03.02.2026, 09:09 ✶
Najpierw był krzyk. Potem wiatr targnął dzwonkami, a graty rozstawione na stole zagrzechotały, gdy Helloise wyszarpnęła się z ramion Alexandra. Zaplątawszy się we własną sieć, runęła z pełnym impetem na stół, zanim zdążył zareagować. Drewniane ptaki, który wcześniej krążyły nad ich głowami, padły struchlałe tuż obok. Jak gdyby nagły podmuch wiatru rozwiał zaklęcie, którego użyto, aby tchnąć w nie życie. Alexander wzdrygnął się mimowolnie, słysząc głuchy łoskot, z jakim padały na blat.
Tak umierały złudzenia Helloise.
Gdyby wyciągnął wcześniej rękę, mógłby schwycić jedno z wystruganych przez nią ptasząt w locie. Ocalić przed upadkiem niewdzięcznie rozdziawiony dziób, ocalić wypełnione powietrzem kości przed złamaniem... Zamiast tego wybrał zanoszącą się ni to płaczem, ni to śmiechem Helloise. Osłonił ją odruchowo ramieniem, jak gdyby spodziewał się, że dziecinne zabawki spadną jej na głowę. Bo tam miały przecież gniazdo. Uwiły sobie dom pośród jej skołtunionych włosów, w sitowiu splątanych myśli, śpiewając piosenki zasłyszane w snach. Nie chciał zabijać jej ptaków. Nie, gdy sama była w jego rękach jak ptak trzepoczący rozpaczliwie skrzydłami. Nawet gdyby te skrzydła biły go po twarzy, zdawałyby się przecież tak delikatnymi. Tak łatwymi do złamania. Tak samo delikatnymi były jej drżące pieszczoty, palce sunące po twarzy, wzdłuż jego szyi, ramion.
A potem było jego imię, powtarzane wciąż na nowo. Ciężkie, ugruntowujące go w gęstej teraźniejszości, pętające niczym zaklęcie. Imiona moją moc, sam to przecież powiedział. Oczy Alexandra zdawały się błądzić po twarzy Helloise, gdy dłonie próbowały sobie przypomnieć, jak to jest, dotykać, nie brukając dotykiem. Znał dobrze pragnienie oddanie się czemuś cielesnemu, namacalnemu, co na chwilę zagłuszy myśli.
Trudno było jednak opisać, co czuł, gdy zaczęła wspinać się po nim ruchem uwodzącym, bluszczowym. Zaplatać miękko i natarczywie wokół jego ramion, jak gdyby chciała wciągnąć go głębiej jeszcze w swoją pajęczynę.
Jakże łatwo byłoby się jej poddać. Zanurzyć dłoń w splątanych wilgocią włosach, owionąć swym ciężkim oddechem jej ucho. Pomyśl, że to sen, wyszeptałby, cicho, niemal czule, przyciągając ją bliżej. Wdychając gorzki zapach ziół i mokrej od deszczu ziemi, dopóki sam by nim nie przesiąkł. A gdy uwiesiłaby się na nim, poprowadziłby dłoń pod jej spódnicę, i dalej, między uda. Czy były pokryte mchem, zastanawiał się, czy poczułby skroploną rosę na jej skórze? Przytrzymał Helloise, gdy naparła na niego biodrami, nie chcąc, aby się odsunęła.
Czy jakby wziął ją na tej podłodze, tu i teraz, opierałaby się, czy tylko udawała, że się opiera?
Chciał się od niej odsunąć, ale nie umiał odejść. Alex, szeptała, Alex, Alex. Pokręcił głową, przytłoczony, ale Helloise nie przestawała. Była wszędzie. Lepka jak pajęcza nić. Lepka jak pożądanie. Pożądał jej, tak, ale też brzydził się nią. Bo Helloise była obrzydliwa. Obrzydliwa w tym, jak mieliła w ustach jego imię, wijąc wokół kokon z lepkiej słodyczy. Ale przecież nie chciał, żeby przestała. Alex, Alex, Alex. Skrzywił się, gdy dotknęła jego przedramienia. Nerwy miał napięte jak sznur, na którym uwiązano psa. To dlatego reagował na nią instynktownie niczym zwierz na szarpnięcie uwięzi. Znał wszystkie te sztuczki Helloise. Znał dobrze te desperackie próby ulżenia sobie, pociągnięcia kogoś w dół, byleby nie spadać samemu. Była tak samo obrzydliwa jak jego odbicie w lustrze. Przecież właśnie tak wyglądał Alexander, gdy manipulował kobietami. Może i nisko upadłem, śmiał się potem im wszystkim w twarz, ale wciąż upadłaś niżej, skoroś mnie chciała. Czasem jedyną możliwością zachowania godności własnej było upodlenie kogoś innego. Gdy zostałeś użytym, sam zaczynałeś wykorzystywać. W pewnym sensie wszystko to pokrywało się z prawami natury, według których żyła. Tylko kto tutaj wykorzystywał kogo? Nawet wiedząc, co chciała osiągnąć, poddał się jej przecież bez sprzeciwu, gdy uwodzicielsko zaczęła wsączać mu w pierś swoją ohydę. Czy do tego mnie chciałaś, Helloise?, mógłby zapytać. Czy do tego mnie chcesz?
Ale ona tylko szeptała jego imię.
Nie pamiętał już nawet, kiedy ostatnio był z kobietą. W jego relacji z Lorettą zawsze było coś pokrętnego, coś okrutnego. Coś kompletnie, kurwa, nieludzkiego, pomyślał beznamiętnie, patrząc na łzy płynące po policzkach Helloise. "Nie rozumiesz", krzyczała wcześniej, a łzy mieszały się z wybuchami histerycznego śmiechu. Gdy nie dała rady krzyczeć, dyszała. Ziała bokami jaki dziki zwierz, który ucieka przed śmiercią. "Rozerwę na strzępy wszystko w tej Dolinie, dopóki nie wyrwę odpowiedzi!"
Zaczęła, oczywiście, od rozrywania na strzępy samej siebie.
Oto Alexander stanął przed obliczem gniewu starego jak świat. "Tylko tyle możecie", dyszał świat, "niszczyć!". Jak gdyby nie wiedziała tego, dotknąwszy runy wypalonej na jego przedramieniu. Tym przecież byli w swej istocie Śmierciożercy. Obietnicą destrukcji starego porządku, siejącą zniszczenie. "Chcecie zniszczyć i mnie?", warczała zrozpaczona Helloise. Rozpacz jej była nieomal namacalną. Dotykał wcześniej jej rozpaczy, splotów jej szaleństwa. Dotykał uważnie, nie niszcząc. Może dlatego pokręcił tylko głową w milczeniu, zamiast odpowiedzieć.
Helloise jeszcze nie rozumiała, że przemoc bywała ślepą. On też tego kiedyś nie rozumiał. Jakże mógłby to rozumieć, skoro stworzony został z trojgiem widzących oczu? Przemocy nie dało się opisać równaniem. Wpisać w wykreślone na podłodze linie. Statystyka nie była w stanie unieść ogromu bólu. Nie było matematycznego wzoru na nienawiść. Nienawiść była rozproszona, nieukierunkowana, tak jak i gniew. Gniew, że świat nie rządzi się ani prymitywnymi prawami natury, ani bardziej wysublimowanymi zasadami logiki.
Czy była w stanie zrozumieć okrucieństwo? Zadawanie bólu komuś, kto niczemu nie zawinił? Czy była gotowa zniszczyć coś pięknego, tylko dlatego, że mogła to zniszczyć?
To nie było coś, co zwykli ludzie mogli zrozumieć. Było wielu, co myślało, że rozumieją. Większość Śmierciożerców, stwierdził cierpko Alexander. Tymi należało pogardzać. Było niewielu, którzy rozumieli naprawdę. Być może tylko sam Voldemort. Na tym przecież polegała jego wielkość. Że potrafił nadać przemocy dokładnie ten kierunek, którego potrzebował. Użyć gniewu do własnych celów. Skupić nienawiść jak moc magiczną.
Nie było żadnej misji. Były tylko ślady ciężkich butów na podłodze, które zawierały w sobie wspomnienie gwałtu. Tak wiele było widmowych kroków. Tak samo wiele, jak celów, jakie przyświecały Śmierciożercom. Każdy chciał do czegoś wykorzystać cudzą nienawiść. Każdy myślał, że rozumie jej mechanizmy, że umie obrócić ją przeciwko tym, których sam nienawidzi.
Uchronić przed nią tych, których kocha.
Alexander nie rozumiał. Ale gdyby rozumiał, nie stałby przecież tutaj. Nie przyszedłby nigdy do tej chaty.
Alexander nie chciał niszczyć Helloise.
Chciał ją posiąść, ale nie chciał jej złamać. Chciał, by poczuła ciężar jego ciała, ale nie jego dominację. Chciał zetrzeć łzy z jej twarzy, zlizać je z policzków, jak gdyby były kolejnym eliksirem, którym miała go napoić. Chciał ją całować. Poczuć na języku smak Helloise. Niechby zaplotła ramiona wokół jego szyi. Niechby wymazała mu twarz żółtą kredą, której resztki wciąż miała na palcach. Nie dbał o to, że się ubrudzi. To wszystko to tylko sen, wyszeptałby, nie, wydyszałby jej to do ucha, między jednym a drugim pocałunkiem.
Wiedział, że uwierzyłaby.
W pewnym sensie byłoby to łaskawszym. Okłamać ją w ten sposób. Usnuć opowieść, jak stare kobiety snują przędzę na kołowrotkach. Koło było symbolem cygańskiej wędrówki, koło było też symbolem czasu... Wszystko w życiu Alexandra było pierdolonym błędnym kołem, z którego nie mógł znaleźć wyjścia innego jak kłamstwo. Nawet teraz myślał, jak nitki osnowy spleść w kłamstwo, którym mógłby otulić drżące ramiona Helloise jak szalem. Kłamstwo, które ją omota, skrępuje, tak jak włóczka krępowała teraz jej ruchy.
"Oto dzieło twojej bogini, Helloise", mógłby powiedzieć. "Oto twoja bogini, a oto ja jestem jej prorokiem. Wsłuchaj się w moje słowa, pozwól im cię prowadzić, jak gdybym był jej głosem, jej wolą."
Wiedział, że byłoby to wyrazem łaski. Okłamał tak wielu ludzi, chcąc oszczędzić im zgryzot. Kłamał, aby ocalić ojca przed wstydem. Kłamał, aby chronić Ambrosię. Kłamał, aby nie zawieść Lorien. Wciąż ich wszystkich okłamywał. Czemu więc nie mógłby okłamać i Helloise? Powiedzieć jej, że to wszystko wola bogini, której służy. Że jeśli go posłucha, wszystko się ułoży. Że jeśli go posłucha, sprawi, że wreszcie poczuje się dobrze. Pożądał jej w ten obrzydliwie niski sposób, pragnąc ciężaru jej ciała pod sobą, zapachu wdychanego z bliska, w chwili, gdy świat zawężał się do skóry i ciepła współdzielonego oddechu. Jakiego koloru byłyby po tym wszystkim nici powiązań między nimi? Czy miałyby kolor tej samej włóczki, którą została opleciona, jak zwierzę wpadłe we wnyki? Czy może odmieniłyby swoje kolory jak liście jesienią?
Z zieleni w czerwień...
Z czerwieni w czerń.
NIE.
W tym samym momencie wzrok jego napotkał czerwone ślepia czarnych widm, wymalowanych na ścianie za plecami kobiety.
"To tylko sen, Helloise", mógłby wyszeptać do jej szyi. Do włosów, w których teraz zanurzył nos, niezgrabnie uklękłszy obok niej na ziemi, w plątaninie włóczki, gwoździ i bogowie raczą wiedzieć, czego jeszcze.
A jednak nie okłamał jej. Usiadł obok, przyciągnął ją bliżej. Pochylił plecy, pozwalając, żeby ich skronie zetknęły się ze sobą. Jego ciało reagowało w sposób, który zawsze go zdradzał: napięciem karku, twardym ułożeniem ramion, ciężarem oddechu, który osiadł na jej szyi. Równym był oddech Alexandra, gdy zzuł z siebie płaszcz, żeby okryć nim Helloise, choć wiedział, że to nie z zimna drżała. Jej fizyczność była dla niego pokrętna i niepokojąca, bo krucha i nachalna jednocześnie. Kości wyczuwał zbyt wyraźnie pod skórą, wystające, ostre, jakby zbyt długo żywiła się złudzeniami. Karmiła złe sny, głodząc jeszcze gorszą rzeczywistość. Nie potrafił nic na to poradzić. Jej ciało narzucało się, wchodząc w jego przestrzeń, gdy ocierała się o niego nieporadnie, desperacko, bez rytmu. A może właśnie w rytm. Wstręt, który czuł wobec jej prób uwodzenia, mieszał się w nim z wstrętem wobec reakcji własnego ciała. Ale przecież wciąż jej chciał. Trzymał ją tak, spodziewając się, że gdy tylko się uspokoi, odrzuci jego rękę, która z karku przesunęła się na plecy. Mogła się wyrywać, mogła się z nim siłować... Trzymałby ją nawet wtedy, gdyby wyrywałaby mu się niby rozjuszona kuna.
Była żałosna.
– Do tego mnie chciałaś? – spytał ostro, nagle targnięty złością, tym zniecierpliwionym, irracjonalnym gniewem, jaki czuł od czasu ostatniej wizyty w Ataraxii. Do tego mnie chcesz? Słowa wychrypiane nad uchem Helloise utonęły jednak w spazmach jej szlochów, tak samo jak jego gniew. Brutalność grzęzła mu w gardle, gdy na nią patrzył. Trwał więc tak obok niej, z głową wciąż opartą o jej głowę, z ręką wplątaną w jej włosy. Nie warknął, żeby się uspokoiła. Po prostu czekał.
Było coś z psa w sposobie, w jaki okazywał czułość. W gestach, w których więcej było zwierzęcego instynktu niż wyrachowania. W tym jak wcześniej zderzył się z nią nosem. W tym jak szarpnął nią, gdy uznał, że zdążyła się już nieco uspokoić. Pociągnął Helloise za włosy, zmuszając, by oparła się o jego pierś, nogą zgiętą w kolanie zablokował możliwość ucieczki. Nie chciał sprawić jej bólu. A jednak przytrzymał jej głowę, obrócił tak, żeby patrzyła prosto na wymalowane na ścianie widma. Tak, żeby oboje mogli patrzeć.
Oto była rzecz spoza układu. Potwory z pogranicza światów. Obcy gatunek, gatunek inwazyjny. Oto byli jej bogowie. Poronione widma, będące wypaczeniem człowieczeństwa.
– Helloise. – Alexander wypowiedział jej imię tylko raz. – Dlaczego uważasz, że one chcą rozmawiać?
Nie pozwolił jej odwrócić wzroku.
Tak umierały złudzenia Helloise.
Gdyby wyciągnął wcześniej rękę, mógłby schwycić jedno z wystruganych przez nią ptasząt w locie. Ocalić przed upadkiem niewdzięcznie rozdziawiony dziób, ocalić wypełnione powietrzem kości przed złamaniem... Zamiast tego wybrał zanoszącą się ni to płaczem, ni to śmiechem Helloise. Osłonił ją odruchowo ramieniem, jak gdyby spodziewał się, że dziecinne zabawki spadną jej na głowę. Bo tam miały przecież gniazdo. Uwiły sobie dom pośród jej skołtunionych włosów, w sitowiu splątanych myśli, śpiewając piosenki zasłyszane w snach. Nie chciał zabijać jej ptaków. Nie, gdy sama była w jego rękach jak ptak trzepoczący rozpaczliwie skrzydłami. Nawet gdyby te skrzydła biły go po twarzy, zdawałyby się przecież tak delikatnymi. Tak łatwymi do złamania. Tak samo delikatnymi były jej drżące pieszczoty, palce sunące po twarzy, wzdłuż jego szyi, ramion.
A potem było jego imię, powtarzane wciąż na nowo. Ciężkie, ugruntowujące go w gęstej teraźniejszości, pętające niczym zaklęcie. Imiona moją moc, sam to przecież powiedział. Oczy Alexandra zdawały się błądzić po twarzy Helloise, gdy dłonie próbowały sobie przypomnieć, jak to jest, dotykać, nie brukając dotykiem. Znał dobrze pragnienie oddanie się czemuś cielesnemu, namacalnemu, co na chwilę zagłuszy myśli.
Trudno było jednak opisać, co czuł, gdy zaczęła wspinać się po nim ruchem uwodzącym, bluszczowym. Zaplatać miękko i natarczywie wokół jego ramion, jak gdyby chciała wciągnąć go głębiej jeszcze w swoją pajęczynę.
Jakże łatwo byłoby się jej poddać. Zanurzyć dłoń w splątanych wilgocią włosach, owionąć swym ciężkim oddechem jej ucho. Pomyśl, że to sen, wyszeptałby, cicho, niemal czule, przyciągając ją bliżej. Wdychając gorzki zapach ziół i mokrej od deszczu ziemi, dopóki sam by nim nie przesiąkł. A gdy uwiesiłaby się na nim, poprowadziłby dłoń pod jej spódnicę, i dalej, między uda. Czy były pokryte mchem, zastanawiał się, czy poczułby skroploną rosę na jej skórze? Przytrzymał Helloise, gdy naparła na niego biodrami, nie chcąc, aby się odsunęła.
Czy jakby wziął ją na tej podłodze, tu i teraz, opierałaby się, czy tylko udawała, że się opiera?
Chciał się od niej odsunąć, ale nie umiał odejść. Alex, szeptała, Alex, Alex. Pokręcił głową, przytłoczony, ale Helloise nie przestawała. Była wszędzie. Lepka jak pajęcza nić. Lepka jak pożądanie. Pożądał jej, tak, ale też brzydził się nią. Bo Helloise była obrzydliwa. Obrzydliwa w tym, jak mieliła w ustach jego imię, wijąc wokół kokon z lepkiej słodyczy. Ale przecież nie chciał, żeby przestała. Alex, Alex, Alex. Skrzywił się, gdy dotknęła jego przedramienia. Nerwy miał napięte jak sznur, na którym uwiązano psa. To dlatego reagował na nią instynktownie niczym zwierz na szarpnięcie uwięzi. Znał wszystkie te sztuczki Helloise. Znał dobrze te desperackie próby ulżenia sobie, pociągnięcia kogoś w dół, byleby nie spadać samemu. Była tak samo obrzydliwa jak jego odbicie w lustrze. Przecież właśnie tak wyglądał Alexander, gdy manipulował kobietami. Może i nisko upadłem, śmiał się potem im wszystkim w twarz, ale wciąż upadłaś niżej, skoroś mnie chciała. Czasem jedyną możliwością zachowania godności własnej było upodlenie kogoś innego. Gdy zostałeś użytym, sam zaczynałeś wykorzystywać. W pewnym sensie wszystko to pokrywało się z prawami natury, według których żyła. Tylko kto tutaj wykorzystywał kogo? Nawet wiedząc, co chciała osiągnąć, poddał się jej przecież bez sprzeciwu, gdy uwodzicielsko zaczęła wsączać mu w pierś swoją ohydę. Czy do tego mnie chciałaś, Helloise?, mógłby zapytać. Czy do tego mnie chcesz?
Ale ona tylko szeptała jego imię.
Nie pamiętał już nawet, kiedy ostatnio był z kobietą. W jego relacji z Lorettą zawsze było coś pokrętnego, coś okrutnego. Coś kompletnie, kurwa, nieludzkiego, pomyślał beznamiętnie, patrząc na łzy płynące po policzkach Helloise. "Nie rozumiesz", krzyczała wcześniej, a łzy mieszały się z wybuchami histerycznego śmiechu. Gdy nie dała rady krzyczeć, dyszała. Ziała bokami jaki dziki zwierz, który ucieka przed śmiercią. "Rozerwę na strzępy wszystko w tej Dolinie, dopóki nie wyrwę odpowiedzi!"
Zaczęła, oczywiście, od rozrywania na strzępy samej siebie.
Oto Alexander stanął przed obliczem gniewu starego jak świat. "Tylko tyle możecie", dyszał świat, "niszczyć!". Jak gdyby nie wiedziała tego, dotknąwszy runy wypalonej na jego przedramieniu. Tym przecież byli w swej istocie Śmierciożercy. Obietnicą destrukcji starego porządku, siejącą zniszczenie. "Chcecie zniszczyć i mnie?", warczała zrozpaczona Helloise. Rozpacz jej była nieomal namacalną. Dotykał wcześniej jej rozpaczy, splotów jej szaleństwa. Dotykał uważnie, nie niszcząc. Może dlatego pokręcił tylko głową w milczeniu, zamiast odpowiedzieć.
Helloise jeszcze nie rozumiała, że przemoc bywała ślepą. On też tego kiedyś nie rozumiał. Jakże mógłby to rozumieć, skoro stworzony został z trojgiem widzących oczu? Przemocy nie dało się opisać równaniem. Wpisać w wykreślone na podłodze linie. Statystyka nie była w stanie unieść ogromu bólu. Nie było matematycznego wzoru na nienawiść. Nienawiść była rozproszona, nieukierunkowana, tak jak i gniew. Gniew, że świat nie rządzi się ani prymitywnymi prawami natury, ani bardziej wysublimowanymi zasadami logiki.
Czy była w stanie zrozumieć okrucieństwo? Zadawanie bólu komuś, kto niczemu nie zawinił? Czy była gotowa zniszczyć coś pięknego, tylko dlatego, że mogła to zniszczyć?
To nie było coś, co zwykli ludzie mogli zrozumieć. Było wielu, co myślało, że rozumieją. Większość Śmierciożerców, stwierdził cierpko Alexander. Tymi należało pogardzać. Było niewielu, którzy rozumieli naprawdę. Być może tylko sam Voldemort. Na tym przecież polegała jego wielkość. Że potrafił nadać przemocy dokładnie ten kierunek, którego potrzebował. Użyć gniewu do własnych celów. Skupić nienawiść jak moc magiczną.
Nie było żadnej misji. Były tylko ślady ciężkich butów na podłodze, które zawierały w sobie wspomnienie gwałtu. Tak wiele było widmowych kroków. Tak samo wiele, jak celów, jakie przyświecały Śmierciożercom. Każdy chciał do czegoś wykorzystać cudzą nienawiść. Każdy myślał, że rozumie jej mechanizmy, że umie obrócić ją przeciwko tym, których sam nienawidzi.
Uchronić przed nią tych, których kocha.
Alexander nie rozumiał. Ale gdyby rozumiał, nie stałby przecież tutaj. Nie przyszedłby nigdy do tej chaty.
Alexander nie chciał niszczyć Helloise.
Chciał ją posiąść, ale nie chciał jej złamać. Chciał, by poczuła ciężar jego ciała, ale nie jego dominację. Chciał zetrzeć łzy z jej twarzy, zlizać je z policzków, jak gdyby były kolejnym eliksirem, którym miała go napoić. Chciał ją całować. Poczuć na języku smak Helloise. Niechby zaplotła ramiona wokół jego szyi. Niechby wymazała mu twarz żółtą kredą, której resztki wciąż miała na palcach. Nie dbał o to, że się ubrudzi. To wszystko to tylko sen, wyszeptałby, nie, wydyszałby jej to do ucha, między jednym a drugim pocałunkiem.
Wiedział, że uwierzyłaby.
W pewnym sensie byłoby to łaskawszym. Okłamać ją w ten sposób. Usnuć opowieść, jak stare kobiety snują przędzę na kołowrotkach. Koło było symbolem cygańskiej wędrówki, koło było też symbolem czasu... Wszystko w życiu Alexandra było pierdolonym błędnym kołem, z którego nie mógł znaleźć wyjścia innego jak kłamstwo. Nawet teraz myślał, jak nitki osnowy spleść w kłamstwo, którym mógłby otulić drżące ramiona Helloise jak szalem. Kłamstwo, które ją omota, skrępuje, tak jak włóczka krępowała teraz jej ruchy.
"Oto dzieło twojej bogini, Helloise", mógłby powiedzieć. "Oto twoja bogini, a oto ja jestem jej prorokiem. Wsłuchaj się w moje słowa, pozwól im cię prowadzić, jak gdybym był jej głosem, jej wolą."
Wiedział, że byłoby to wyrazem łaski. Okłamał tak wielu ludzi, chcąc oszczędzić im zgryzot. Kłamał, aby ocalić ojca przed wstydem. Kłamał, aby chronić Ambrosię. Kłamał, aby nie zawieść Lorien. Wciąż ich wszystkich okłamywał. Czemu więc nie mógłby okłamać i Helloise? Powiedzieć jej, że to wszystko wola bogini, której służy. Że jeśli go posłucha, wszystko się ułoży. Że jeśli go posłucha, sprawi, że wreszcie poczuje się dobrze. Pożądał jej w ten obrzydliwie niski sposób, pragnąc ciężaru jej ciała pod sobą, zapachu wdychanego z bliska, w chwili, gdy świat zawężał się do skóry i ciepła współdzielonego oddechu. Jakiego koloru byłyby po tym wszystkim nici powiązań między nimi? Czy miałyby kolor tej samej włóczki, którą została opleciona, jak zwierzę wpadłe we wnyki? Czy może odmieniłyby swoje kolory jak liście jesienią?
Z zieleni w czerwień...
Z czerwieni w czerń.
NIE.
W tym samym momencie wzrok jego napotkał czerwone ślepia czarnych widm, wymalowanych na ścianie za plecami kobiety.
"To tylko sen, Helloise", mógłby wyszeptać do jej szyi. Do włosów, w których teraz zanurzył nos, niezgrabnie uklękłszy obok niej na ziemi, w plątaninie włóczki, gwoździ i bogowie raczą wiedzieć, czego jeszcze.
A jednak nie okłamał jej. Usiadł obok, przyciągnął ją bliżej. Pochylił plecy, pozwalając, żeby ich skronie zetknęły się ze sobą. Jego ciało reagowało w sposób, który zawsze go zdradzał: napięciem karku, twardym ułożeniem ramion, ciężarem oddechu, który osiadł na jej szyi. Równym był oddech Alexandra, gdy zzuł z siebie płaszcz, żeby okryć nim Helloise, choć wiedział, że to nie z zimna drżała. Jej fizyczność była dla niego pokrętna i niepokojąca, bo krucha i nachalna jednocześnie. Kości wyczuwał zbyt wyraźnie pod skórą, wystające, ostre, jakby zbyt długo żywiła się złudzeniami. Karmiła złe sny, głodząc jeszcze gorszą rzeczywistość. Nie potrafił nic na to poradzić. Jej ciało narzucało się, wchodząc w jego przestrzeń, gdy ocierała się o niego nieporadnie, desperacko, bez rytmu. A może właśnie w rytm. Wstręt, który czuł wobec jej prób uwodzenia, mieszał się w nim z wstrętem wobec reakcji własnego ciała. Ale przecież wciąż jej chciał. Trzymał ją tak, spodziewając się, że gdy tylko się uspokoi, odrzuci jego rękę, która z karku przesunęła się na plecy. Mogła się wyrywać, mogła się z nim siłować... Trzymałby ją nawet wtedy, gdyby wyrywałaby mu się niby rozjuszona kuna.
Była żałosna.
– Do tego mnie chciałaś? – spytał ostro, nagle targnięty złością, tym zniecierpliwionym, irracjonalnym gniewem, jaki czuł od czasu ostatniej wizyty w Ataraxii. Do tego mnie chcesz? Słowa wychrypiane nad uchem Helloise utonęły jednak w spazmach jej szlochów, tak samo jak jego gniew. Brutalność grzęzła mu w gardle, gdy na nią patrzył. Trwał więc tak obok niej, z głową wciąż opartą o jej głowę, z ręką wplątaną w jej włosy. Nie warknął, żeby się uspokoiła. Po prostu czekał.
Było coś z psa w sposobie, w jaki okazywał czułość. W gestach, w których więcej było zwierzęcego instynktu niż wyrachowania. W tym jak wcześniej zderzył się z nią nosem. W tym jak szarpnął nią, gdy uznał, że zdążyła się już nieco uspokoić. Pociągnął Helloise za włosy, zmuszając, by oparła się o jego pierś, nogą zgiętą w kolanie zablokował możliwość ucieczki. Nie chciał sprawić jej bólu. A jednak przytrzymał jej głowę, obrócił tak, żeby patrzyła prosto na wymalowane na ścianie widma. Tak, żeby oboje mogli patrzeć.
Oto była rzecz spoza układu. Potwory z pogranicza światów. Obcy gatunek, gatunek inwazyjny. Oto byli jej bogowie. Poronione widma, będące wypaczeniem człowieczeństwa.
– Helloise. – Alexander wypowiedział jej imię tylko raz. – Dlaczego uważasz, że one chcą rozmawiać?
Nie pozwolił jej odwrócić wzroku.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat