03.02.2026, 12:28 ✶
– Zawsze lubiłam sos czosnkowy – oświadczyła Charlotte. To dlatego zamówiła ten posrebrzany, poręczny toporek, ale uznała, że to jedna z tych rzeczy, które matka powinna zachować dla siebie, aby nie martwić nadmiernie swoich dzieci. – Mam wrażenie, że gdyby stał się wampirem, byłby pierwszym… żywym wampirem, jaki kiedykolwiek powstał, ale liczę, że nie będziemy sprawdzać tej teorii.
Jak miałaby w ogóle wtedy poradzić sobie z dysonansem poznawczym? Skoro w jej jestestwo była wpisana niechęć do wampirów, ale też zawsze tak ceniła Jonathana? Gorzej byłoby chyba tylko, gdyby postanowił przenieść się do US i wspierać republikańskich polityków. Czy musiałaby ponownie zbudować część swojej osobowości, jak kiedyś przez Neda i znaleźć sobie nowe obiekty do nienawiści, jak swego czasu mugolaków zastąpiła lekką ręką goblinami i potem także Republikanami?
Pochłonięta tymi myślami sięgnęła po ciasteczko. Zamyślona wpatrywała się gdzieś w przestrzeń, ale…
Wciąż słuchała swojego syna.
Ktoś mógłby pomyśleć, że wcale nie: nie przerwała mu bowiem ani razu, z początku nie drgnęła, nie drgnął i żaden mięsień na jej twarzy. Ale gdy skończył mówić pierniczek, na którym Charlotte zacisnęła palce o wiele, wiele zbyt mocno, rozpadł się, zasypując blat mnóstwem okruszków. Nie zwróciła jednak na to uwagi, wbiwszy nagle bardzo zimne spojrzenie jasnych oczu w twarz Jaspera.
Nie wybuchła.
Charlotte rzadko wybuchała. I głos rozsądku podpowiadał, że jeśli będzie wybuchać w takich chwilach, dzieci niekoniecznie przyjdą do niej powiedzieć o takich sprawach. Mimo to musiała włożyć bardzo, bardzo wiele siły woli w to, aby zapanować nad głosem.
– W lipcu. Mamy październik – powiedziała, powoli wypowiadając każde słowo, jakby ważyła je, zanim padną z jej ust. I te niewypowiedziane zawisły teraz pomiędzy nimi, bo… dlaczego dowiadywała się o tym dopiero teraz? – Czy tym wampirem odpowiednio się zajęto?
Bo jeżeli nie, to bogini jej świadkiem, toporek, który zamówiła, jednak się przyda. Całkiem niedługo.
Jak miałaby w ogóle wtedy poradzić sobie z dysonansem poznawczym? Skoro w jej jestestwo była wpisana niechęć do wampirów, ale też zawsze tak ceniła Jonathana? Gorzej byłoby chyba tylko, gdyby postanowił przenieść się do US i wspierać republikańskich polityków. Czy musiałaby ponownie zbudować część swojej osobowości, jak kiedyś przez Neda i znaleźć sobie nowe obiekty do nienawiści, jak swego czasu mugolaków zastąpiła lekką ręką goblinami i potem także Republikanami?
Pochłonięta tymi myślami sięgnęła po ciasteczko. Zamyślona wpatrywała się gdzieś w przestrzeń, ale…
Wciąż słuchała swojego syna.
Ktoś mógłby pomyśleć, że wcale nie: nie przerwała mu bowiem ani razu, z początku nie drgnęła, nie drgnął i żaden mięsień na jej twarzy. Ale gdy skończył mówić pierniczek, na którym Charlotte zacisnęła palce o wiele, wiele zbyt mocno, rozpadł się, zasypując blat mnóstwem okruszków. Nie zwróciła jednak na to uwagi, wbiwszy nagle bardzo zimne spojrzenie jasnych oczu w twarz Jaspera.
Nie wybuchła.
Charlotte rzadko wybuchała. I głos rozsądku podpowiadał, że jeśli będzie wybuchać w takich chwilach, dzieci niekoniecznie przyjdą do niej powiedzieć o takich sprawach. Mimo to musiała włożyć bardzo, bardzo wiele siły woli w to, aby zapanować nad głosem.
– W lipcu. Mamy październik – powiedziała, powoli wypowiadając każde słowo, jakby ważyła je, zanim padną z jej ust. I te niewypowiedziane zawisły teraz pomiędzy nimi, bo… dlaczego dowiadywała się o tym dopiero teraz? – Czy tym wampirem odpowiednio się zajęto?
Bo jeżeli nie, to bogini jej świadkiem, toporek, który zamówiła, jednak się przyda. Całkiem niedługo.