może zabić i pacjenta i medyka? Zakręć kołem losującym i sprawdź. Przy urazach zwierzęcych proces był dość prosty bo ofiara albo wiedziała, co ją zaatakowało albo uraz bardzo szybko odkrywał, jakie powinno być leczenie. Tymczasem tego dnia Malfoyówna przyjęła dwójkę dzieci z objawami tej samej choroby wieku dziecięcego i powiadomiła o tym listownie placówkę opiekuńczo-wychowawczą, starszą panią, której dolegała starość, a tak na prawdę chciała się rozejrzeć po ofiarach Spalonej Nocy, bo sama spędziła ją po drugiej stronie Kanału Angielskiego, we Francuskim uzdrowisku oraz przyszłego pana młodego z impotencją wynikającą ze stresu. To jednak była wnuczka jej pracodawczyni.
Jasne oczy Malfoyówny przebiegały po kolejnych stronach karteki bardzo pobieżnie. Na Boginię, nie zazdrościła Lestrange, patrząc na doświadczenia, ale na Boginię, zazdrościła jej. I na dodatek wyglądała, jak z okładki Czarownicy. Życie było niesprawiedliwe. Jak ona, czarownica pośledniej urody, na dodatek bez dobrego posagu, miała znaleźć męża, gdy takie cudo nadal chodziło niezamężne.
— Co panią sprowadza, pani Lestrange? Jakieś, yyym. Powikłania poprzednich urazów? Nie wygląda pani na ranną.
Jej ton brzmiał, jakby zakończyła dokończyć zdanie, jakby miała kontynuować słowa, a wcale nie chciała, więc tylko chrzaknęła, sztucznie stawiając kropkę na końcu swojego zdanie. Wpatrywała się w Victorię bladymi oczami, układając kartotekę na biurku i zapisując bardzo oszczędnym charakterem pisma datę.
W całym zamieszaniu Spalonej Nocy, Deirdre Mafloy wyglądała wyjątkowo czysto. To nie tak, że inni się nie myli, ale wszechobecny popiół wżerał się w skórę i znakomita większość, pomimo regularnego zachowania higieny, nosiła ślady w porach czy liniach papilarnych, spalenizny. U Deirdre problem był w drugą stronę, jej skóra wyraźnie była wyszorowana aż za nadto, zaczerwieniona i aż zdarta w okolicy kostek na dłoniach, ale całkowicie czysta. Kobieta musiała spędzić bardzo dużo czasu na szorowaniu ich aż do krwi. Paznokcie miała również obcięte tak dokładnie, że zamiast białych półksiężyców, były tylko blade, cienkie jak żyletka, linie, aby przycięcie nie bolało.
ko