31.01.2026, 16:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.01.2026, 17:53 przez Lorraine Malfoy.)
Nie, Lorraine nie chciała być nigdy częścią tego świata. Ojciec zabierał ją na Nokturn, gdy była dzieckiem, znała więc dobrze jego zadymione puby i brudne uliczki. Nawykła do smrodu unoszącego się nad kanałami. Nie do tego się urodziła, myślała Lorraine, a jednak od piątej klasy pomieszkiwała po cichu na Nokturnie, gdzie i Cain zapuścił korzenie. Oboje wprawieni byli w sztuce przetrwania jak chwasty porastające mogilnik. Podczas gdy on rozplenił się we wszystkich kątach Desdemony niczym mech na złączeniach grobowych płyt, ona oplotła się niby bluszcz wokół serca Degenhardta. To, co miało być tymczasowym, nabrało cech trwałości. Ostatnie miesiące Lorraine spędziła jednak z dala od Nokturnu. Z dala od Podziemnych Ścieżek. Kiedy się ostatnio widziała z Cainem? W czerwcu, i to przelotem tylko. Od czerwca żyła przecież tylko przelotem, pożyczonym na procent czasem, chwilami wyrwanymi z kontekstu. Musiała zadbać o matkę, którą postępująca przez lata choroba czyniła coraz bardziej zależną od opieki ludzi wokół. Pamiętała czasy, kiedy duszność i bóle w klatce piersiowej łapały Mirandę dopiero po wysiłku. Z czasem nawet w spoczynku nie mogła złapać oddechu. Brzęknące nogi utrudniały chodzenie, a codzienne czynności nagle stały się niemożliwymi. Zarzuciła wizyty u magomedyków, bo ci nie mogli przecież nic poradzić na włochatość serca, a na droższą kurację nie było ich stać. A Miranda nie chciała pomocy rodziny. Nie chciała niczyjej pomocy. "Mam swoją dumę", powtarzała, "mam swoją godność". Nawet dumę straciła, gdy zrozumiała, że zwykłe utrzymanie rąk w górze, żeby się uczesać, jest dla niej zbyt wielkim wysiłkiem. Lorraine delikatnie rozczesywała więc w milczeniu długie włosy macochy, której ramiona na początku drżały niekontrolowanie, jak gdyby płakała. Ale Miranda nie mogła płakać. Nie, ona pogrążała się na zmianę w apatii i pełnym rozżalenia gniewie. Raz, gdy Lorraine pomagała jej wstać z łóżka, przytrzymała ogarniętą nagłym atakiem szału Mirandę tak silnie, że zostawiła przypadkiem siniaki na jej ramieniu.
Przeraziło ją to.
Przypomniało jej to dzieciństwo. Tylko teraz to ona zostawiała na ciele matki siniaki, nie na odwrót. Ona ją ubierała, ona gotowała, ona zajmowała się domem i ogrodem. Ona grała wieczorami na starej, zaklętej planszy imitującej pianino. Tylko że ona nie potrzebowała legilimencji, żeby poznać matczyne myśli. Nie, Lorraine wyprzedzała potrzeby Mirandy, dbając o nią tak, jak matka dba o dziecko. Słuchała, jak na nią wrzeszczy, próbując nie udusić się własnym oddechem. Pomagała wychodzić z laską na dwór. Uspokajała ją, gdy Miranda wpadała w panikę, że nie jest w stanie użyć magii. Serce łamało się w piersi Lorraine, gdy niewielkim wysiłkiem woli zdolna była powstrzymać matkę przed włamywaniem się do wnętrza jej głowy, ale nie przestawała przy tym wszystkim przemawiać do niej łagodnie, wyjaśniając, że jest zbyt osłabioną, aby użyć mocy. Pod koniec życia Miranda była tak uzależnioną od legilimencji, że przestała widywać się z ludźmi, wierząc, że wszyscy żywią wobec niej złe intencje. Jakże straszliwie było patrzeć na jej dumną twarz, wykrzywioną strachem lepkim jak spocona pościel, którą zmieniała Lorraine. Jak gdyby bała się, że udusi ją poduszką. Przecież nie odczytawszy myśli przybranej córki, nie mogła mieć pewności. Jakże straszliwie było patrzeć, jak pogrąża się w szaleństwie. Lorraine trzymała ją za rękę, gdy odchodziła, klęcząc obok łóżka tak, aby matka mogła głaskać ją po głowie, gdy odmawiała za nią modlitwy. Wiedziała, że bardziej niż modlitwa pomoże Mirandzie złudzenie, że wciąż może namacalnie dotknąć myśli córki.
Zanim umarła, zdążyła jeszcze ostatni raz szarpnąć Lorraine za włosy.
Był wtedy lipiec. Od lipca Lorraine nie rozmawiała niemal z nikim spoza rodziny. Zerwała wszystkie kontakty. Zamknęła się w sobie. W zaciszu Malfoy Manor mogła czuć się bezpieczna. Trwając w zamknięciu znajomych ścian, upierała się przy swej samotności, rozkoszowała po cichu smutkiem. Być może było coś perwersyjnego w przedłużaniu żałoby. W ciągłym przeżywaniu bólu na nowo, w pełni świadomie. Jak gdyby wciąż naciskać palcem na nabity siniak, nie pozwalając, aby się wygoił. Ale przecież Lorraine zawsze taka była. Rozdrapywała do krwi strupy, których nabawiła się, gdy próbowała wspinać się po drzewach w Lesie Wisielców. Zdzierała skórki przy paznokciach, gdy palce znudzone były obracaniem w kółko rodowego pierścionka noszonego zawsze na ręku. Pod okiem ojca pisała zmyślone historyjki o ludziach, których imiona pożyczała z cmentarnych nagrobków. W chwilach zamyślenia nuciła pod nosem marsze pogrzebowe, których uczyła się wygrywać na pianinie pod okiem matki.
A teraz została sama.
– Głos łatwiej niesie się nad wodą – odpowiedziała łagodnie Lorraine, pociągnąwszy dalej wizję, którą sam jej przedstawił. Nie zamierzała sprzeciwiać się nurtowi rozmowy. Popłynęła, poddając się naturalnym prądom kanałów, w których utonęło tak wielu. – Wystarczy posłuchać...
Nad wodą unosiłby się śpiew. "A gdy cię zapomni to, co ziemskie, do niewzruszonej ziemi powiedz: płynę. Do bystrej wody powiedz: jestem." Zamiast śpiewu było jednak milczenie. Lorraine przeszła przez pokój z cichym szelestem sukien, wyjątkowo spowita w czerń, nie w biel. Wsparła się o krawędź stołu, z którego Cain zgarnął przed chwilą kieliszek z winem, przysiadła na blacie, odwróciwszy się tak, aby być zwróconą twarzą do przyjaciela.
– Gdybyś posłuchał, wiedziałbyś, że to nie jestem ja. Bo ja bym nie wróciła. – Lorraine przechyliła w zamyśleniu głowę, nie przestając przypatrywać się przy tym Cainowi. – A ty? – Trudno było wyczuć, o co pyta. Pozwoliła bowiem wybrzmieć tym słowom w oderwaniu. Niechby poniosły się tak, jak pieśń niesie się ponad wodą. – Czy jakbyś przywołał mojego ducha, to znaczyłoby, że tęsknisz? Czy byłaby to zwyczajna niedziela?
Odwzajemniła lekko jego uśmiech. Nie było pretensji w jej głosie, tylko zmęczenie. Lorraine była zmęczona. Ręka złożona na jej podołku drgnęła, jak gdyby chciała się wyciągnąć w stronę Caina. Dotknąć lewego kącika wykrzywionych w charakterystycznej manierze ust, sprawić, aby dołączył do swego bliźniaka w uśmiechu. Ostatecznie tylko poruszyła delikatnie palcami, jak gdyby wygrywała szybki kaprys na klawiszach pianina. Jej ręce zawsze były przecież w ruchu, przypominawszy z pozoru tylko spokojną powierzchnię jeziora. Najmniejsza dysturbancja burzyła ten spokój, rozchodząc się subtelnym poruszeniem wzdłuż lustrzanej tafli. Przynajmniej wciąż potrafiła sprawić, że się uśmiechał, pomyślała, nie spuszczając wzroku z Fawleya.
Przeraziło ją to.
Przypomniało jej to dzieciństwo. Tylko teraz to ona zostawiała na ciele matki siniaki, nie na odwrót. Ona ją ubierała, ona gotowała, ona zajmowała się domem i ogrodem. Ona grała wieczorami na starej, zaklętej planszy imitującej pianino. Tylko że ona nie potrzebowała legilimencji, żeby poznać matczyne myśli. Nie, Lorraine wyprzedzała potrzeby Mirandy, dbając o nią tak, jak matka dba o dziecko. Słuchała, jak na nią wrzeszczy, próbując nie udusić się własnym oddechem. Pomagała wychodzić z laską na dwór. Uspokajała ją, gdy Miranda wpadała w panikę, że nie jest w stanie użyć magii. Serce łamało się w piersi Lorraine, gdy niewielkim wysiłkiem woli zdolna była powstrzymać matkę przed włamywaniem się do wnętrza jej głowy, ale nie przestawała przy tym wszystkim przemawiać do niej łagodnie, wyjaśniając, że jest zbyt osłabioną, aby użyć mocy. Pod koniec życia Miranda była tak uzależnioną od legilimencji, że przestała widywać się z ludźmi, wierząc, że wszyscy żywią wobec niej złe intencje. Jakże straszliwie było patrzeć na jej dumną twarz, wykrzywioną strachem lepkim jak spocona pościel, którą zmieniała Lorraine. Jak gdyby bała się, że udusi ją poduszką. Przecież nie odczytawszy myśli przybranej córki, nie mogła mieć pewności. Jakże straszliwie było patrzeć, jak pogrąża się w szaleństwie. Lorraine trzymała ją za rękę, gdy odchodziła, klęcząc obok łóżka tak, aby matka mogła głaskać ją po głowie, gdy odmawiała za nią modlitwy. Wiedziała, że bardziej niż modlitwa pomoże Mirandzie złudzenie, że wciąż może namacalnie dotknąć myśli córki.
Zanim umarła, zdążyła jeszcze ostatni raz szarpnąć Lorraine za włosy.
Był wtedy lipiec. Od lipca Lorraine nie rozmawiała niemal z nikim spoza rodziny. Zerwała wszystkie kontakty. Zamknęła się w sobie. W zaciszu Malfoy Manor mogła czuć się bezpieczna. Trwając w zamknięciu znajomych ścian, upierała się przy swej samotności, rozkoszowała po cichu smutkiem. Być może było coś perwersyjnego w przedłużaniu żałoby. W ciągłym przeżywaniu bólu na nowo, w pełni świadomie. Jak gdyby wciąż naciskać palcem na nabity siniak, nie pozwalając, aby się wygoił. Ale przecież Lorraine zawsze taka była. Rozdrapywała do krwi strupy, których nabawiła się, gdy próbowała wspinać się po drzewach w Lesie Wisielców. Zdzierała skórki przy paznokciach, gdy palce znudzone były obracaniem w kółko rodowego pierścionka noszonego zawsze na ręku. Pod okiem ojca pisała zmyślone historyjki o ludziach, których imiona pożyczała z cmentarnych nagrobków. W chwilach zamyślenia nuciła pod nosem marsze pogrzebowe, których uczyła się wygrywać na pianinie pod okiem matki.
A teraz została sama.
– Głos łatwiej niesie się nad wodą – odpowiedziała łagodnie Lorraine, pociągnąwszy dalej wizję, którą sam jej przedstawił. Nie zamierzała sprzeciwiać się nurtowi rozmowy. Popłynęła, poddając się naturalnym prądom kanałów, w których utonęło tak wielu. – Wystarczy posłuchać...
Nad wodą unosiłby się śpiew. "A gdy cię zapomni to, co ziemskie, do niewzruszonej ziemi powiedz: płynę. Do bystrej wody powiedz: jestem." Zamiast śpiewu było jednak milczenie. Lorraine przeszła przez pokój z cichym szelestem sukien, wyjątkowo spowita w czerń, nie w biel. Wsparła się o krawędź stołu, z którego Cain zgarnął przed chwilą kieliszek z winem, przysiadła na blacie, odwróciwszy się tak, aby być zwróconą twarzą do przyjaciela.
– Gdybyś posłuchał, wiedziałbyś, że to nie jestem ja. Bo ja bym nie wróciła. – Lorraine przechyliła w zamyśleniu głowę, nie przestając przypatrywać się przy tym Cainowi. – A ty? – Trudno było wyczuć, o co pyta. Pozwoliła bowiem wybrzmieć tym słowom w oderwaniu. Niechby poniosły się tak, jak pieśń niesie się ponad wodą. – Czy jakbyś przywołał mojego ducha, to znaczyłoby, że tęsknisz? Czy byłaby to zwyczajna niedziela?
Odwzajemniła lekko jego uśmiech. Nie było pretensji w jej głosie, tylko zmęczenie. Lorraine była zmęczona. Ręka złożona na jej podołku drgnęła, jak gdyby chciała się wyciągnąć w stronę Caina. Dotknąć lewego kącika wykrzywionych w charakterystycznej manierze ust, sprawić, aby dołączył do swego bliźniaka w uśmiechu. Ostatecznie tylko poruszyła delikatnie palcami, jak gdyby wygrywała szybki kaprys na klawiszach pianina. Jej ręce zawsze były przecież w ruchu, przypominawszy z pozoru tylko spokojną powierzchnię jeziora. Najmniejsza dysturbancja burzyła ten spokój, rozchodząc się subtelnym poruszeniem wzdłuż lustrzanej tafli. Przynajmniej wciąż potrafiła sprawić, że się uśmiechał, pomyślała, nie spuszczając wzroku z Fawleya.