06.02.2026, 21:50 ✶
To miała być złośliwość, tymczasem Gabriel zdawał się być jej słowami urzeczony, zupełnie jakby zauważyła nową różaną broszkę na jego krawacie i w swej boskiej łaskawości postanowiła ją skomplementować. To nie było nic wielkiego, a jednak, odwrócił się ku niej z oczami lśniącymi rozbawieniem, ale też takim słodkim zapatrzeniem we wciąż ostre, poirytowane rysy.
– Naprawdę tak myślisz? – niemalże wymruczał do jej ucha, pochylając się ku anielskiemu obliczu, pozwalając sobie bezczelnie oprzeć brodę o jej ramię na moment, na krótką chwilę pozwalającą zaciągnąć się wonią kwietnych perfum.
Dopiero odchrząknięcie świadka przywróciło mu choć odrobinę pomyślunku, choć odsunął się od Lucy z wielką niechęcią. A przecież w jej żyłach nie płynęła nawet krew! Jaki to miało sens? Żaden! Ale chciał jej sprawiać przyjemność, chciał sypać kwiatki róż pod jej małe stópki i patrzeć jak jej nosek marszczy się we wściekłości każdej wyemancypowanej wiedźmy. Teraz jednak, chciał nade wszystko być jakkolwiek przydatny. Tak jak umiał najlepiej.
– Dobrze, dobrze cokolwiek, pani pójdzie teraz i poprosi Jacka. Znaczy Johna. Poprosimy Johna na przesłuchanie. – rzucił z lekkością i gestem zamiatającym powietrzem nad głową, gestem bardzo odganiającym tę hehe starą prukwę, zwrócił się znów do Lucy, pilnując się, by jego broda tym razem nie opierała się na barku, ale była sugestywnie blisko. I platonicznie oczywiście. Byli wszak tylko partnerami biznesowymi.
– Mam przeczucie. Ten Jack jest najbardziej z nich nerwowy i milczący. Trzyma się z boku i nie robi tego całego zamieszania wokół siebie. Albo coś widział, albo jest winny. Pod Twoją ocenę mon cheri – już chciał ująć dłoń, już chciał ją ucałować, spragniony jej ostrzegawczych sapnięć, gdy do pomieszczenia wszedł chłopak, więc zamiast upragnionych kobiecych dźwięków, sam gniewnie wzbił oczy w sufit. Śmiertelni! Tylko przeszkadzali…
– Naprawdę tak myślisz? – niemalże wymruczał do jej ucha, pochylając się ku anielskiemu obliczu, pozwalając sobie bezczelnie oprzeć brodę o jej ramię na moment, na krótką chwilę pozwalającą zaciągnąć się wonią kwietnych perfum.
Dopiero odchrząknięcie świadka przywróciło mu choć odrobinę pomyślunku, choć odsunął się od Lucy z wielką niechęcią. A przecież w jej żyłach nie płynęła nawet krew! Jaki to miało sens? Żaden! Ale chciał jej sprawiać przyjemność, chciał sypać kwiatki róż pod jej małe stópki i patrzeć jak jej nosek marszczy się we wściekłości każdej wyemancypowanej wiedźmy. Teraz jednak, chciał nade wszystko być jakkolwiek przydatny. Tak jak umiał najlepiej.
– Dobrze, dobrze cokolwiek, pani pójdzie teraz i poprosi Jacka. Znaczy Johna. Poprosimy Johna na przesłuchanie. – rzucił z lekkością i gestem zamiatającym powietrzem nad głową, gestem bardzo odganiającym tę hehe starą prukwę, zwrócił się znów do Lucy, pilnując się, by jego broda tym razem nie opierała się na barku, ale była sugestywnie blisko. I platonicznie oczywiście. Byli wszak tylko partnerami biznesowymi.
– Mam przeczucie. Ten Jack jest najbardziej z nich nerwowy i milczący. Trzyma się z boku i nie robi tego całego zamieszania wokół siebie. Albo coś widział, albo jest winny. Pod Twoją ocenę mon cheri – już chciał ująć dłoń, już chciał ją ucałować, spragniony jej ostrzegawczych sapnięć, gdy do pomieszczenia wszedł chłopak, więc zamiast upragnionych kobiecych dźwięków, sam gniewnie wzbił oczy w sufit. Śmiertelni! Tylko przeszkadzali…