08.02.2026, 21:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2026, 21:35 przez Gabriel Montbel.)
o przeszłości
Do szanownego mistrza Étienne'a de Vaucluse,
Pozwalam sobie napisać kilka słów o młodzieńcu nazwiskiem Montbel, który od kilku lat pobiera nauki w naszej Akademii. Chłopiec nie posiada wdzięku ani ogłady właściwej dzieciom wychowanym w wielkich magicznych rodach Francji, lecz nadrabia to pracowitością tak niezłomną, iż trudno nie żywić dla niego szacunku.
W sprawach zielarstwa oraz wszelkiej opieki nad roślinami przejawia talent niemal instynktowny. Potrafi godzinami doglądać sadzonek, jakby były jego własnym potomstwem. Bywa przy tym porywczy i uparty; gdy uzna, że ma słuszność, gotów jest spierać się z nauczycielem cztery razy starszym od siebie.
Nie dostrzegłem w nim zamiłowania do poezji, muzyki ani innych sztuk cenionych przez nasze towarzystwo. Zawsze wybiera to, co użyteczne. Sądzę, że wyrośnie z niego uzdrowiciel wysokiej próby, o ile życie nauczy go większej cierpliwości wobec ludzi.
Z wyrazami szacunku,
Pozwalam sobie napisać kilka słów o młodzieńcu nazwiskiem Montbel, który od kilku lat pobiera nauki w naszej Akademii. Chłopiec nie posiada wdzięku ani ogłady właściwej dzieciom wychowanym w wielkich magicznych rodach Francji, lecz nadrabia to pracowitością tak niezłomną, iż trudno nie żywić dla niego szacunku.
W sprawach zielarstwa oraz wszelkiej opieki nad roślinami przejawia talent niemal instynktowny. Potrafi godzinami doglądać sadzonek, jakby były jego własnym potomstwem. Bywa przy tym porywczy i uparty; gdy uzna, że ma słuszność, gotów jest spierać się z nauczycielem cztery razy starszym od siebie.
Nie dostrzegłem w nim zamiłowania do poezji, muzyki ani innych sztuk cenionych przez nasze towarzystwo. Zawsze wybiera to, co użyteczne. Sądzę, że wyrośnie z niego uzdrowiciel wysokiej próby, o ile życie nauczy go większej cierpliwości wobec ludzi.
Z wyrazami szacunku,
Armand de Villiers, profesor botaniki magicznej
Rok Pański 1632
Montbel ponownie wrócił z patroli bardziej zakrwawiony niż ci, których opatrywał. Nie własną krwią, rzecz jasna. Nigdy nie rozumiałem. Większość uzdrowicieli trzyma się bezpiecznie za linią walk. Gabriel zachowywał się tak, jakby każdy ranny był jego osobistą porażką. Przeklinał, gdy umierali. Kłócił się z dowódcami o zbyt ryzykowne operacje. Potrafił przez dwie doby nie opuszczać namiotu medycznego. Kiedy trafialiśmy na ofiary klątw lub rytuałów czarnej magii, stawał się jeszcze bardziej zawzięty. Pamiętam dziewczynkę, której serce zamieniało się w kamień pod wpływem przekleństwa. Powiedziano mu, że nie ma ratunku. Odpowiedział tylko: „To nie jest diagnoza. To wymówka.”
Nie wiem, czy ze swojej natury był altruistą, czy po prostu nie umiał pogodzić się z przegraną.
Spisane w roku 1764
Większość starszych naszego gatunku postrzega ludzi jak bydło. Hrabia de la Rochefoucauld uważał ich za zagadkę. Potrafił godzinami siedzieć w swojej piwnicy i notować wyniki badań nad swoimi "pacjentami" jak zwykł ich nazywać. Studiował ich z taką samą uwagą, z jaką inni studiują starożytne księgi. Mówił, że człowiek najwięcej zdradza o sobie wtedy, gdy walczy o życie. Było mu autentycznie przykro, gdy umierali, gdy nie był w stanie wydłużyć ich kruchych żyć poza skalę. Żywił się nimi, to fakt, ale zwykle wyrażał się z czułością o swojej małej hodowli. Wielu oskarżało go o sentymentalizm. Bywało gorzej – o herezję. Nigdy jednak nie spotkałem istoty bardziej zafascynowanej człowieczeństwem niż człowiek, który już dawno przestał być człowiekiem.
Paryż, 1957 rok
Nie wiem, czy powinnam pisać te słowa.
Kiedy po raz pierwszy trafiłam do doktora de la Rochefoucauld, od piętnastu lat nie przespałam spokojnie ani jednej nocy. Wspomnienia wracały nieustannie. Dom rodzinny. Krzyki. Strach. Upokorzenia. Powiedział, że pamięć nie jest świętością. Powiedział, że człowiek ma prawo odłożyć ciężar, którego nie jest w stanie dźwigać. Po wielu miesiącach sesji hipnoterapeutycznych część wspomnień zniknęła bezpowrotnie. Nie potrafię opisać ulgi. To było tak, jakby po raz pierwszy od dzieciństwa ktoś otworzył okno w dusznym pokoju.
A potem zaczęliśmy spędzać razem coraz więcej czasu, również poza gabinetem, a ja odkryłam jak słodki potrafi być ból zatopionych w skórze zębów.
Powinnam była wiedzieć lepiej. Był ode mnie starszy o stulecia. Mądrzejszy. Niebezpieczniejszy. Zakochałam się beznadziejnie. Czasem zastanawiam się, czy zrobiłam to sama. Nie pamiętam zbyt wiele detali z tamtego okresu życia, większość przesłania mleczna mgła, przez drogę usłanymi płatkami róż. Teraz czuję już tylko palącą chęć przeprowadzenia się na południe, choć wcale nie chciałam odchodzić. Nie chcę odchodzić Simone, musisz to zrozumieć... Nigdy wcześniej nie byłam tak szczęśliwa. To właśnie sprawia, że wspominam go z takim niepokojem. Nie wiem, czy zostałam uratowana, czy zwyczajnie skazana na inną mękę. Być może jedno i drugie.
Nie zabrał mi wspomnienia róż. Nie mogę uwolnić się od ich zapachu.