- Nie jesteś dziewczyną, jak jest co najmniej minus siedemset i nie do życia - prychnął, bo Victoria trochę traciła na dziewczyńskości, szczególnie kiedy było na dworze tak zimno. Inna sprawa, że jakoś nigdy nie miał zacięcia, żeby jakkolwiek zabrać się do jej wyrywania, chyba dlatego że wspólnie brnęli przez kursy i to w towarzystwie Stanleya. Kolega, albo raczej jakieś jego dziwne uprzedzenia do tego że Lestrange sprawdzi mu z zaskoczenia zeszyty, bardzo skutecznie oddziaływały na Bulstrode'a i jak ona mówiła o tym wyrywaniu, to mógł przede wszystkim przewracać oczami.
Śpiew, szczególnie ten w języku łaciny ulicznej, był niemal jego drugim językiem. A teraz miał więcej jak jeden powód do zaintonowania go, nawet jeśli nie miał czasu doliczyć się konkretnej ilości gówniarzy, którzy jeszcze przed chwilą ich otaczali. Oh i jak on by chciał w tym momencie żartować. Zabiłby, żeby mógł powiedzieć sobie taki żarcik, ale kiedy wreszcie podniósł się na równe nogi i jeszcze raz nerwowo poklepał po wszystkich możliwych kieszeniach, status różdżki absolutnie się nie zmienił.
- Czy ja ci wyglądam, jakbym kurwa żartował? - zapytał jej, odsuwając się nieco, by ominąć śliską łachę, przez którą chwilę temu skończył rozłożony na plecach. - Ślady? Na śniegu? W środku miasta? O nie wiedziałem, że mam do czynienia z panią tropicielką najwyższej klasy. Przytkniesz nos do nich i zaraz zaczniesz tropić? - fuknął, bo bardzo chciałby że to tak zadziałało. Łatwo i prosto brzmiało niezwykle przyjemnie, ale dzieciaki poruszały się, jakby zorganizowaną przestępczość i organizowanie napaści wypiły z mlekiem matki, albo z kartonu który ojciec jednak postanowił przynieść do domu. - Pobiegły chyba gdzieś tam, co nie? - wskazał przed siebie, bo trop dobry jak każdy inny. Gdzieś być musiały. - Chodź, idziemy. Nie mogą być daleko.