Wszystko zaczęło się rozmywać w momencie kiedy Stanley dotknął policzka Stelli. Borgin poczuł się jakby brakowało mu sił. Z każdą sekundą widział jakby panna Avery oddalała się od niego. Co się właściwie działo? Dlaczego nie mógł nic zrobić? Najgorsze w tym było to, że on sam nie był w stanie zareagować. Jakby czas się zatrzymał. Jakby wszystko zamarło.
Całość trwała może kilkanaście sekund i odbyło się w ekspresowym tempie. Moment później chłopak czuł się na tyle zmęczony, że poddał się objęciom Morfeusza. Nie mógł nic innego zrobić jak się poddać.
Drzemka Stanleya trwałaby dalej w najlepsze gdyby nie lekkie kopnięcie, którym ktoś go wybudził ze snu - Wstawaj. Ruszamy dalej. Nie pora teraz na odpoczynek - usłyszał chrapliwym i niewyraźnym głosem. Kto to mógł być? I przede wszystkim gdzie on teraz był?
Rozejrzał się wokół, przecierając swoje podkrążone oczy. Dlaczego tu wszędzie jest tyle zieleni? Gdzie są ministerialne korytarze albo ulica Pokątną?!. Niedługo zajęło mu dojście do stanu świadomości. A kiedy to już się stało zrozumiał, że aktualnie znajdował się pośrodku wielkiego lasu. Tylko co on tutaj robił?
Uważnie spojrzał na okolice. Po swojej prawej miał duży, wyprawowy plecak, a po lewej dużą siekierę. Nie czekając ani chwilę dłużej powstał z ziemi, a następnie zabrał swoje przedmioty i ruszył za resztą swoich kompanów. Nie mieli czasu do stracenia. Na dworze robiło się coraz ciemniej, a mimo wszystko, Stanleyowi nie widziało się nocować po środku nieznanego.
Zależało mu do tego stopnia, aby się stąd wydostać, że nie zadawał nawet żadnych pytań reszcie drużyny. Po prostu szedł do przodu niczym żołnierz w kompanii. Bagaż, który niósł na swoich plecach był dużo cięższy niż się wcześniej wydawał. Mógłby przysiąść, że niesie w nim jakiegoś trupa albo tonę kamieni. Wolał jednak nie upewniać się, która z tych opcji była prawdziwą. Wszystko i tak już było wystarczająco pogmatwane.
Ukląkł, aby zawiązać sobie buta. Kiedy skończył go sznurować, podniósł się z powrotem, lecz ku swojemu zdziwieniu nie zobaczył żadnego ze swoich towarzyszy. Gdzie oni się wszyscy podziali? Czy to jest jakiś nieśmieszny żart w tym momencie? zaczął się zastanawiać.
Na całe szczęście udało mu się dojrzeć ich kroki, które prowadziły na północ… Albo do przodu? Nie miał pojęcia nawet w którą ze stron się aktualnie udaje, dlatego zaczął śledzić pozostawione znaki. Pozostawione ślady dodawały Borginowi trochę otuchy.
Las wydawał się jakby nie miał końca. Co gorsza, drzewo od drzewa nie różniło się niczym. Każde z nich rosło w równych odstępach od siebie, a wokół nie było nic innego. Ani jednej żywej duszy. Nawet nie miał uczucia, że jest przez kogoś obserwowany. Jakby dosłownie był sam na świecie.
Po długim marszu… Chociaż nie wiadomo dokładnie ile on trwał i ile kilometrów Stanley pokonał. Tak samo jak on mógł ciągle stać w miejscu i nie zrobić ani kroku, tak samo czas mógł w ogóle nie mijać. Prawie jakby znalazł się w swego rodzaju pułapce bez wyjścia.
Ilość śladów zaczęła się powoli zmniejszać, a w dodatku te, które nadal były zaczynały przestawać wyglądać jak ludzkie znaki. Najgorsze w tym był fakt, że zaczęły się one rozchodzić na wszystkie strony świata. Borgin spróbował rozejrzeć się wokół, aby odnaleźć te po których się tutaj znalazł. Niestety bezskutecznie.
Kiedy skończył się kręcić zobaczył niedaleko od siebie jakiś autobus. Nie czekając na nic więcej, złapał siekierę oburącz i ruszył w jego kierunku tak szybko jak tylko potrafił. Czy to są moi ludzie? zapytał sam siebie. Jedyną nadzieją aby się o tym przekonać było sprawdzenie tego na własnej skórze.
- Halo! Tutaj jestem! Nie musicie uciekać! - wykrzyczał kiedy omijał autobus, aby znaleźć się przy jego wejściu.
Pierwsze co rzuciło się w jego oczy to dwójka osób stojących przed wejściem do pojazdu. Przyśpieszył kroku, rozpędzając się niemal do biegu - Co tu się dzieje? - zapytał. Nie kierował tego pytania do którejkolwiek z postaci, które znajdowały się przed nim. Było to raczej “wolne” pytanie, oczekujące na odpowiedź.
Im bliżej znajdował się ten dwójki, tym więcej szczegółów był w stanie dojrzeć. Pierwsze co ujrzał, że te postacie to tak naprawdę mężczyzna i kobieta. Po pokonaniu kolejnych kilku kroków dojrzał, że facet trzyma coś przed sobą.
Kiedy znalazł się mniej więcej w odległości kilkunastu metrów przewrócił się. Chociaż przy jego prędkości wyglądało to bardziej jakby się zamachnął na parę stojącą przed nim. Upadł na ziemię wypuszczając z rąk siekierę, co musiało wystraszyć tego mężczyznę na tyle, że zaczął uciekać.
Stanley upadł idealnie pod nogi dziewczyny. Leżąc na ziemi ujrzał, że to coś co tamten facet trzymał w rękach to tak naprawdę był nóż. Usłyszał także szlochanie, które musiało pochodzić od jasnowłosej kobiety.
Zmrużył oczy, aby przyjrzeć jej się dokładnie. Chwila. Moment. Czy to się dzieje ponownie? Przecież to musiała być panna Avery! - Stelluś? Czy to Ty?! - wykrzyczał, a następnie spróbował ją złapać za dłoń.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972