01.02.2026, 10:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.02.2026, 13:34 przez Brenna Longbottom.)
Rzut na panią Turpin/
Kaszel zamienił się w coś jak zdławione parsknięcie śmiechem, gdy Sebastian najpierw się zmartwił stanem jej zdrowia, a potem zaniepokoił, ale w kontekście zarażania.
– Pył i uszkodzenie płuc w wyniku gorąca i dymu. To nie jest zaraźliwe, byłam w klinice i biorę leki – uspokoiła go, zresztą oboje tam trafili, więc wiedział, że mówiła prawdę. Pył osadził się w płucach większości Londyńczyków, a ona jeszcze spędziła na ulicach całą noc, aż do świtu, wpadła w jedną z tych chmur, sprowadzonych zaklęciami i do trzech płonących budynków, więc nawet z eliksirami potrzebowała kilku dni na dojście do siebie. – To tylko kaszel.
Zerknęła znów kontrolnie ku oknu, chcąc się upewnić, czy ten pył i sadza nie pojawiły się znowu: czy ponownie nie sypią się z nieba. Ale panował spokój. Ponosiła ją wyobraźnia.
Pani Turpin tymczasem rozpromieniła się na słowa Sebastiana o sąsiadach, zupełnie, jakby uznała, że Macmillan jest jej sojusznikiem. Kapłan działał sprytnie, uderzał w odpowiednie tony, ale jednocześnie ciężko było sobie poradzić z kimś takim, jak panu Turpin, która i była nieprzyjemną osobą, i wiek odcisnął ewidentne piętno na jej umyśle… a po śmierci jako duch okazała się tą najgorszą wersją siebie. I gdy wspomniał o tym, że kiedyś człowiek wiedział, czego się spodziewać po sąsiadach… duch został odpalony.
– Kiedyś w tym budynku mieszkali porządni ludzie! A teraz? Jakaś latawica, którą odwiedzają mężczyźni. Za moich czasów to było niedopuszczalne, aby wyjść gdzieś z młodym człowiekiem bez przyzwoitki. A ta z dołu? Kazała mi nie wtrącać się w nieswoje sprawy, jak jej grzecznie zwróciłam uwagę, że nieodpowiednio się ubiera. Kto to słyszał, nosić szatę, która odsłania nogi? Latem wcale nie było aż tak gorąco. Zasłużyła sobie na to, że ją okradli! I sąsiedzi z na przeciwka, naprawdę, panie Macmillan, ja nie rozumiem, dlaczego jeszcze nie zrobiliście czegoś z tym, że żyją bez ślubu! Niby zaręczeni, ale takie rzeczy, w porządnym domu? Już ja zrobię z tym wszystkim porządek!!! – nakręcała się coraz bardziej i bardziej, z każdym zdaniem unosząc wyżej ku sufitowi. – A ona! Ona! Jaka tam obrona! Zgłaszałam, że produkują tu nielegalne substancje, że rozprowadzają środki po osiedlu, a ona niczego z tym nie zrobiła!!! Pozwalała, żeby tu dalej mieszkał!
– Sąsiad warzył lekarstwa na smoczą ospę, pani Turpin. I zmarł trzy lata temu – powiedziała Brenna łagodnie, doskonale pamiętając tę sprawę, którą zajmowała się jeszcze przed awansem. A i po nim często proszono ją, by ogarnęła panią Turpin, bo jako jedna z niewielu ma do niej cierpliwość…
– Widzi pan?! Widzi?! Ale ja zrobię z tym porządek! – wściekła się pani Turpin i wyleciała z pokoju, a ich otoczył podmuch zimnego powietrza.
Brenna westchnęła.
– Złapaliśmy ich. To znaczy trzy osoby. Przesłucham ich, zabezpieczymy miejsce zbrodni i mam nadzieję, że po nitce do kłębka rozbijemy cały gang, ale pani Turpin trochę utrudnia zbieranie śladów. Nie wspominając o tym, że moim zdaniem zamieni życie mieszkańców całej kamienicy w piekło.
Kaszel zamienił się w coś jak zdławione parsknięcie śmiechem, gdy Sebastian najpierw się zmartwił stanem jej zdrowia, a potem zaniepokoił, ale w kontekście zarażania.
– Pył i uszkodzenie płuc w wyniku gorąca i dymu. To nie jest zaraźliwe, byłam w klinice i biorę leki – uspokoiła go, zresztą oboje tam trafili, więc wiedział, że mówiła prawdę. Pył osadził się w płucach większości Londyńczyków, a ona jeszcze spędziła na ulicach całą noc, aż do świtu, wpadła w jedną z tych chmur, sprowadzonych zaklęciami i do trzech płonących budynków, więc nawet z eliksirami potrzebowała kilku dni na dojście do siebie. – To tylko kaszel.
Zerknęła znów kontrolnie ku oknu, chcąc się upewnić, czy ten pył i sadza nie pojawiły się znowu: czy ponownie nie sypią się z nieba. Ale panował spokój. Ponosiła ją wyobraźnia.
Pani Turpin tymczasem rozpromieniła się na słowa Sebastiana o sąsiadach, zupełnie, jakby uznała, że Macmillan jest jej sojusznikiem. Kapłan działał sprytnie, uderzał w odpowiednie tony, ale jednocześnie ciężko było sobie poradzić z kimś takim, jak panu Turpin, która i była nieprzyjemną osobą, i wiek odcisnął ewidentne piętno na jej umyśle… a po śmierci jako duch okazała się tą najgorszą wersją siebie. I gdy wspomniał o tym, że kiedyś człowiek wiedział, czego się spodziewać po sąsiadach… duch został odpalony.
– Kiedyś w tym budynku mieszkali porządni ludzie! A teraz? Jakaś latawica, którą odwiedzają mężczyźni. Za moich czasów to było niedopuszczalne, aby wyjść gdzieś z młodym człowiekiem bez przyzwoitki. A ta z dołu? Kazała mi nie wtrącać się w nieswoje sprawy, jak jej grzecznie zwróciłam uwagę, że nieodpowiednio się ubiera. Kto to słyszał, nosić szatę, która odsłania nogi? Latem wcale nie było aż tak gorąco. Zasłużyła sobie na to, że ją okradli! I sąsiedzi z na przeciwka, naprawdę, panie Macmillan, ja nie rozumiem, dlaczego jeszcze nie zrobiliście czegoś z tym, że żyją bez ślubu! Niby zaręczeni, ale takie rzeczy, w porządnym domu? Już ja zrobię z tym wszystkim porządek!!! – nakręcała się coraz bardziej i bardziej, z każdym zdaniem unosząc wyżej ku sufitowi. – A ona! Ona! Jaka tam obrona! Zgłaszałam, że produkują tu nielegalne substancje, że rozprowadzają środki po osiedlu, a ona niczego z tym nie zrobiła!!! Pozwalała, żeby tu dalej mieszkał!
– Sąsiad warzył lekarstwa na smoczą ospę, pani Turpin. I zmarł trzy lata temu – powiedziała Brenna łagodnie, doskonale pamiętając tę sprawę, którą zajmowała się jeszcze przed awansem. A i po nim często proszono ją, by ogarnęła panią Turpin, bo jako jedna z niewielu ma do niej cierpliwość…
– Widzi pan?! Widzi?! Ale ja zrobię z tym porządek! – wściekła się pani Turpin i wyleciała z pokoju, a ich otoczył podmuch zimnego powietrza.
Brenna westchnęła.
– Złapaliśmy ich. To znaczy trzy osoby. Przesłucham ich, zabezpieczymy miejsce zbrodni i mam nadzieję, że po nitce do kłębka rozbijemy cały gang, ale pani Turpin trochę utrudnia zbieranie śladów. Nie wspominając o tym, że moim zdaniem zamieni życie mieszkańców całej kamienicy w piekło.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.