29.01.2026, 00:36 ✶
Zacisnęła zęby, czując nagłe ukłucie. Bo przecież nie była malarką. Przynajmniej nie oficjalnie. To słowo nie należało do niej, nie było tytułem, którym mogła się posługiwać, ani rolą, którą wolno jej było przyjąć bez konsekwencji. Malowanie istniało w jej życiu jak sekretna komnata w rodowym domu zamknięta na klucz. Wiedziała o tym rodzina. Wiedział on. Jednak to wystarczało, by poczuła się teraz odsłonięta, niemal przyłapana.
- Cicho, bo jeszcze ktoś usłyszy - mruknęła, a jej oczy zbyt długo spoczywały na darze, który niosła. Zbyt uważnie śledziły każdy załom płótna pod lnianym okryciem, jakby mogły wzrokiem wygładzić miejsca, które tylko ona wiedziała, że istnieją. Mankamenty, które tylko ona widziała. Nie musiała niczego potwierdzać, żeby odczytał prawdę z jej twarzy.
Na wzmiankę o lekturze w jej reakcję nie wdało się ani grama tej wyćwiczonej powściągliwości, którą zwykle nosiła z dumą. Oczy wywróciły się same, z lekko przesadzonym ruchem, zdradzającym irytację podszytą czymś bardzo bliskim rozbawieniu. Łokieć uderzył go w żebra chwilę później - krótko, celnie, z siłą wystarczającą, by była odczuwalna, ale nie na tyle, by można było nazwać ją prawdziwym ciosem. Raczej sygnałem.
Kiwnęła głową z lekkim uśmiechem, bo od początku wiedziała, że nie podjąłby się tego zadania dobrowolnie.
- Robi wrażenie - stwierdziła, patrząc na jego smoczy wianek. Faktycznie rzucał się w oczy, co nie było w stylu mężczyzny, ale przynajmniej mógł położyć go z dumą na ołtarzu, zamiast wstydzić się byle jakiego wiechcia. Nie kwestionowała poglądów Leviego, nie narzucała mu swojego zdania. Jej religijność była intymna, skupiona do wewnątrz, pozbawiona ostentacji. Nie potrzebowała świadków ani potwierdzeń. Jeśli Matka miała coś przyjąć, zrobiłaby to niezależnie od jego przekonań. Astoria była tego spokojnie pewna.
- Z pewnością ma talent - przyznała ze szczerym podziwem w głosie. Łatwo było wyobrazić sobie, jak wiele intencji włożono w ten jeden przedmiot, jak bardzo czyjeś ręce chciały, by ofiara była zauważona.
Ostrożnie wysunęła spod ramienia płaski pakunek, jakby nawet teraz bała się wykonać zbyt gwałtowny ruch. Rozwiązała go powoli, z niemal nabożną uwagą, pozwalając, by kolejne warstwy ochronne opadły jedna po drugiej. Obraz był niewielki, skromny w formacie, ale dopracowany w każdym detalu. A mimo to i tak nie był w pełni zadowolona. Wiedziała, że stać ją było na kupno czegokolwiek. Wiedziała też, że to nigdy by nie wystarczyło. Ten obraz nie powstał dlatego, że trzeba było coś złożyć. Powstał dlatego, że musiała to zrobić sama.
Ruszyła w stronę ołtarza wolnym krokiem, zostawiając Leviego w tyle. Dookoła ludzie szeptali modlitwy, ktoś zapalał świecę, ktoś inny ocierał oczy, ale dla niej ten gwar stopniowo cichł, rozmywał się, aż pozostał jedynie pulsujący trzask świętego ognia. Gdy dotarła do ołtarza, pochyliła głowę i ułożyła obraz ostrożnie na drewnianej powierzchni, między wieńcami i haftowanymi tkaninami. Przez krótką chwilę jej dłoń spoczywała jeszcze na ramce, jakby nie chciała jej wypuścić, jakby wraz z tym gestem oddawała coś więcej niż tylko przedmiot. Zapaliła świecę, a potem cofnęła rękę i zamknęła oczy.
Modlitwa przyszła sama, bez wysiłku. Najpierw prosiła o pomyślność dla rodziny i tych, którzy byli blisko, oraz tych, którzy pozostawali daleko, ale wciąż byli obecni w jej sercu. Prosiła o zdrowie, o spokój, o szczęście. O to, by nic więcej nie musiało zostać spalone, by strata przestała być codziennością. A potem jej myśli powędrowały ku mieszkaniu. Modliła się, by mury przestały dusić obcym zapachem, by powietrze odzyskało czystość, a noc nie przynosiła już niepokoju.
Gdy odchodziła od ołtarza czuła wewnętrzne pokrzepienie. Ba, wydawało jej się, że posąg Bogini się do niej uśmiechnął, ale wytłumaczyła to sobie nadmiernymi emocjami, może wpływem kadzideł. Niemniej faktycznie miała wrażenie, że jej modlitwy zostały wysłuchane.
Odsunęła się o krok, potem drugi, by dać Leviemu chwilę, stapiając się z tłumem na tyle, by nie stać nad nim jak nad uczniem przy egzaminie.
- I po krzyku - uśmiechnęła się lekko, gdy mężczyzna znów pojawił się obok. W tym momencie została też potrącona i kiedy już miała warknąć w niekoniecznie miłym tonie, spojrzała w górę i zobaczyła znajomą twarz Deirdre.
- Wesołego Mabon! Dobrze cię widzieć - uśmiechnęła się do kobiety i skinęła głową w odpowiedzi na pytanie. Nie skomentowała oczywistej niezręczności, by nie wprowadzać jej w większe zakłopotanie. - Ja w zasadzie tylko skromny obrazek, za to pan Rowle tutaj zaszalał z wieńcem. Na pewno zgadniesz, który należał do niego. - Skinieniem głowy wskazała ołtarz, na którym dumnie prezentował się jego stroik-smok. - Który jest twój? - zapytała, przenosząc wzrok na jej twarz, dopiero teraz rejestrując szczegóły. Nie zadawała pytań o dyżury ani o to, ile godzin Deirdre nie spała. To byłby gest pozornie uprzejmy, a w rzeczywistości zbędny. Wszystko było wypisane na niej zbyt wyraźnie. - Właściwie skąd się znacie? - dopytała jeszcze, a jej spojrzenie dryfowało między jednym a drugim.
- Cicho, bo jeszcze ktoś usłyszy - mruknęła, a jej oczy zbyt długo spoczywały na darze, który niosła. Zbyt uważnie śledziły każdy załom płótna pod lnianym okryciem, jakby mogły wzrokiem wygładzić miejsca, które tylko ona wiedziała, że istnieją. Mankamenty, które tylko ona widziała. Nie musiała niczego potwierdzać, żeby odczytał prawdę z jej twarzy.
Na wzmiankę o lekturze w jej reakcję nie wdało się ani grama tej wyćwiczonej powściągliwości, którą zwykle nosiła z dumą. Oczy wywróciły się same, z lekko przesadzonym ruchem, zdradzającym irytację podszytą czymś bardzo bliskim rozbawieniu. Łokieć uderzył go w żebra chwilę później - krótko, celnie, z siłą wystarczającą, by była odczuwalna, ale nie na tyle, by można było nazwać ją prawdziwym ciosem. Raczej sygnałem.
Kiwnęła głową z lekkim uśmiechem, bo od początku wiedziała, że nie podjąłby się tego zadania dobrowolnie.
- Robi wrażenie - stwierdziła, patrząc na jego smoczy wianek. Faktycznie rzucał się w oczy, co nie było w stylu mężczyzny, ale przynajmniej mógł położyć go z dumą na ołtarzu, zamiast wstydzić się byle jakiego wiechcia. Nie kwestionowała poglądów Leviego, nie narzucała mu swojego zdania. Jej religijność była intymna, skupiona do wewnątrz, pozbawiona ostentacji. Nie potrzebowała świadków ani potwierdzeń. Jeśli Matka miała coś przyjąć, zrobiłaby to niezależnie od jego przekonań. Astoria była tego spokojnie pewna.
- Z pewnością ma talent - przyznała ze szczerym podziwem w głosie. Łatwo było wyobrazić sobie, jak wiele intencji włożono w ten jeden przedmiot, jak bardzo czyjeś ręce chciały, by ofiara była zauważona.
Ostrożnie wysunęła spod ramienia płaski pakunek, jakby nawet teraz bała się wykonać zbyt gwałtowny ruch. Rozwiązała go powoli, z niemal nabożną uwagą, pozwalając, by kolejne warstwy ochronne opadły jedna po drugiej. Obraz był niewielki, skromny w formacie, ale dopracowany w każdym detalu. A mimo to i tak nie był w pełni zadowolona. Wiedziała, że stać ją było na kupno czegokolwiek. Wiedziała też, że to nigdy by nie wystarczyło. Ten obraz nie powstał dlatego, że trzeba było coś złożyć. Powstał dlatego, że musiała to zrobić sama.
Ruszyła w stronę ołtarza wolnym krokiem, zostawiając Leviego w tyle. Dookoła ludzie szeptali modlitwy, ktoś zapalał świecę, ktoś inny ocierał oczy, ale dla niej ten gwar stopniowo cichł, rozmywał się, aż pozostał jedynie pulsujący trzask świętego ognia. Gdy dotarła do ołtarza, pochyliła głowę i ułożyła obraz ostrożnie na drewnianej powierzchni, między wieńcami i haftowanymi tkaninami. Przez krótką chwilę jej dłoń spoczywała jeszcze na ramce, jakby nie chciała jej wypuścić, jakby wraz z tym gestem oddawała coś więcej niż tylko przedmiot. Zapaliła świecę, a potem cofnęła rękę i zamknęła oczy.
Modlitwa przyszła sama, bez wysiłku. Najpierw prosiła o pomyślność dla rodziny i tych, którzy byli blisko, oraz tych, którzy pozostawali daleko, ale wciąż byli obecni w jej sercu. Prosiła o zdrowie, o spokój, o szczęście. O to, by nic więcej nie musiało zostać spalone, by strata przestała być codziennością. A potem jej myśli powędrowały ku mieszkaniu. Modliła się, by mury przestały dusić obcym zapachem, by powietrze odzyskało czystość, a noc nie przynosiła już niepokoju.
Gdy odchodziła od ołtarza czuła wewnętrzne pokrzepienie. Ba, wydawało jej się, że posąg Bogini się do niej uśmiechnął, ale wytłumaczyła to sobie nadmiernymi emocjami, może wpływem kadzideł. Niemniej faktycznie miała wrażenie, że jej modlitwy zostały wysłuchane.
Odsunęła się o krok, potem drugi, by dać Leviemu chwilę, stapiając się z tłumem na tyle, by nie stać nad nim jak nad uczniem przy egzaminie.
- I po krzyku - uśmiechnęła się lekko, gdy mężczyzna znów pojawił się obok. W tym momencie została też potrącona i kiedy już miała warknąć w niekoniecznie miłym tonie, spojrzała w górę i zobaczyła znajomą twarz Deirdre.
- Wesołego Mabon! Dobrze cię widzieć - uśmiechnęła się do kobiety i skinęła głową w odpowiedzi na pytanie. Nie skomentowała oczywistej niezręczności, by nie wprowadzać jej w większe zakłopotanie. - Ja w zasadzie tylko skromny obrazek, za to pan Rowle tutaj zaszalał z wieńcem. Na pewno zgadniesz, który należał do niego. - Skinieniem głowy wskazała ołtarz, na którym dumnie prezentował się jego stroik-smok. - Który jest twój? - zapytała, przenosząc wzrok na jej twarz, dopiero teraz rejestrując szczegóły. Nie zadawała pytań o dyżury ani o to, ile godzin Deirdre nie spała. To byłby gest pozornie uprzejmy, a w rzeczywistości zbędny. Wszystko było wypisane na niej zbyt wyraźnie. - Właściwie skąd się znacie? - dopytała jeszcze, a jej spojrzenie dryfowało między jednym a drugim.