Wywrócił na niego oczami no bo już widział, jak sobie tańczą całą resztę nocy. Znał ten ton głosu i spojrzenie, które właśnie posłał mu Christopher, bo przecież sam robił czasami dokładnie to samo, jakby jego honor zależał od najgłupszych, wręcz najbardziej trywialnych rzeczy. Ale niech mu będzie, że sobie potańczą. Na zdrowie jemu i jej, nie zamierzał się z nim na temat sprzeczać, bo go to nie interesowało aż tak, a może go nawet zdziwią.
Bardzo chętnie też byłby w stanie Rosierowi zaprezentować, że miał absolutną rację i Victoria się wtedy bardzo dobrze bawiła, jak nią tak potrząsał i nią rzucał, ale nie padły żadne magiczne słowa które ustawiłyby go w blokach startowych. Ale może to i lepiej bo nie istniało dzięki temu ryzyko, że zrobi z siebie kretyna.
Wzruszył ramionami, z grzeczności oczywiście, bo nie chciał się tutaj spierać. Jakby chciał, to by mu się udało, ale może to nie o chęci chodziło tylko o zwykły fakt, że Christopher nie był w stanie. Siedział całymi dniami nad tymi swoimi sukienkami i garniturami, więc nic dziwnego że miał pewnie sflaczałe ręce które nie dałyby rady dobrze podnieść partnerki. Spokojnie, nie zamierzał mu tego wytykać, a zamiast tego podetknął tylko bliżej papierośnicę, zamykając z trzaskiem kiedy ten tylko wyciągnął z niej papierosa.
- Nie martw się, jak tylko zauważę cię z Cressidą to pobiegnę ratować. Nawet bym się nie zdziwił gdyby kiedyś kogoś próbowała podtruć amortencją - bo była zwyczajnie szaloną kobietą i można było się po niej spodziewać wszystkiego. Przynajmniej ona jedna była takim kwiatuszkiem i na przykład jej kuzynka, też Avery, już była całkiem normalna i mniej problematyczna. Na tyle by nie miał odruchu przed nią uciekać, a nawet byli w stanie kulturalnie porozmawiać.
Było też coś w tym, że słuchając Atreusa trzeba było pozostać uważnym, bo niby mówił to co myślał, ale robił to intencjonalnie w taki sposób, żeby jak najbardziej skonfundować rozmówcę. W tym momencie stał za tym przede wszystkim alkohol, bo nawet gdyby próbował liczyć ile tych drineczków sobie już wypił, to równie szybko straciłby rachubę. Chociaż resztkę tego, którego właśnie trzymał w dłoni, wylał zamaszystym ruchem w najbliższe krzaki bo mu się już znudził. To był już któryś z kolei czerwony, przypominający cierpkie wino, co znaczyło że ewidentnie nie miał dzisiaj szczęścia.
- No już się tak nie spinaj. Zapytałeś to ja ci szczerze odpowiadam. Nie posądzałbym cię o takie zagrania jak budka z mugolskim żarciem - odburknął, samemu też zaciągając się papierosem. - Szlachetne to z twojej strony, na pewno docenia - w sumie to powinna, szczególnie że Atreus słyszał, że posiadłość Lestrange'ów w Dolinie Godryka poszła tak po prostu z dymem. Trochę szkoda, ale jednocześnie nie mógł czuć chociaż odrobiny satysfakcji, że tak samo jego dom w Little Hangleton, jak i kamienica w Londynie, wciąż stały pewnie. Szkoda tylko, ze nie można było tego powiedzieć o najbliższych mu ludziach. - Nie no, pewnie tak. Na przykład chodzi na bale. Ale wiesz, wolałem cię raczej ostrzec, a nie zniechęcić. Wiem co mówię, bo mnie też czasem ktoś próbuje zamordować, co nie? - taka praca, jak to się mówiło. - Ale patrz, całe szczęście przeżyłeś, bogatszy o nowe doświadczenia. No, a teraz - dogasił papierosa. - Pora wracać. Masz w końcu do przetańczenia całą noc.