28.01.2026, 21:21 ✶
A gdzie w tym jakaś frajda?, odpowiedział bezgłośnie, rezygnując tym samym z wejścia w dyskusję na ten temat. Przezorność. Bezpieczeństwo. Procedury. Nic dziwnego, że celowała w pracę w szpitalu. Eliasz w pełni rozumiał, że pewne zasady były potrzebne; bez nich społeczeństwo nie mogłoby funkcjonować normalnie. Ale nie trzeba było się do nich stosować na każdym kurde kroku. Byli przecież tacy młodzi, mogli sobie pozwolić na chwilę luzu, zamiast wcielać się w rolę starych dziadów, dla których istniały tylko regulaminy.
— Pff… Ja też je mam. Jakieś tam. Po prostu są inne od waszych — odparł w kontrze do słów siostry. — Wiesz, nie każdy marzy o tym, żeby kroić ludzi w szpitalu albo sondować ich ciała w poszukiwaniu chorób i klątw przez całe dnie. Ja wiem, że się do tego nie nadaje. Moja noga nigdy nie przestąpi progu sali operacyjnej... Chyba, że bez reszty mojego ciała. — Skrzywił się na myśl o tym scenariuszu. — Więc po prostu uzgodnijmy, że ja po prostu lepiej odnajduję się pośród swoich ''rysuneczków'', okej?
Gdyby w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie przykładano jakąkolwiek wagę do umiejętności artystycznych, to może sprawy miałyby się nieco inaczej. Może obrana przez niego ścieżka rozwoju spotkałaby się z większą aprobatą. A tak? Znacząca większość uczniów łączyła swoją przyszłość z jakimś magicznym biznesem. Różdżkarstwo. Quidditch. Ministerstwo Magii. A Eliasz? Najchętniej zamknąłby się w jakiejś pracowni i zajął się swoimi szkicami. Czy będzie mu dane tak skończyć? Trochę w to wątpił. Nie miał wystarczająco dobrych tyłów. Znajomości. Patronów sztuki. Pokręcił powoli głową, odsuwając od siebie tę myśl.
— Oczywiście, że ci się odpłacę. Co ty myślisz, że ja głupi jestem? — rzucił do Prudence, przyglądając jej się przez nieco zbyt długą chwilę. Zmrużył oczy. — Albo wiesz co? Nie odpowiadaj. Po prostu... W razie czego przyjmiesz świadczenie pielęgnacyjne za mnie w ramach rekompensaty, co nie? — Uniósł brwi, starając się nie parsknąć śmiechem. — Wiesz, to mógłby być złoty okres twojego życia. Wypłata, profity z samego aktu mojego istnienia... Może nawet zdołałabyś zrobić ze mnie swoją maskotkę.
Powinna to przemyśleć. Opieka nad Eliaszem mogła się okazać niezmiernie lukratywnym biznesem.
Plan zadziałał wręcz d o s k o n a l e. Z perspektywy czasu Eliasz będzie wspominać ten moment jako jedno ze swoich największych osiągnięć sportowych. W Yule 1954 mógłby śmiało rywalizować z najlepszymi szukającymi w kraju, próbując podporządkować zaczarowane bombki swojej woli. Ba, był nawet lepszy od tych graczy quidditcha! Szukający uganiali się tylko za jedną złotą piłeczką, a on miał do czynienia z całą armią! Czy brakowało mu gracji? Owszem, ale starał się nadrabiać to swoją pasją; jego ciało wykręcało się na wszystkie strony, próbując stworzyć blokadę, która zmusi bombki do zmienienia trasy, a kiedy te zorientowały się, że walka z ruchomą przeszkodą nie ma najmniejszego sensu... Pofrunęły ku Prudence.
Rodzeństwo już od dawna nie działało w takiej harmonii. Oboje wywiązali się ze swoich zadań wyśmienicie. Chociaż Prudence w pierwszej chwili mogła się obawiać, że jej chwyt mógł być nieco zbyt mocny (w końcu nie chciała zniszczyć ozdób!), tak dość szybko okazało się, że wykorzystała akurat tyle siły, aby osiągnąć swój cel. Po pochwyceniu łańcucha bombki momentalnie zmieniły trajektorię lotu, kierując się po miękkiej warstwie śniegu, a gdy na nią opadły, momentalnie znieruchomiały. Jedynie ta, która znajdowała się na przodzie tego wyścigu, toczyła się powoli się małej zaspie, jakby próbowała ostatkiem sił spróbować ucieczki.
— No... To chyba... Się... Udało? — wystękał Elias, przebijając się przez śnieg w kierunku swojej siostry. Przez dłuższą chwilę dyszał jak zziajany pies, wystawiając przez zęby czubek języka. — Myślisz... Myślisz, że już nie żyją? Nie wstaną?
— Pff… Ja też je mam. Jakieś tam. Po prostu są inne od waszych — odparł w kontrze do słów siostry. — Wiesz, nie każdy marzy o tym, żeby kroić ludzi w szpitalu albo sondować ich ciała w poszukiwaniu chorób i klątw przez całe dnie. Ja wiem, że się do tego nie nadaje. Moja noga nigdy nie przestąpi progu sali operacyjnej... Chyba, że bez reszty mojego ciała. — Skrzywił się na myśl o tym scenariuszu. — Więc po prostu uzgodnijmy, że ja po prostu lepiej odnajduję się pośród swoich ''rysuneczków'', okej?
Gdyby w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie przykładano jakąkolwiek wagę do umiejętności artystycznych, to może sprawy miałyby się nieco inaczej. Może obrana przez niego ścieżka rozwoju spotkałaby się z większą aprobatą. A tak? Znacząca większość uczniów łączyła swoją przyszłość z jakimś magicznym biznesem. Różdżkarstwo. Quidditch. Ministerstwo Magii. A Eliasz? Najchętniej zamknąłby się w jakiejś pracowni i zajął się swoimi szkicami. Czy będzie mu dane tak skończyć? Trochę w to wątpił. Nie miał wystarczająco dobrych tyłów. Znajomości. Patronów sztuki. Pokręcił powoli głową, odsuwając od siebie tę myśl.
— Oczywiście, że ci się odpłacę. Co ty myślisz, że ja głupi jestem? — rzucił do Prudence, przyglądając jej się przez nieco zbyt długą chwilę. Zmrużył oczy. — Albo wiesz co? Nie odpowiadaj. Po prostu... W razie czego przyjmiesz świadczenie pielęgnacyjne za mnie w ramach rekompensaty, co nie? — Uniósł brwi, starając się nie parsknąć śmiechem. — Wiesz, to mógłby być złoty okres twojego życia. Wypłata, profity z samego aktu mojego istnienia... Może nawet zdołałabyś zrobić ze mnie swoją maskotkę.
Powinna to przemyśleć. Opieka nad Eliaszem mogła się okazać niezmiernie lukratywnym biznesem.
Plan zadziałał wręcz d o s k o n a l e. Z perspektywy czasu Eliasz będzie wspominać ten moment jako jedno ze swoich największych osiągnięć sportowych. W Yule 1954 mógłby śmiało rywalizować z najlepszymi szukającymi w kraju, próbując podporządkować zaczarowane bombki swojej woli. Ba, był nawet lepszy od tych graczy quidditcha! Szukający uganiali się tylko za jedną złotą piłeczką, a on miał do czynienia z całą armią! Czy brakowało mu gracji? Owszem, ale starał się nadrabiać to swoją pasją; jego ciało wykręcało się na wszystkie strony, próbując stworzyć blokadę, która zmusi bombki do zmienienia trasy, a kiedy te zorientowały się, że walka z ruchomą przeszkodą nie ma najmniejszego sensu... Pofrunęły ku Prudence.
Rodzeństwo już od dawna nie działało w takiej harmonii. Oboje wywiązali się ze swoich zadań wyśmienicie. Chociaż Prudence w pierwszej chwili mogła się obawiać, że jej chwyt mógł być nieco zbyt mocny (w końcu nie chciała zniszczyć ozdób!), tak dość szybko okazało się, że wykorzystała akurat tyle siły, aby osiągnąć swój cel. Po pochwyceniu łańcucha bombki momentalnie zmieniły trajektorię lotu, kierując się po miękkiej warstwie śniegu, a gdy na nią opadły, momentalnie znieruchomiały. Jedynie ta, która znajdowała się na przodzie tego wyścigu, toczyła się powoli się małej zaspie, jakby próbowała ostatkiem sił spróbować ucieczki.
— No... To chyba... Się... Udało? — wystękał Elias, przebijając się przez śnieg w kierunku swojej siostry. Przez dłuższą chwilę dyszał jak zziajany pies, wystawiając przez zęby czubek języka. — Myślisz... Myślisz, że już nie żyją? Nie wstaną?