Ten niczym nie wyróżniający się dzień od dziesiątek innych dni nie zwiastował niczego nowego. A tym bardziej nic ciekawego. W okresie letnim zawsze było więcej pracy niż zwykle, a urlopy współpracowników w tym również nie pomagały. Ogrom dodatkowej roboty dotyczył zarówno papierologii jak i pracy w terenie. Co najgorsze, ta praca nie mogła stać w miejscu i czekać. Musiała być zrobiona od razu.
Stanley dogadał się wraz ze swoimi kompanami z departamentu, że zajmie się nadprogramowymi raportami pod warunkiem, że oni wezmą patrole. Lipiec dodatkowo nie rozpieszczał w kwestii temperatury. Gorąco i ukrop w połączeniu z mundurem nie należy do najwygodniejszych połączeń. Praca za biurkiem dawała zaś możliwość ukrycia się w budynku ministerstwa w oczekiwaniu na nadejście wieczora.
Kolejne godziny spędzone na wypełnianiu tych samych formułek potrafią zmęczyć człowieka. Borgin próbował mimowolne z tym walczyć, jednak 5 kawa tego dnia nie zdała swojego testu. Z każdym napisanym słowem, jego oczy zamykały się coraz bardziej. Żadna z zastosowanych metod nie przynosiła upragnionego sukcesu.
Stanley był skazany na przegraną zanim jeszcze rozpoczął tę nierówną walkę. Może takie przemęczanie się latem mu po prostu nie służyło? Na takie rozmyślanie było już jednak za późno, ponieważ nie minęło kilka minut, a chłopak leżał głową na biurku i pogrążał się w głębokim śnie...
To był ciężki dzień. A nic nie smakuje tak dobrze jak zimne piwko po takim wysiłku. Dokładnie taki sam plan był młodego Borgina. Nic nie poprawia humoru lepiej niż złoty trunek o tej porze roku i to w akompaniamencie świetnych ludzi jakimi byli jego druhowie z działu. Stanley wraz ze swoją zgrają skierował się w kierunku jednej z knajp na ulicy Pokątnej. Wszystko wskazywało na bardzo przyjemny i ciężki wieczór.
Główna ulica o tej porze roku roku była bardzo żywa. Setki czarodziejów starał się pokonać ją w tę lub inną stroną. Każdy miał coś do załatwienia. Każdemu się gdzieś spieszyło. Nie było w tym nic dziwnego. Ogół społeczeństwa starał się ogarnąć swoje sprawy na tyle szybko aby mieć wolne popołudnie. Nikt przecież nie lubi spędzać w kolejkach czy urzędach zbędnych godzin, prawda?
- Dzisiaj lecimy do zgonu, prawda? - zapytał Samuel zacierając swoje ręce. Z jednej strony bardzo oddany przyjaciel Stanleya, a z drugiej okropny alkoholik. Nigdy nie odmawiał spożywania procentów w jakiejkolwiek formie.
- No kilka piwek na pewno… - odpowiedział swojemu kompanowi spoglądając ze zdziwieniem w jedną z alejek. Cóż takiego mogło tam się stać, aby przykuć uwagę Borgina? - Poczekaj. Sprawdzę jedną rzecz - wystawił rękę w jego kierunku jakby próbował go zatrzymać. Stanley był święcie przekonany, że coś albo ktoś mu mignęło w tamtej uliczce. Chociaż może usłyszał coś, co wzbudziło w nim niepokój? Może i teraz był w brygadzistą w cywilu i poza służbą, lecz uciśnionych należy chronić również poza nią.
Andrew wyciągnął różdżkę z tyłu swojego płaszcza, a następnie skierował ją przed siebie i zaczął się uważnie przyglądać okolicy. Coś mi tutaj nie gra pomyślał. Było tutaj po prostu za cicho jak na alejkę w której coś się miało wydarzyć sekundę temu. Zapewne gdyby nie był z tej całej wścibskiej Grupy Uderzeniowej to by odpuścił. Jednak nie tym razem. Ktoś przecież potrzebował jego pomocy.
Jego zmysł nie wyprowadził go w pole tym razem. Po krótkiej chwili ujrzał mężczyznę, który dusił jakąś dziewczynę. Nie było czasu na przemyślenie akcji, trzeba było szybko zareagować.
- Depulso! - wypowiedział kierując trzonek swojej różdżki w kierunku zbrodniarza. Może i nie było to do końca przemyślana akcja ale na pewno szybka. Borgin nie miał pojęcia przecież jak długo ofiara była podduszana, a to było pierwsze na co wpadł aby ją ratować.
Nie minęła nawet sekunda, a napastnik został oddzielony od dziewczyny. Obydwoje odlecieli na przeciwległe boki alejki. Na całe szczęście znajdowało się tam dosyć sporo kartonów, które zamortyzowały upadek.
Stanley ruszył powoli w kierunku przestępcy, które nie zamierzał się poddać. Podejrzany wstał i ruszył ile sił w nogach w głąb uliczki. Młodemu brygadziście nie pozostało nic innego jak ruszyć w pogoń za nim.
- Departament Przestrzega Praw Czarodziejów! Zatrzymaj się! Jesteś aresztowany! - wykrzyczał próbując dogonić uciekiniera. Chwilę później wyciągnął swoją odznakę z bocznej kieszeni płaszcza. Wiedział, że pozostawienie tej dziewczyny na pastwę losu nie było może dobrym zagraniem, jednak tamten złoczyńca nadal był na wolności i trzeba było go złapać. Gdyby znalazł się tutaj na oficjalnym patrolu, to jego kompan zająłby się poszkodowaną, a tak to musiała dojść do siebie w jakichś kartonach w ciemnej alejce.
Pogoń trwała może nie całe 2 minuty. Niezidentyfikowany prowodyr całego wydarzenia musiał być bardzo wysportowany, ponieważ po tak krótkim pościgu zniknął bez śladu w tłumie ludzi - Kurwa mać - rzucił zdyszany Stanley, a następnie machnął z niezadowolenia ręką. Miałeś dzisiaj szczęście. Ale jeszcze się spotkamy. Nie bój się przeklinał go w głowie. Jako, że nie udało mu się dogonić uciekiniera, skierował swoje kroki w kierunku poszkodowanej.
Po krótkim marszu wyłonił się z ciemnej alejki i podszedł do zdezorientowanej dziewczyny - Nie bój się. Nic ci się nie stanie. Pogoniłem go - poinformował dziewczynę - Jestem z Ministerstwa Magii - dodał chowając różdżkę do tylnej kieszeni - Stanley Bor… - zaczął się przedstawiać. Zawahał się po chwili kiedy mógł się przyjrzeć dziewczynie na spokojnie. Czy to nie była panienka Avery?
- Stella?! - wykrzyczał doskakując do niej od razu - Nic Ci się nie stało? - zapytał przykładając swoją dłoń na jej policzek. Czy oby na pewno jej nie skrzywdził? Czy wszystko było z nią w porządku? Kiedy zrozumiał, że ofiarą tego zbrodniarza była kobietą na której mu zależało, zagotował się cały. Teraz był w stanie znaleźć tamtego mężczyznę choćby w Azkabanie i wymierzyć mu odpowiednią karę.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972