— Umm, mój to tamten z takimi piórkami, o, kapłan go właśnie zabiera. Powinien, yyy, powinien po wrzuceniu, znaczy kwiaty powinny rozwinąć się bardziej, ale w sumie nie wiem czy, czy będzie to widać. W kontakcie z ogniem w sensie.
Uśmiechnęła się do siebie bardziej, niż do rozmówców, z dumą, że jej wieniec, chociaż skromny, został przyjęty przez Matkę bardzo pozytywnie. Dzięki temu miała boskie potwierdzenie w tym, że czyny jej rąk są dobre. Rzadko otrzymywała tak bezpośrednie potwierdzenie tego, co robi. Przeniosła spojrzenie, niebieskie jak niebo, lekko szklane, niemal porcelanowe. Na jej podobiznę dało się malować figurki, stawiane nad kominkami.
— Czy tamta maść była dostatecznie silna czy następnym razem dodać więcej środków przeciwbólowych? — dopytała Leviathana. Uraz, o którym wspominała, dotyczył jego pracownika i nie wymagał szczególnej troski. W sierpniu Deirdre testowała dodatkowe substancje łagodzące ból i przenikające przez głębsze warstwy, znieczulając skuteczniej, bez obezwładniającego wpływu na jaźń i świadomość pacjenta. Nie udało jej się dokonać żadnych specjalnych przełomów w tej dziedzinie, ale postępy były dla niej zadowalające w kontekście jej prywatnych projektów.
— Będę wymagała twojej pomocy, Astorio — zwróciła się do koleżanki, wyginając sobie bezwiednie palce, w niezręczności swojej osoby. — Meble w moim mieszkaniu spłonęły i chciałabym kupić może... Może jeden obraz albo gobelin? Nie chcę, jakby to ująć, hmm, wracać do, em, szpitalnego mieszkania? Wystarczy, że tam pracuję.
Zaśmiała się chicho, zasłaniając usta dłonią, w swojej nieszczególnie udanej próbie żartu. Deirdre miała wszelkie teoretyczne umiejętności rozmowy, robiła pauzy, tam gdzie trzeba i zwracała się do każdego ze swoich rozmówców, ale i tak całość tworzyła raczej koślawy obrazek. W ogóle na Deirdre dużo lepiej patrzyło się, niż słuchało.
Wizualnie Deirdre nosiła wszelkie składowe eleganckiego łabędzia. Modna spódnica w jesienny motyw, długa szyja, która prosiła się o sznur pereł (który czasami Malfoyówna pożyczała od matki), długopalce dłonie układające się w oszczędne, skompresowane gesty, będące wynikiem godzin tresury ze strony rodzicielki. Deirdre cieszyła się z tej łaski, nawet jeżeli wzrost trochę psuł to piękno.