08.03.2023, 13:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2023, 13:39 przez Brenna Longbottom.)
- Kocham? Ależ skąd. Ja po prostu uwielbiam, wprost uwielbiam, mówię, cię dręczyć. Ja zresztą ogólnie lubię dręczyć ludzi, ale ty przed tym dręczeniem uciekasz najbardziej niemrawo – odparła Brenna lekko.
Zaklęciem uciszającym grożono jej już w życiu wielokrotnie. Parę razy nawet go przeciwko niej użyto. Czy Brenna mogła za to winić ludzi…? Cóż, może i mogła, chociaż prawda była taka, ze trochę trudno się dziwić, że ktoś mógł mieć odrobinę dość powodzi słów, wylewających się z jej ust.
- Myślę, że by osiwiał, gdybym zaczęła mu codziennie rano dostarczać mój plan zajęć – roześmiała się Brenna, celowo trochę wyolbrzymiając. To nawet nie była kwestia chęci krycia czegokolwiek przed bratem, po prostu oboje byli dorośli i byłoby wręcz dziwne, gdyby Longbottomowie opowiadali sobie o absolutnie wszystkim. Też nie wypytywała nagminnie, z jakim kolegą się spotykał na piwo czy z kim szedł na randkę. (No dobrze, co najwyżej czasem mogła podpytać, co akurat robił, a potem długo rozwodzić się o kolejnym numerze, jaki zrobiła pani Turpin, ale to było równie naturalne…) – Ehem. Żeby tylko potem się nie okazało, że my siedzimy w mugolskim kinie i nagle wpada do niego sowa z Ministerstwa, bo Super Ważna Sprawa. Albo patronus materializuje się na środku Sali i zaczyna mówić – stwierdziła kobieta. W tej chwili taka wizja nawet ją bawiła. Oczywiście, tylko dlatego, że się nie sprawdziła. Gdyby jednak faktycznie coś takiego się przydarzyło, byłoby przeżyciem z gatunku tych przerażających, bo nie wiadomo, czy bieg za wiadomością, czy najpierw próbować wszystkich wyłapać i zmodyfikować im pamięć…
– Pewnie, zawsze i wszędzie. Dawaj, Mavy.
Gdy kamienie ponownie się uniosły i zaczęły krążyć, Brenna spróbowała dwa z nich potraktować szybko rzuconymi drętwotami. Rzecz jasna czar nie mógł podziałać na kamień tak, jak na człowieka, ale już jego moc, celność i samo rzucanie warto było potrenować. Pierwszy czerwony promień nie sięgnął celu, chybiając okropnie. Drugi trafił już w kamień idealnie, niemal natychmiast po pierwszym pudle, przy okazji przerywając zaklęcie rzucone przez Mavelle: niewielka skała opadła na ziemię. Wreszcie Brenna za pomocą kształtowania cisnęła w trzeci niewielki strumień ognia, osmalając jego powierzchnię.
W powietrzu pozostał jeden kamień.
- Hm… pięć celów z sześciu – powiedziała z namysłem, przysiadając na trawie. Czy wynik był dobry? Bardzo dobry, jej zdaniem przynajmniej. Brenna zasadniczo nigdy nie była czarownicą, która była perfekcyjna we wszystkim, co robi i nawet do tego nie dążyła. Kiedyś.
Bo czy ten wynik był zadawalający?
Nie w obecnych, niespokojnych czasach, kiedy jedno pudło mogło decydować o życiu lub śmierci.
– To co? Parę drętwot, protego, a potem kolejna przebieżka po lesie? Obiecuję, że tym razem nie będę biegać na czterech łapach. Uczciwy wyścig, z równą liczbą nóg. Może jeśli po przemianie wyhodujesz sobie dodatkowe dwie, to wtedy możemy się uczciwie ścigać na czterech.
Zasadniczo, patronus Mavelle sugerował, że podobnie jak Brenna, będzie się ona zmieniać w wilka. Ale kto wie, jak będzie to wyglądało w przypadku animagii? Chociaż wilk zdawał się całkiem do Bones pasować, przynajmniej zdaniem Brenny. Zdarzały się jednak przypadki zmiany patronusa, a forma animagiczna była jednak stała, więc mogła nastąpić pewna różnica.
Brenna podniosła się więc z trawy i otrzepała spodnie. Stoczyły później z kuzynką mały, pozorowany pojedynek, rzucając drętwoty i parę innych drobnych czarów, i testując siłę tarcz. A potem, kiedy skończyły, Brenna poczekała aż Bones będzie gotowa i pobiegła w stronę lasu, by teraz urządzić niewielki wyścig, która z nich pierwsza zdoła dotrzeć do rezydencji Longbottomów… i oczywiście później czekała je jeszcze jedna przebieżka, tym razem z psiakami.
zauroczenie, drętwota
ponownie
kształtowanie, ogień
Zaklęciem uciszającym grożono jej już w życiu wielokrotnie. Parę razy nawet go przeciwko niej użyto. Czy Brenna mogła za to winić ludzi…? Cóż, może i mogła, chociaż prawda była taka, ze trochę trudno się dziwić, że ktoś mógł mieć odrobinę dość powodzi słów, wylewających się z jej ust.
- Myślę, że by osiwiał, gdybym zaczęła mu codziennie rano dostarczać mój plan zajęć – roześmiała się Brenna, celowo trochę wyolbrzymiając. To nawet nie była kwestia chęci krycia czegokolwiek przed bratem, po prostu oboje byli dorośli i byłoby wręcz dziwne, gdyby Longbottomowie opowiadali sobie o absolutnie wszystkim. Też nie wypytywała nagminnie, z jakim kolegą się spotykał na piwo czy z kim szedł na randkę. (No dobrze, co najwyżej czasem mogła podpytać, co akurat robił, a potem długo rozwodzić się o kolejnym numerze, jaki zrobiła pani Turpin, ale to było równie naturalne…) – Ehem. Żeby tylko potem się nie okazało, że my siedzimy w mugolskim kinie i nagle wpada do niego sowa z Ministerstwa, bo Super Ważna Sprawa. Albo patronus materializuje się na środku Sali i zaczyna mówić – stwierdziła kobieta. W tej chwili taka wizja nawet ją bawiła. Oczywiście, tylko dlatego, że się nie sprawdziła. Gdyby jednak faktycznie coś takiego się przydarzyło, byłoby przeżyciem z gatunku tych przerażających, bo nie wiadomo, czy bieg za wiadomością, czy najpierw próbować wszystkich wyłapać i zmodyfikować im pamięć…
– Pewnie, zawsze i wszędzie. Dawaj, Mavy.
Gdy kamienie ponownie się uniosły i zaczęły krążyć, Brenna spróbowała dwa z nich potraktować szybko rzuconymi drętwotami. Rzecz jasna czar nie mógł podziałać na kamień tak, jak na człowieka, ale już jego moc, celność i samo rzucanie warto było potrenować. Pierwszy czerwony promień nie sięgnął celu, chybiając okropnie. Drugi trafił już w kamień idealnie, niemal natychmiast po pierwszym pudle, przy okazji przerywając zaklęcie rzucone przez Mavelle: niewielka skała opadła na ziemię. Wreszcie Brenna za pomocą kształtowania cisnęła w trzeci niewielki strumień ognia, osmalając jego powierzchnię.
W powietrzu pozostał jeden kamień.
- Hm… pięć celów z sześciu – powiedziała z namysłem, przysiadając na trawie. Czy wynik był dobry? Bardzo dobry, jej zdaniem przynajmniej. Brenna zasadniczo nigdy nie była czarownicą, która była perfekcyjna we wszystkim, co robi i nawet do tego nie dążyła. Kiedyś.
Bo czy ten wynik był zadawalający?
Nie w obecnych, niespokojnych czasach, kiedy jedno pudło mogło decydować o życiu lub śmierci.
– To co? Parę drętwot, protego, a potem kolejna przebieżka po lesie? Obiecuję, że tym razem nie będę biegać na czterech łapach. Uczciwy wyścig, z równą liczbą nóg. Może jeśli po przemianie wyhodujesz sobie dodatkowe dwie, to wtedy możemy się uczciwie ścigać na czterech.
Zasadniczo, patronus Mavelle sugerował, że podobnie jak Brenna, będzie się ona zmieniać w wilka. Ale kto wie, jak będzie to wyglądało w przypadku animagii? Chociaż wilk zdawał się całkiem do Bones pasować, przynajmniej zdaniem Brenny. Zdarzały się jednak przypadki zmiany patronusa, a forma animagiczna była jednak stała, więc mogła nastąpić pewna różnica.
Brenna podniosła się więc z trawy i otrzepała spodnie. Stoczyły później z kuzynką mały, pozorowany pojedynek, rzucając drętwoty i parę innych drobnych czarów, i testując siłę tarcz. A potem, kiedy skończyły, Brenna poczekała aż Bones będzie gotowa i pobiegła w stronę lasu, by teraz urządzić niewielki wyścig, która z nich pierwsza zdoła dotrzeć do rezydencji Longbottomów… i oczywiście później czekała je jeszcze jedna przebieżka, tym razem z psiakami.
[postać opuszcza lokację]
zauroczenie, drętwota
Rzut O 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana
ponownie
Rzut O 1d100 - 97
Sukces!
Sukces!
kształtowanie, ogień
Rzut PO 1d100 - 70
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.