06.02.2026, 19:46 ✶
– Jakbym miała patrzeć na siebie w porównaniu z Tobą... to jestem bardziej kotem niż psem, rasowy ratlerku – rzuciła przelotnie, ostentacyjnie łapą znaczy ręką przesuwając przyniesioną przez niego butelkę i... zrzucając ją na twardą, wciąż jednak wystarczająco miękką podłogę namiotu. Butelka się nie stłukła, a złote, całkiem kocie oczy wciąż utkwione były w Bulstrodzie. Wykrzywiona twarz nie kryła braku sympatii Moody do swojego wyższego stopniem kurwa kolegi, to właściwie też było całkiem kotoidalne.
– Złapałeś mnie, nie sądziłam, że mieliśmy publiczność, ani że kręcą Cię takie rzeczy Bulstrode. – Odcięła się, sięgając po torebkę (stanowczo za małe kieszenie w tej sukience, stanowczo!), i wyciągając z niej paczkę fajek i karty. Nowe. Z kotami zamiast ludźmi na obrazkach.
– Rozumiem, że uważasz wróżbę za spełnioną? W sumie... było spoko, a potem się rozjebał Londyn, więc jakiekolwiek romanse zeszły na dalszy plan. Ma to sens. Z drugiej strony, karty punktowały Cię, że okopujesz się bez sensu, zamiast otworzyć na nowe możliwości. Cały czas to robisz, czy postanowiłeś w końcu się ogarnąć złamasie? – zapytała i zaciągnęła się mocno, odpalając od różdżki swojego nędznego szluga, zakupionego oczywiście po taniości. Dobrze w sumie że nie było Liszka czy Brenki, pewnie nie byliby tacy zadowoleni z tego że pali w środku. Z drugiej strony, byli kurwa czarodziejami, mogli się okadzić chujoświeczkami i innymi trociczkami, aż miło.
– Życie uczuciowe Atreusa Bulstroda, na cycki Matki, nie sądziłam, że kiedykolwiek będziemy razem nad nim radzić. – Uśmiechnęła się nawet, ze szlugiem w kąciku ust, głową przypominając starą Miles, gdy reszta... wyglądała tak jak wyglądała. – Na co czekasz? Polewaj. Zeszłam ze służby w sumie, a na trzeźwo to ciężko w takie zawiłości zaglądać. – papieros przewędrował z jednego kącika ust do drugiego, gdy tasowała dalej. – Pytamy o Brennę, czy ktoś inny Ci się nawinął w międzyczasie? – dodała absolutnym mimochodem, choć pytanie było bardzo... wycelowane. Za to ruchanie Basiliusa pod drzewem, miała ochotę strzelić mu w ryj, ale miała się zachowywać na tym ślubie, więc powiedzmy, wystąpienie z limem na śniadaniu poprawinowym nie wchodziło w grę.
– Złapałeś mnie, nie sądziłam, że mieliśmy publiczność, ani że kręcą Cię takie rzeczy Bulstrode. – Odcięła się, sięgając po torebkę (stanowczo za małe kieszenie w tej sukience, stanowczo!), i wyciągając z niej paczkę fajek i karty. Nowe. Z kotami zamiast ludźmi na obrazkach.
– Rozumiem, że uważasz wróżbę za spełnioną? W sumie... było spoko, a potem się rozjebał Londyn, więc jakiekolwiek romanse zeszły na dalszy plan. Ma to sens. Z drugiej strony, karty punktowały Cię, że okopujesz się bez sensu, zamiast otworzyć na nowe możliwości. Cały czas to robisz, czy postanowiłeś w końcu się ogarnąć złamasie? – zapytała i zaciągnęła się mocno, odpalając od różdżki swojego nędznego szluga, zakupionego oczywiście po taniości. Dobrze w sumie że nie było Liszka czy Brenki, pewnie nie byliby tacy zadowoleni z tego że pali w środku. Z drugiej strony, byli kurwa czarodziejami, mogli się okadzić chujoświeczkami i innymi trociczkami, aż miło.
– Życie uczuciowe Atreusa Bulstroda, na cycki Matki, nie sądziłam, że kiedykolwiek będziemy razem nad nim radzić. – Uśmiechnęła się nawet, ze szlugiem w kąciku ust, głową przypominając starą Miles, gdy reszta... wyglądała tak jak wyglądała. – Na co czekasz? Polewaj. Zeszłam ze służby w sumie, a na trzeźwo to ciężko w takie zawiłości zaglądać. – papieros przewędrował z jednego kącika ust do drugiego, gdy tasowała dalej. – Pytamy o Brennę, czy ktoś inny Ci się nawinął w międzyczasie? – dodała absolutnym mimochodem, choć pytanie było bardzo... wycelowane. Za to ruchanie Basiliusa pod drzewem, miała ochotę strzelić mu w ryj, ale miała się zachowywać na tym ślubie, więc powiedzmy, wystąpienie z limem na śniadaniu poprawinowym nie wchodziło w grę.