- Kotem, no tak. A podobno w magicznej policji pracują same psy - mruknął, podnosząc te butelkę dokładnie tak samo, jak podnosiło się ją kiedy napsocił kot. Bez większego zdziwienia, bo przecież koty miały to do siebie, że zrzucały rzeczy i robiły wszystko nie tak jak się powinno. A może zwyczajnie był tego dnia łaskawy, bo to wesele wcale nie było takie złe, oczywiście oprócz tego, że ugryzła go ta zasrana wiewiórka.
Przyjrzał się jej uważnie, kątem oka i powoli sącząc ognistą, albo raczej wyciąganej przez nią talii, która była cóż, charakterystyczna. Bardziej dla dzieci, niż dorosłych osób, jak można było sądzić po obrazkach i był przekonany, że żaden szanujący się wróżbita nie bawiłby się w stawienie rozkładu czymś takim, ale Moody najwyraźniej ani się nie szanowała, ani nie była poważną wróżbitką.
- Tak, ten wąż to ci się udał, muszę ci przyznać. Szkoda że nie był jeden, a całe ich mrowie, latające w czarnych pelerynkach po mieście i zabijające ludzi - prychnął. - Zapytaj swoich kart, może ci odpowiedzą - odparł z przekąsem, bo może i chciał od niej kolejną wróżbę, ale już nie zamierzał ani potwierdzać, ani zaprzeczać jak ostatecznie wypadła poprzednia i czy zastosował się do sugestii.
Przysiadł sobie i sam wyciągnął papierosy, chociaż jego nie były po taniości, a drogimi i wartymi swojej ceny, do tego zamkniętymi w zdobnej papierośnicy. To nie były obrzydliwe szlugi, które jarał na przerwie w pracy, a coś co było kolejnym detalem który świadczył o tym, że pasował do towarzystwa.
- Może być i Brenna, niech ma skoro mnie już tutaj zaprosiła.