To się znowu stało. Wszystko zaczęło być niewyraźne, a Stanley poczuł się całkowicie bezsilny. Jednak nie przestawał walczyć. Starał się pokonać ten niedaleki odcinek, aby tylko mieć pewność, że Avery nic się nie stało. Kiedy ich dłonie były milimetry od siebie, czas jakby zamarł i nie dało się już zrobić nic.
Jego bezsilna dłoń opadła na ziemię. Chwilę później nie widział już nic. Była tylko jedna, wielka czarna plama, a on sam był na tyle zmęczony, że dłużej nie mógł utrzymywać otwartych powiek. Sen nadszedł bardzo szybko.
Stukot podbitych ministerialnych butów niósł się po całej okolicy. To był kolejny, niczym nie wyróżniający się patrol po ulicy Horyzontalnej. Niestety z powodu urlopów wypoczynkowych, Stanley musiał dzisiejszy obchód wykonywać w swoim własnym towarzystwie. Cała ulica była spokojna. Nic nadzwyczajnego w ciągu dnia. Większość wypadków czy przestępstw miała miejsce właśnie w nocy.
Mężczyzna rozglądał się po całej ulicy aby wykryć jakiekolwiek naruszenie prawa. Prawie nic nie przykuło jednak jego uwagi na tyle, aby był zmuszony do interwencji. Dlaczego prawie? Dlatego, że jeden facet, który siedział pod numerem 15, zachowywał się bardzo dziwnie. Kiedy ich oczy się ze sobą spotkały i złapały kontakt wzrokowy, tamten wstał i skierował się do środka. Jakby chciał coś ukryć i właśnie spanikował.
Borgin odwrócił się na pięcie i ruszył za podejrzanym. Samotne podążanie za uciekinierami nie należało do najbezpieczniejszych. Zwłaszcza kiedy w grę wchodziła pogoń w budynku. Coś jednak kazało mu podążać coraz dalej w głąb. Jakaś zewnętrzna siła pchała go do działania. Nie był w stanie jej się przeciwstawić.
Tamten mężczyzna był albo bardzo zwinny albo miał gdzieś jakąś kryjówkę. Zniknął bez śladu, jakby się rozpuścił. Jakby tak naprawdę w ogóle nie istniał.
Nic jednak nie może się ot tak rozmyć bez pozostawiania żadnych znaków. Stanley zaczął się rozglądać po okolicy. Piętro wydawało się całkowicie normalne. Wewnątrz jednak czuł, że ktoś niejako ciągnie go jak po sznurku do celu. Mimowolnie stawiał kolejne kroki w tym kierunku.
Ulgę poczuł dopiero w momencie zatrzymania się przed jednymi drzwiami. Dokładnie to pod numerem 2. Przyglądał się im dobrą chwilę z zainteresowaniem. Nie wzbudziły one w nim niczego nadzwyczajnego, dlatego odwrócił się i miał odejść. Próba postawienia kroku zakończyła się jednak porażką, ponieważ pojawiła się przed nim jakaś niewidzialna ściana. Spróbował odejść na bok ale skończyło się to tym samym. Nie miał innej możliwości jak przedostać się przez te drzwi.
Zapukał całą pięścią w drzwi, jednak nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Pociągnął za klamkę i ku własnemu zdziwieniu drzwi były otwarte. Zaskrzypiały całkiem głośno, a następnie się otworzyły. Stanley powolnym krokiem wszedł do środka pomieszczenia i rozejrzał się po nim. Nie zdołał zobaczyć zbyt wielu szczegółów. Coś kazało mu trzymać wzrok na scenie, która właśnie miała miejsce. Ujrzał skrępowaną do krzesła dziewczynę, a przed nią mężczyznę z siekierą.
To on pomyślał i ruszył w jego kierunku. Musiał go powstrzymać. Nie miał wyboru. Tak też chciała siła, która do tej pory kierowała go w odpowiednią stronę. W momencie kiedy ruszył, zrozumiał, że wszystko to co go blokowało do tej pory odpuściło. Teraz miał jeden cel - ten facet.
Chwycił za swoją różdżkę jednak tej o dziwo nie posiadał. Pomimo faktu, że nie rozstawał się z nią nigdy. W zaistniałej sytuacji nie widział innej możliwości jak rozpędzenie się i wypadnięcie z całym impetem w mężczyznę. Jak pomyślał, tak też zrobił.
Chwilę później zderzył się z podejrzanym i leżeli na podłodze. Przepychali się na niej przez kilka sekund, a następnie on podszedł do okna i jak gdyby nigdy nic, wyskoczył z niego. Stanley zebrał się z dywanu tak szybko jak tylko potrafi i podbiegł aby sprawdzić co się stało ze skoczkiem. Nie zostało po nim ponownie ani śladu - rozmył się w powietrzu.
Borgin odwrócił się i skierował się do spętanej dziewczyny. Im bliżej był, tym bardziej uświadamiał sobie, że była to panna Avery. Jego samego zaś przeszedł paraliż. Od stóp do głów. Bał się wypowiedzieć jej imię albo sprawdzić czy wszystko w porządku. Wtedy ponownie poczuł jakby coś go zmusiło do wykonania tej akcji.
- Stella? - zapytał klękając przy jej węzłach. Zaczął je rozwiązywać, starając się aby jej przypadkiem nie musnąć. Jednak było to niemożliwe. Przejechał swoją ręką po jej dłoni. Wszystko wyglądało jakby miało się sprowadzić po raz trzeci do tego samego…
Sekwencja skończyła się po raz kolejny. Imię Avery i przypadkowe muśnięcie zadziałało ponownie jak czar. Czas zaczął zwalniać, aż w końcu się zatrzymał. Obraz z sekundy na sekundę zdawał się coraz bardziej rozmazywać. Stanleyowi zaś zachciało się spać i mimo wszelkiej próby walki z tą przypadłością, przegrał. Odpłynął w miłe objęcia Morfeusza.
Wybudził się ze snu w ułamku sekundy. Nie wiedział gdzie się znajduje ani co się właściwie stało. Jego serce biło jak szalone. Jakby chciało uciec albo wyskoczyć ze swojego miejsca. Dojście do siebie zajęło mu chwilę.
Przejechał ręką po swoim czole. Poczuł, że jest cały zlany potem, jakby przebiegł co najmniej maraton. Przetarł oczy, aby się dobudzić, a następnie wziął łyk lodowatej lury. Borgin odszedł od biurka i udał się do zegara na który następnie spojrzał. Noc. Trzeba wracać pomyślał, a następnie skierował się po swój płaszcz i czym prędzej opuścił budynek ministerstwa. Z harmiderem w głowie ruszył czym prędzej w kierunku domu. Dlaczego miał takie sny? Nie wiedział. Na pewność zaś potrzebował odpocząć i sobie to wszystko jakoś poukładać w głowie.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972