29.01.2026, 09:47 ✶
– Nie wiem. Spójrz na światło? Na swoje dłonie? Spróbuj coś przeczytać? – wyrzuciła z siebie Brenna. Uszczypnięcie nie podziałałoby na pewno, skoro ból od ran nożem i próby uduszenia nie przyniosły rezultatu. Przyjęła z pewną ulgą, że Robert nie uznał jej za szaloną, bo w kategorii snów ten był wyjątkowo prawdziwy. Ale była prawie pewna, teraz gdy wreszcie do omotanego logiką snu umysłu wróciły wspomnienia, że był to kolejny koszmar, i wyjaśniało to, dlaczego nikt oprócz niej w atrium nie próbował ingerować, dlaczego ogień z kominka porwał ich i wyrzucił w tym miejscu. Wszystko było tu sceną, otaczały ich marionetki. Prawdziwi byli oni.
I morderca.
On był prawdziwy, obojętnie, czy był człowiekiem, czy jakąś senną marą: tylko to, co prawdziwe, może wyrządzić ci krzywdę.
Uśmiechnęła się tylko, krótko i tak naprawdę niewesoło na jego słowa. Za tę dobrą wolę próbowali ich zniszczyć: i podejrzewała, że faktycznie zniszczą. Że pewnego dnia po Warowni pozostaną zgliszcza, a ich złamią lub poślą na cmentarze. Ale wierzyła też, a może tylko miała nadzieję, że wszystko co zrobili, co jeszcze zrobią, da podwaliny do czegoś nowego.
Że pewnego dnia ktoś stanie naprzeciw Voldemorta, pokona go, a śmierciożercy będą umykać w ciemność.
Gdy Robert uchylał drzwi, odruchowo spróbowała wysunąć się przed niego, pełna obaw, że tuż za nimi będzie czyhał morderca. Zamiast niego zobaczyła jednak ciała Crouchów, i choć próbowała sobie powiedzieć, że to sen, tylko sen, ale nie umniejszało to grozy tego widoku, i Brenna wiedziała, że ten obraz na długo zapisze się w jej pamięci.
Pozbierać się musiała jednak szybko. Być może po to ich tu zabrał: z nadzieją, że widok rodzinnego domu i ciał rodziców sprawi, że Robert nie zdoła się bronić. (A może – ta myśl tkwiła gdzieś w głowie Brenny, nieuświadomiona w pełni, gdy skupiała się na bieżących sprawach, wcale nie chciał mordować: może żywił się strachem swoich ofiar i po to był ten drugi aktor, ktoś, kto ma szansę ocalić człowieka?) Nie bawiła się nawet w żadne czarowanie, nie zdążyłaby rzucić zaklęcia, a wpadła na mężczyznę z impetem z boku, z całych sił, by go przewrócić albo przynajmniej odepchnąć od Roberta.
Roberta, który musiał się obudzić.
To był jego sen, jego koszmar, i tylko gdy przeminie, będą znów…
…bezpieczni?
I morderca.
On był prawdziwy, obojętnie, czy był człowiekiem, czy jakąś senną marą: tylko to, co prawdziwe, może wyrządzić ci krzywdę.
Uśmiechnęła się tylko, krótko i tak naprawdę niewesoło na jego słowa. Za tę dobrą wolę próbowali ich zniszczyć: i podejrzewała, że faktycznie zniszczą. Że pewnego dnia po Warowni pozostaną zgliszcza, a ich złamią lub poślą na cmentarze. Ale wierzyła też, a może tylko miała nadzieję, że wszystko co zrobili, co jeszcze zrobią, da podwaliny do czegoś nowego.
Że pewnego dnia ktoś stanie naprzeciw Voldemorta, pokona go, a śmierciożercy będą umykać w ciemność.
Gdy Robert uchylał drzwi, odruchowo spróbowała wysunąć się przed niego, pełna obaw, że tuż za nimi będzie czyhał morderca. Zamiast niego zobaczyła jednak ciała Crouchów, i choć próbowała sobie powiedzieć, że to sen, tylko sen, ale nie umniejszało to grozy tego widoku, i Brenna wiedziała, że ten obraz na długo zapisze się w jej pamięci.
Pozbierać się musiała jednak szybko. Być może po to ich tu zabrał: z nadzieją, że widok rodzinnego domu i ciał rodziców sprawi, że Robert nie zdoła się bronić. (A może – ta myśl tkwiła gdzieś w głowie Brenny, nieuświadomiona w pełni, gdy skupiała się na bieżących sprawach, wcale nie chciał mordować: może żywił się strachem swoich ofiar i po to był ten drugi aktor, ktoś, kto ma szansę ocalić człowieka?) Nie bawiła się nawet w żadne czarowanie, nie zdążyłaby rzucić zaklęcia, a wpadła na mężczyznę z impetem z boku, z całych sił, by go przewrócić albo przynajmniej odepchnąć od Roberta.
Roberta, który musiał się obudzić.
To był jego sen, jego koszmar, i tylko gdy przeminie, będą znów…
…bezpieczni?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.