08.03.2023, 00:25 ✶
Mężczyzna był niski, otyły. Miał pewnie przynajmniej sześćdziesiąt wiosen. Im bliżej niego Mavelle była, tym wyraźniej widziała, że ubrany był trochę staroświecko, przesadnie elegancko. Miał spodnie zaprasowane na kant, białą koszulę i szarą kamizelkę. Uśmiechnął się przyjaźnie do brygadzistki.
- Straszna dzisiaj pogoda, co? - zagaił. Cofnął się w drzwiach, by umożliwić Bones wejście do środka. - Taki deszcz. Wiosnę czuć w powietrzu. Zawsze powtarzam, że takie deszcze to na wiosnę idą. Byle tylko nie zalało pastwisk. Jak zaleje pastwiska, to krowy będą musiały zostać przez kilka dni w oborze a tego nie lubią.
Mavelle znalazła się w dość eleganckim korytarzu, który musiał być zrobiony na podobieństwo tych należących do mugolskiej arystokracji. Na ścianach gościły ciemne, eleganckie tapety, była też drewniana boazeria (utrzymana w tej samej kolorystyce i pewnie z tego samego drewna co podłoga). Jedne z drzwi były otwarte. Bones słyszała dochodzące ze środka kobiece głosy.
Mężczyzna zamknął drzwi wejściowe.
- Nazywam się pan Binns – przedstawił się, jednocześnie wreszcie odpowiadając na jej pytanie. – Widzę, że jesteś strasznie przemoczona. Trzeba ci przynieść jakiś ręcznik. I może coś ciepłego do wypicia? – zastanowił się. – Ale najpierw… - uniósł palec do góry by zwrócić na siebie jej uwagę.
Podszedł do drzwi, zza których słyszała kobiece głosy i otworzył je szerzej.
- Colette, Flosie, Luno i Mabel, mamy gościa! – zawołał. – Poznajcie… - urwał, czekając aż Mavelle sama się przedstawi.
W sporej wielkości saloniku siedziały cztery kobiety. Colette była smutkłą, eteryczną blondynką, która haftowała siedząc przy oknie. Flosie korpulentnym rudzielcem, która z zacięciem grała w karty z czarnowłosą Luną. Mabel, najmłodsza z całego towarzystwa, była jednocześnie najbardziej podobna do pana Binnsa (choć podobieństwo wyrażało się raczej w kształcie twarzy i lekko kartoflanym nosie niż nadwadze, bo tej nie miała). Siedziała w fotelu i karmiła sporej wielkości, białego jak mleko, charta angielskiego. Wszystkie cztery uniosły głowy by popatrzeć na Mavelle. To samo zrobił również pies.
- Ocho – powiedział pierwszy. – Ale będzie sprzątania! Z ciebie dosłownie płynie!
- Cicho, Osmel! – ofuknęła go Mabel. – To nieładnie tak mówić!
Colette podniosła się ze swojego miejsca przy oknie. Odłożyła robótkę ręczną na stolik. Wyglądała na najstarszą z sióstr – choć między wszystkimi było maksymalnie dziesięć lat różnicy i żadna nie przekroczyła jeszcze trzydziestego roku życia (a Mabela wyglądała na góra piętnaście lat).
- Przyniosę ci jakiś ręcznik – zaproponowała, spoglądając Mavelle. Policzki na jej bladej twarzy poczerwieniały lekko. Odwróciła się do jednej z sióstr. – Luno, chodź ze mną, przyniesiesz herbaty. Ona powinna się rozgrzać. Inaczej się zaziębi.
Luna zmarszczyła brwi. Odłożyła swoje karty na stolik a potem grzecznie ruszyła za Colette. Obie wyszły z pokoju. Pan Binns uśmiechnął się przyjaźnie do Bones.
- Ogrzej się przy kominku – zaproponował. – Co cię w ogóle sprowadziło w te strony? Rzadko miewamy gości. Dlatego bardzo się cieszymy, gdy ktoś nas odwiedza.
Na kominku trzaskał ogień. Sprawiał, że w pomieszczeniu było ciepło, przyjemnie i jeszcze jaśniej. Jakby na przekór ciepłu panującemu w salonie, za oknem ciągle lało. Chart angielski porwał kolejny kawałek szynki, który podała mu Mabel.
- Podzieliłbym się z tobą, ale ludzie rzadko chcą jeść z podłogi – usprawiedliwił się.
- Straszna dzisiaj pogoda, co? - zagaił. Cofnął się w drzwiach, by umożliwić Bones wejście do środka. - Taki deszcz. Wiosnę czuć w powietrzu. Zawsze powtarzam, że takie deszcze to na wiosnę idą. Byle tylko nie zalało pastwisk. Jak zaleje pastwiska, to krowy będą musiały zostać przez kilka dni w oborze a tego nie lubią.
Mavelle znalazła się w dość eleganckim korytarzu, który musiał być zrobiony na podobieństwo tych należących do mugolskiej arystokracji. Na ścianach gościły ciemne, eleganckie tapety, była też drewniana boazeria (utrzymana w tej samej kolorystyce i pewnie z tego samego drewna co podłoga). Jedne z drzwi były otwarte. Bones słyszała dochodzące ze środka kobiece głosy.
Mężczyzna zamknął drzwi wejściowe.
- Nazywam się pan Binns – przedstawił się, jednocześnie wreszcie odpowiadając na jej pytanie. – Widzę, że jesteś strasznie przemoczona. Trzeba ci przynieść jakiś ręcznik. I może coś ciepłego do wypicia? – zastanowił się. – Ale najpierw… - uniósł palec do góry by zwrócić na siebie jej uwagę.
Podszedł do drzwi, zza których słyszała kobiece głosy i otworzył je szerzej.
- Colette, Flosie, Luno i Mabel, mamy gościa! – zawołał. – Poznajcie… - urwał, czekając aż Mavelle sama się przedstawi.
W sporej wielkości saloniku siedziały cztery kobiety. Colette była smutkłą, eteryczną blondynką, która haftowała siedząc przy oknie. Flosie korpulentnym rudzielcem, która z zacięciem grała w karty z czarnowłosą Luną. Mabel, najmłodsza z całego towarzystwa, była jednocześnie najbardziej podobna do pana Binnsa (choć podobieństwo wyrażało się raczej w kształcie twarzy i lekko kartoflanym nosie niż nadwadze, bo tej nie miała). Siedziała w fotelu i karmiła sporej wielkości, białego jak mleko, charta angielskiego. Wszystkie cztery uniosły głowy by popatrzeć na Mavelle. To samo zrobił również pies.
- Ocho – powiedział pierwszy. – Ale będzie sprzątania! Z ciebie dosłownie płynie!
- Cicho, Osmel! – ofuknęła go Mabel. – To nieładnie tak mówić!
Colette podniosła się ze swojego miejsca przy oknie. Odłożyła robótkę ręczną na stolik. Wyglądała na najstarszą z sióstr – choć między wszystkimi było maksymalnie dziesięć lat różnicy i żadna nie przekroczyła jeszcze trzydziestego roku życia (a Mabela wyglądała na góra piętnaście lat).
- Przyniosę ci jakiś ręcznik – zaproponowała, spoglądając Mavelle. Policzki na jej bladej twarzy poczerwieniały lekko. Odwróciła się do jednej z sióstr. – Luno, chodź ze mną, przyniesiesz herbaty. Ona powinna się rozgrzać. Inaczej się zaziębi.
Luna zmarszczyła brwi. Odłożyła swoje karty na stolik a potem grzecznie ruszyła za Colette. Obie wyszły z pokoju. Pan Binns uśmiechnął się przyjaźnie do Bones.
- Ogrzej się przy kominku – zaproponował. – Co cię w ogóle sprowadziło w te strony? Rzadko miewamy gości. Dlatego bardzo się cieszymy, gdy ktoś nas odwiedza.
Na kominku trzaskał ogień. Sprawiał, że w pomieszczeniu było ciepło, przyjemnie i jeszcze jaśniej. Jakby na przekór ciepłu panującemu w salonie, za oknem ciągle lało. Chart angielski porwał kolejny kawałek szynki, który podała mu Mabel.
- Podzieliłbym się z tobą, ale ludzie rzadko chcą jeść z podłogi – usprawiedliwił się.