31.01.2026, 19:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.01.2026, 20:08 przez Lorraine Malfoy.)
"...Ja nie mam swojego Nokturnu. Czy choćby małej Ballady, czy w żałości istnienia swojego Etiudy ani Kaprysu."
– Masz mnie – wyszeptała Lorraine, ujmując dłonie siedzącej przed nią kobiety. – Nazwij mnie jak chcesz. Trenem, psalmem, rapsodem. Nazwij mnie pieśnią. Nazwij sonatą i sonetem. – Jej słowa brzmiały niczym zaklęcie. Zaklinała więc Josephine swym błaganiem, powołując się zarówno na muzyczną spuściznę matki, jak i na literackie dziedzictwo ojca. Wyliczała kolejne przykłady gatunkowego synkretyzmu muzyki i literatury, wzajemnie przenikające się ze sobą, jak gdyby chciała zapewnić ją, że jest dzieckiem obojga.
"Nazwisko, z którym się urodziłam. Nazwisko, które dał mi mąż. Wkrótce nie będą znaczyć nic. Tylko dźwięk, który przeminie."
Nie, pomyślała Lorraine, gwałtownie pokręciwszy głową, gdy Josephine pogłaskała ją po policzku, nie, to nie tak. Stryj mógł zaprzepaścić chwałę ich nazwiska w szeregach Śmierciożerców, drążony podobnymi ciągotami Desmond mógł ją przepić, a Eden sprzedać. A jednak nazwisko Malfoy trwało, i trwać będzie, dopóki wciąż trwali ludzie, dla których nazwisko to miało znaczenie. Właśnie z nazwiska czerpali oni siłę w chwilach słabości. Jeśli nazwisko słabło, potrzeba było silnego człowieka, aby je na powrót umocnił. Odzyskał jego splendor i chwałę, czyniąc je silnym przykładem własnego charakteru.
Malfoy, wystarczyło wypowiedzieć na głos, aby przypomnieć Lorraine o tym, że nazwisko wciąż do niej należy. Tak samo wystarczyło obrócić rodowy pierścionek na palcu, żeby przypomnieć o tym, że i ona należy do nazwiska. To było dokładnie tak jak z nią i z Baldwinem. Gdy jedno upadało, drugie zawsze było obok, żeby pomóc podnieść się na nogi. Współzależność była przecież tańcem pełnym czułości. Troskliwie należało przewidywać kolejne jego kroki, uważnie wsłuchując się w muzykę. Czasem jej dźwięki cichły, to prawda, ale nigdy nie gasły całkowicie. W ciszy wciąż słychać było zresztą stukot obcasów o posadzkę, świst ubrań w tanecznym pędzie, ciężkie oddechy tańczących. Nazwisko i Baldwin należeli niej na wieczność. To było dla Lorraine wszystkim. To, że po śmierci napiszą na jej grobie nazwisko Malfoy. To, że jej grób będzie grobem Baldwina.
W pewnym sensie, starcie z agresywnym mugolakiem, który pomylił ją z jej kuzynką, było lustrzanym odbiciem spotkania Baldwina z zamaskowanym terrorystą. Baldwin przedstawił się imieniem Desmonda, Lorraine nazwano imieniem Eden. Oboje wyszli z tego wszystkiego cało, choć zetknęli się z przeciwnymi stronami barykady. Oboje stawili opór przemocy.
Bo Lorraine Malfoy nigdy nie była kimś, kogo można było zmusić przemocą do posłuszeństwa. Nie dlatego, że była szczególnie wytrzymała psychicznie czy fizycznie, nie, to wszystko tylko i wyłącznie dlatego, że nosiła nazwisko Malfoy. Dlatego, że była córką swojego ojca. Dlatego, że zadbała o to, aby zarówno w towarzystwie brylującej na salonach rodziny, jak i pośród łajdaczących się po Ścieżkach zbirów zawsze wydawać się niezbędną... A przynajmniej użyteczną.
Gdy potrzebujesz, aby ktoś napisał nowe zakończenia twej historii, udaj się do Armanda Malfoya. Jeżeli wolisz jednak samemu chwycić za pióro, udaj się do jego córki.
Więc przychodzili do niej. Przychodzili do niej z rękopisami swoich żyć, z mniej lub bardziej podkoloryzowanymi ich wersjami, prosząc o pomoc w napisaniu kolejnego rozdziału. Czasem pomagała wymyślić zgrabną intrygę, czasem rozwiązać niespodziewany konflikt fabularny. Wszyscy ludzie byli przecież trochę jak powieści. "Powieści? Ludzkie życie można zawrzeć w jednym zdaniu skreślonym ręką poety", śmiał się Armand Malfoy, kiedy czuł się wyjątkowo hojnym. Lorraine Malfoy nie kłóciła się z ojcowską wyceną. Informacje, które zapewniała, pomagały jednak poczuć się przynajmniej przez chwilę narratorem wszechwiedzącym w powieści, jaką było życie. Bo w gruncie rzeczy zawsze chodziło właśnie o to. O władzę nad narracją.
Brutalność nigdy jej nie przerażała, ale też nie była jej udziałem, bo należała się bohaterom podążającym za fabułą. A narrator? Narrator był przecież nietykalnym.
Być może ojciec cały ten czas miał słuszność, pomyślała Lorraine. Być może słusznie wybrał Podziemne Ścieżki.
– Nie rozumiem – powiedziała jednak zmieszana, otworzywszy szerzej oczy, jak gdyby w nagłym szoku, gdy Josephine przypadkiem odczytała jej myśli. Temat ojca zawsze był trudnym. Nawet jeżeli od lat utrzymywała, że jest martwy, jego wspomnienie wciąż było żywym... Wciąż bolesnym. Zdecydowanie bardziej bolesnym dla Josephine niż dla samej Lorraine. Tak wiele razy powstrzymywała się przecież, żeby wypytać przybraną ciotkę o to, jakim był Armand, zanim stał się jej ojcem. Nie chciała sprawiać jej przykrości swoim natręctwem. A jednak chwytała się najmniejszej choćby wzmianki na jego temat, najbłaższego wspomnienia. Josephine znała zarówno jej ojca, jak i matkę, była więc w stanie osądzić oboje sprawiedliwie, czyż nie? Istniało tak niewiele historii o jej macosze, po której pozostał tylko strzęp legendy o niegdyś wielkiej pianistce. Istniało tak wiele historii o jej ojcu, nierzadko całkowicie ze sobą sprzecznych, jak gdyby był bajką, której każdy poznał inne zakończenie. Lorraine dbała o to, żeby wszyscy wierzyli w to, które sam sobie napisał. Była strażniczką jego poezji, tak jak Baldwin był strażnikiem jego pamięci.
Przez lata wplatała cudze wspomnienia w obraz ojca, jaki istniał w jej głowie, nieustannie nanosząc poprawki na jego życiorys. Nieustannie doszukając się podobieństw między nim a sobą. Obawiała się zobaczyć jego twarz w lustrze, a jednocześnie wyczekiwała tego.
Oto Josephine postawiła przed nią lustro. W tym lustrze odbicie Armanda zdawało się tak bliskim. Zdawało się życzliwym.
– Nie rozumiem – powtórzyła jednak Lorraine, bo chociaż serce zabiło jej szybciej, gdy porównano ją do ojca, nie rozumiała, co miała znaczyć reszta słowa ciotki. – Pisałaś, że ktoś ci groził. Ale ja mam wielu przyjaciół, ciociu. Mam rodzinę... Wiem, że by mi pomogli. Wystarczy, że poproszę, a pomogą. Nie widzisz tego? Nie jest za późno. Nie musisz zazdrościć, że wielu ludziom na mnie zależy, kiedy mnie zależy na tobie! – Lorraine przemawiała z zapalczywością właściwą młodości. Bo Lorraine, mimo wszystkiego, co przeszła, wciąż była jeszcze tylko młodą dziewczyną. Pełną nadziei i życia, o czym łatwo można było zapomnieć, gdy ciągle rozprawiała o śmierci. – Przed kim się ukrywasz, że nazwisko Averych nie wystarcza jako gwarant bezpieczeństwa? Kto ci grozi? Czy to... Czy to przez Raphaelę? – Na twarzy Lorraine zagościł smutek.
– Masz mnie – wyszeptała Lorraine, ujmując dłonie siedzącej przed nią kobiety. – Nazwij mnie jak chcesz. Trenem, psalmem, rapsodem. Nazwij mnie pieśnią. Nazwij sonatą i sonetem. – Jej słowa brzmiały niczym zaklęcie. Zaklinała więc Josephine swym błaganiem, powołując się zarówno na muzyczną spuściznę matki, jak i na literackie dziedzictwo ojca. Wyliczała kolejne przykłady gatunkowego synkretyzmu muzyki i literatury, wzajemnie przenikające się ze sobą, jak gdyby chciała zapewnić ją, że jest dzieckiem obojga.
"Nazwisko, z którym się urodziłam. Nazwisko, które dał mi mąż. Wkrótce nie będą znaczyć nic. Tylko dźwięk, który przeminie."
Nie, pomyślała Lorraine, gwałtownie pokręciwszy głową, gdy Josephine pogłaskała ją po policzku, nie, to nie tak. Stryj mógł zaprzepaścić chwałę ich nazwiska w szeregach Śmierciożerców, drążony podobnymi ciągotami Desmond mógł ją przepić, a Eden sprzedać. A jednak nazwisko Malfoy trwało, i trwać będzie, dopóki wciąż trwali ludzie, dla których nazwisko to miało znaczenie. Właśnie z nazwiska czerpali oni siłę w chwilach słabości. Jeśli nazwisko słabło, potrzeba było silnego człowieka, aby je na powrót umocnił. Odzyskał jego splendor i chwałę, czyniąc je silnym przykładem własnego charakteru.
Malfoy, wystarczyło wypowiedzieć na głos, aby przypomnieć Lorraine o tym, że nazwisko wciąż do niej należy. Tak samo wystarczyło obrócić rodowy pierścionek na palcu, żeby przypomnieć o tym, że i ona należy do nazwiska. To było dokładnie tak jak z nią i z Baldwinem. Gdy jedno upadało, drugie zawsze było obok, żeby pomóc podnieść się na nogi. Współzależność była przecież tańcem pełnym czułości. Troskliwie należało przewidywać kolejne jego kroki, uważnie wsłuchując się w muzykę. Czasem jej dźwięki cichły, to prawda, ale nigdy nie gasły całkowicie. W ciszy wciąż słychać było zresztą stukot obcasów o posadzkę, świst ubrań w tanecznym pędzie, ciężkie oddechy tańczących. Nazwisko i Baldwin należeli niej na wieczność. To było dla Lorraine wszystkim. To, że po śmierci napiszą na jej grobie nazwisko Malfoy. To, że jej grób będzie grobem Baldwina.
W pewnym sensie, starcie z agresywnym mugolakiem, który pomylił ją z jej kuzynką, było lustrzanym odbiciem spotkania Baldwina z zamaskowanym terrorystą. Baldwin przedstawił się imieniem Desmonda, Lorraine nazwano imieniem Eden. Oboje wyszli z tego wszystkiego cało, choć zetknęli się z przeciwnymi stronami barykady. Oboje stawili opór przemocy.
Bo Lorraine Malfoy nigdy nie była kimś, kogo można było zmusić przemocą do posłuszeństwa. Nie dlatego, że była szczególnie wytrzymała psychicznie czy fizycznie, nie, to wszystko tylko i wyłącznie dlatego, że nosiła nazwisko Malfoy. Dlatego, że była córką swojego ojca. Dlatego, że zadbała o to, aby zarówno w towarzystwie brylującej na salonach rodziny, jak i pośród łajdaczących się po Ścieżkach zbirów zawsze wydawać się niezbędną... A przynajmniej użyteczną.
Gdy potrzebujesz, aby ktoś napisał nowe zakończenia twej historii, udaj się do Armanda Malfoya. Jeżeli wolisz jednak samemu chwycić za pióro, udaj się do jego córki.
Więc przychodzili do niej. Przychodzili do niej z rękopisami swoich żyć, z mniej lub bardziej podkoloryzowanymi ich wersjami, prosząc o pomoc w napisaniu kolejnego rozdziału. Czasem pomagała wymyślić zgrabną intrygę, czasem rozwiązać niespodziewany konflikt fabularny. Wszyscy ludzie byli przecież trochę jak powieści. "Powieści? Ludzkie życie można zawrzeć w jednym zdaniu skreślonym ręką poety", śmiał się Armand Malfoy, kiedy czuł się wyjątkowo hojnym. Lorraine Malfoy nie kłóciła się z ojcowską wyceną. Informacje, które zapewniała, pomagały jednak poczuć się przynajmniej przez chwilę narratorem wszechwiedzącym w powieści, jaką było życie. Bo w gruncie rzeczy zawsze chodziło właśnie o to. O władzę nad narracją.
Brutalność nigdy jej nie przerażała, ale też nie była jej udziałem, bo należała się bohaterom podążającym za fabułą. A narrator? Narrator był przecież nietykalnym.
Być może ojciec cały ten czas miał słuszność, pomyślała Lorraine. Być może słusznie wybrał Podziemne Ścieżki.
– Nie rozumiem – powiedziała jednak zmieszana, otworzywszy szerzej oczy, jak gdyby w nagłym szoku, gdy Josephine przypadkiem odczytała jej myśli. Temat ojca zawsze był trudnym. Nawet jeżeli od lat utrzymywała, że jest martwy, jego wspomnienie wciąż było żywym... Wciąż bolesnym. Zdecydowanie bardziej bolesnym dla Josephine niż dla samej Lorraine. Tak wiele razy powstrzymywała się przecież, żeby wypytać przybraną ciotkę o to, jakim był Armand, zanim stał się jej ojcem. Nie chciała sprawiać jej przykrości swoim natręctwem. A jednak chwytała się najmniejszej choćby wzmianki na jego temat, najbłaższego wspomnienia. Josephine znała zarówno jej ojca, jak i matkę, była więc w stanie osądzić oboje sprawiedliwie, czyż nie? Istniało tak niewiele historii o jej macosze, po której pozostał tylko strzęp legendy o niegdyś wielkiej pianistce. Istniało tak wiele historii o jej ojcu, nierzadko całkowicie ze sobą sprzecznych, jak gdyby był bajką, której każdy poznał inne zakończenie. Lorraine dbała o to, żeby wszyscy wierzyli w to, które sam sobie napisał. Była strażniczką jego poezji, tak jak Baldwin był strażnikiem jego pamięci.
Przez lata wplatała cudze wspomnienia w obraz ojca, jaki istniał w jej głowie, nieustannie nanosząc poprawki na jego życiorys. Nieustannie doszukając się podobieństw między nim a sobą. Obawiała się zobaczyć jego twarz w lustrze, a jednocześnie wyczekiwała tego.
Oto Josephine postawiła przed nią lustro. W tym lustrze odbicie Armanda zdawało się tak bliskim. Zdawało się życzliwym.
– Nie rozumiem – powtórzyła jednak Lorraine, bo chociaż serce zabiło jej szybciej, gdy porównano ją do ojca, nie rozumiała, co miała znaczyć reszta słowa ciotki. – Pisałaś, że ktoś ci groził. Ale ja mam wielu przyjaciół, ciociu. Mam rodzinę... Wiem, że by mi pomogli. Wystarczy, że poproszę, a pomogą. Nie widzisz tego? Nie jest za późno. Nie musisz zazdrościć, że wielu ludziom na mnie zależy, kiedy mnie zależy na tobie! – Lorraine przemawiała z zapalczywością właściwą młodości. Bo Lorraine, mimo wszystkiego, co przeszła, wciąż była jeszcze tylko młodą dziewczyną. Pełną nadziei i życia, o czym łatwo można było zapomnieć, gdy ciągle rozprawiała o śmierci. – Przed kim się ukrywasz, że nazwisko Averych nie wystarcza jako gwarant bezpieczeństwa? Kto ci grozi? Czy to... Czy to przez Raphaelę? – Na twarzy Lorraine zagościł smutek.