10.02.2026, 10:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.02.2026, 10:12 przez Lorraine Malfoy.)
Słysząc dramatyczną deklarację Dægberhta, uśmiechnęła się tylko, puściwszy wolno wodze wyobraźni. Wyobraziła sobie, że śpiewając, położyłby się na ołtarzu pod posągiem Matki. Wyobraziła sobie, że ostatnie słowa poświęciłby na błaganie bogini o wybaczenie, tak, aby jej imię było ostatnim, co spłynęłyby z jego języka przed dokonaniem samookaleczenia. Wiedziała, że nie wszyscy w kowenowej kaplicy byliby zachwyceni tym widokiem. Oboje z Berhtem cechowali się jednak swoistym umiłowaniem dramatyzmu, bo choć nader drastyczną scenę odmalował przed nią przyjaciel... Cóż, Lorraine znała nieco Berhta, i w tym wszystkim dziwiła się chyba tym jedynie, że nie pokusił się o dłuższy, bardziej poetycki opis swego męczeństwa. Widać naprawdę się spieszył.
"Wiesz, że nie mogę kłamać, prawda? Nawet w żartach. Obiecałem i utrwaliłem na sobie przysięgę, jeśli ją złamię, będę musiał wyrwać sobie język na środku kaplicy."
– Dobrze, żeś nie złożył ślubów czystości, jak co poniektórzy młodzi kapłani – stwierdziła lekkim tonem Lorraine, mrużąc oczy w uśmiechu. Słychać było w jej głosie wesołość, gdy słabo zawoalowana sugestia spłynęła z jej warg jak gdyby nigdy nic. – Przysięgi przysięgami, ale nie rozumiem, doprawdy, tej nowej mody. Zachowują się jak czciciele tego mugolskiego proroka, który zginął, powieszony na krzyżu. A gdzie nasze cnoty? Gdzie obyczaje? – Nic dobrego z tego nie przyjdzie, mówiła jej mina, wspomnisz moje słowo. Bogini nakazuje przecież, żebyśmy się kochali! Lorraine pokręciła głową, jasno wyrażając swoją dezaprobatę. Szybko rozpromieniła się jednak, gdy Flint wyciągnął ze swojej torby jeden z flakoników z eliksirem na bezsenność. Bohaterowie... Takiego właśnie bohatera potrzebowała. Flint był najbliższy bohaterskim rycerzom, o których tak bardzo lubiła czytać na kartach legend arturiańskich, a jednocześnie był od nich zupełnie różny. Przez lata idealizowała Atreusa, swoją pierwszą miłość, rycerza na białym koniu, tylko po to, żeby przekonać się boleśnie, że daleki jest od rycerskiego ideału. Wszyscy rycerze mieli przecież misję. Z bożą pomocą czynić świat lepszym miejscem. Pomagać strudzonym, nawracać zbłąkanych, wspierać biednych, odznaczać się męstwem... Nie dla własnej chwały, o nie. Rycerze powinni służyć innym, nie sobie. Instynktem kobiecym, a może wilowym, wpasowywała samą siebie w role księżniczek, dam i opiekuńczych boginek, czuwających nad bezpieczeństwem tych błędnych wędrowców, wiecznie goniących za czymś, wiecznie w podróży. Nigdy nie rozumiała, czemu uznawane były za słabe. Ale przecież nie rozumiała też, kiedy Atreus z pretensją stwierdził, że powinna użyć swojej mocy, aby interweniować w Stonehedge, mimo że nawet nie miała przy sobie różdżki. Siła nie zawsze leżała w przemocy. Siłą kobiet była łagodność, było nią trwanie. Wspomożenie tych, którzy obdarzeni byli potężniejszym potencjałem magicznym. Siłą była słabość. Nie uważała, że słabymi były księżniczki na szczycie wież, które pracą własnych rąk wyszywały powiewające z nich proporce, symbole chwały dające nadzieję na lepsze jutro. Nie uważała, że słabymi były dworskie damy, ani opiekuńcze boginki, które dawały podróżnym cenne podarki, dzieliły się z nimi swoją wiedzą. Opatrywały rany, czuwając przy łóżkach chorych, przy kolebkach śpiących dzieci. Opłakiwały umarłych, o których pamięć przechowywały w sercach, opłakiwały też żywych, bo przecież tak wielu błądziło, gdy one czekały wiernie, aby powrócili, powrócili do swych domów, powrócili do nich. Bo one były strażniczkami pamięci, które nadawały wszystkim opowieściom sens. One były centrum opowieści, całą jej duszą zamkniętą w ciele kobiety, tak jak świat był niegdyś zamknięty w łonie Matki. Nawet jeżeli Lorraine lubiła słuchać o awanturniczych dziejach ser Gawaina, o intrygach na dworze króla Arthura i perypetiach dzielnego Lancelota, zawsze nieświadomie grawitowała w stronę bardziej marginalnych postaci. Naturą tak kobiecą jak i wilową kochała przecież najbardziej wzgardzonych trubadurów śpiewających o miłości. Samotnych wędrowców niczego nie pragnących bardziej niż wolności. Pogrążonych w smutku pielgrzymów poszukujących sensu. Nadspodziewanie czułe miała serce dla wszystkich tych żałosnych istot, nawet jeżeli odznaczała się przewrotnością. Flint nie był może człowiekiem, z którego postępowaniem zawsze by się zgadzała, a jednak żywiła względem niego wiele czułości. Wierzyła w jego misję, bo jego misja była świętą. Więc nawet gdy inni patrzyli nieco krzywo na dziwactwa Dægberhta, Lorraine nie uniosła nawet brwi w zdziwieniu, słysząc jego deklarację. Bo przecież ona też miała misję.
Lorraine zawsze chciała być kimś, do kogo się wraca.
Może dlatego na jej twarzy od razu pojawił się uśmiech, gdy zobaczyła Dægberhta. Klasnęła w dłonie, ciesząc się, że może odwdzięczyć się za prezent.
– W takim razie postaram się obstalować ci odpowiednie oprzyrządowanie. Wiem, że się spieszysz, ale zerknij, proszę, co znalazłam na stanie. – Wskazała w stronę urn, zarówno tych wciąż zawieszonych w powietrzu, lewitujących leniwie, jak i tych, które z cichym stuknięciem odesłała na blat kontuaru. – Niektóre są nowe, niektóre liczą sobie wiele lat, ale wszystkie niemal nadają się do użytku. Uporządkowałam wreszcie kolekcję Alhazreda, który notorycznie zwozi tu różności ze swych wypraw. A przynajmniej część kolekcji. – Lorraine przewróciła oczami. Stary nekromanta znany był z tego, że ma naturę zbieracza i nigdy niczego nie wyrzuca. W osobie półwili miał jednak wierną pomocnicę, która pomagała mu odnaleźć się pośród nagromadzonych przez lata skarbów, ogarniając graciarnie. Teraz Lorraine podsunęła w stronę Dægberhta kilka najciekawszych znalezisk, w tym wyjątkowo zdobną urnę kasetkową opatrzoną tajemniczymi napisami w obcym języku.
– Zaciekawiły mnie zwłaszcza te pokryte grawerunkami. Próbowałam szukać w bibliotece Maeve czegoś na ten temat...
– ...Niestety, nic o tym nie mieli. Alhazred oczywiście nie pamięta, skąd się to u nas wzięło, więc próbowałam skonsultować się ze znajomym naukowcem ze Ścieżek...
– Też nic. Zaczęłam więc przedzierać się przez książnicę na naszym strychu...
– Znalazłam parę książek zapisanych podobnym alfabetem. Wciąż nie wiem, czy to jakaś ochronna inkantacja, czy może zwykłe epitafium grobowe, ale wydaje się, że może kryć się za tym coś więcej. Ale ta... – Lorraine podsunęła w stronę Dægberhta pokrytą kwietną polichromią kanopę, wyjątkowo zadowolona z siebie. – ...Ta jest po prostu ładniutka.
"Wiesz, że nie mogę kłamać, prawda? Nawet w żartach. Obiecałem i utrwaliłem na sobie przysięgę, jeśli ją złamię, będę musiał wyrwać sobie język na środku kaplicy."
– Dobrze, żeś nie złożył ślubów czystości, jak co poniektórzy młodzi kapłani – stwierdziła lekkim tonem Lorraine, mrużąc oczy w uśmiechu. Słychać było w jej głosie wesołość, gdy słabo zawoalowana sugestia spłynęła z jej warg jak gdyby nigdy nic. – Przysięgi przysięgami, ale nie rozumiem, doprawdy, tej nowej mody. Zachowują się jak czciciele tego mugolskiego proroka, który zginął, powieszony na krzyżu. A gdzie nasze cnoty? Gdzie obyczaje? – Nic dobrego z tego nie przyjdzie, mówiła jej mina, wspomnisz moje słowo. Bogini nakazuje przecież, żebyśmy się kochali! Lorraine pokręciła głową, jasno wyrażając swoją dezaprobatę. Szybko rozpromieniła się jednak, gdy Flint wyciągnął ze swojej torby jeden z flakoników z eliksirem na bezsenność. Bohaterowie... Takiego właśnie bohatera potrzebowała. Flint był najbliższy bohaterskim rycerzom, o których tak bardzo lubiła czytać na kartach legend arturiańskich, a jednocześnie był od nich zupełnie różny. Przez lata idealizowała Atreusa, swoją pierwszą miłość, rycerza na białym koniu, tylko po to, żeby przekonać się boleśnie, że daleki jest od rycerskiego ideału. Wszyscy rycerze mieli przecież misję. Z bożą pomocą czynić świat lepszym miejscem. Pomagać strudzonym, nawracać zbłąkanych, wspierać biednych, odznaczać się męstwem... Nie dla własnej chwały, o nie. Rycerze powinni służyć innym, nie sobie. Instynktem kobiecym, a może wilowym, wpasowywała samą siebie w role księżniczek, dam i opiekuńczych boginek, czuwających nad bezpieczeństwem tych błędnych wędrowców, wiecznie goniących za czymś, wiecznie w podróży. Nigdy nie rozumiała, czemu uznawane były za słabe. Ale przecież nie rozumiała też, kiedy Atreus z pretensją stwierdził, że powinna użyć swojej mocy, aby interweniować w Stonehedge, mimo że nawet nie miała przy sobie różdżki. Siła nie zawsze leżała w przemocy. Siłą kobiet była łagodność, było nią trwanie. Wspomożenie tych, którzy obdarzeni byli potężniejszym potencjałem magicznym. Siłą była słabość. Nie uważała, że słabymi były księżniczki na szczycie wież, które pracą własnych rąk wyszywały powiewające z nich proporce, symbole chwały dające nadzieję na lepsze jutro. Nie uważała, że słabymi były dworskie damy, ani opiekuńcze boginki, które dawały podróżnym cenne podarki, dzieliły się z nimi swoją wiedzą. Opatrywały rany, czuwając przy łóżkach chorych, przy kolebkach śpiących dzieci. Opłakiwały umarłych, o których pamięć przechowywały w sercach, opłakiwały też żywych, bo przecież tak wielu błądziło, gdy one czekały wiernie, aby powrócili, powrócili do swych domów, powrócili do nich. Bo one były strażniczkami pamięci, które nadawały wszystkim opowieściom sens. One były centrum opowieści, całą jej duszą zamkniętą w ciele kobiety, tak jak świat był niegdyś zamknięty w łonie Matki. Nawet jeżeli Lorraine lubiła słuchać o awanturniczych dziejach ser Gawaina, o intrygach na dworze króla Arthura i perypetiach dzielnego Lancelota, zawsze nieświadomie grawitowała w stronę bardziej marginalnych postaci. Naturą tak kobiecą jak i wilową kochała przecież najbardziej wzgardzonych trubadurów śpiewających o miłości. Samotnych wędrowców niczego nie pragnących bardziej niż wolności. Pogrążonych w smutku pielgrzymów poszukujących sensu. Nadspodziewanie czułe miała serce dla wszystkich tych żałosnych istot, nawet jeżeli odznaczała się przewrotnością. Flint nie był może człowiekiem, z którego postępowaniem zawsze by się zgadzała, a jednak żywiła względem niego wiele czułości. Wierzyła w jego misję, bo jego misja była świętą. Więc nawet gdy inni patrzyli nieco krzywo na dziwactwa Dægberhta, Lorraine nie uniosła nawet brwi w zdziwieniu, słysząc jego deklarację. Bo przecież ona też miała misję.
Lorraine zawsze chciała być kimś, do kogo się wraca.
Może dlatego na jej twarzy od razu pojawił się uśmiech, gdy zobaczyła Dægberhta. Klasnęła w dłonie, ciesząc się, że może odwdzięczyć się za prezent.
– W takim razie postaram się obstalować ci odpowiednie oprzyrządowanie. Wiem, że się spieszysz, ale zerknij, proszę, co znalazłam na stanie. – Wskazała w stronę urn, zarówno tych wciąż zawieszonych w powietrzu, lewitujących leniwie, jak i tych, które z cichym stuknięciem odesłała na blat kontuaru. – Niektóre są nowe, niektóre liczą sobie wiele lat, ale wszystkie niemal nadają się do użytku. Uporządkowałam wreszcie kolekcję Alhazreda, który notorycznie zwozi tu różności ze swych wypraw. A przynajmniej część kolekcji. – Lorraine przewróciła oczami. Stary nekromanta znany był z tego, że ma naturę zbieracza i nigdy niczego nie wyrzuca. W osobie półwili miał jednak wierną pomocnicę, która pomagała mu odnaleźć się pośród nagromadzonych przez lata skarbów, ogarniając graciarnie. Teraz Lorraine podsunęła w stronę Dægberhta kilka najciekawszych znalezisk, w tym wyjątkowo zdobną urnę kasetkową opatrzoną tajemniczymi napisami w obcym języku.
– Zaciekawiły mnie zwłaszcza te pokryte grawerunkami. Próbowałam szukać w bibliotece Maeve czegoś na ten temat...
rzut na wiedzę o świecie, szukanie wiedzy o praktykach funeralnych obcych kultur
Rzut Z 1d100 - 2
Akcja nieudana
Akcja nieudana
– ...Niestety, nic o tym nie mieli. Alhazred oczywiście nie pamięta, skąd się to u nas wzięło, więc próbowałam skonsultować się ze znajomym naukowcem ze Ścieżek...
rzut na wiedzę o świecie, szukanie wiedzy o praktykach funeralnych obcych kultur
Rzut Z 1d100 - 11
Akcja nieudana
Akcja nieudana
– Też nic. Zaczęłam więc przedzierać się przez książnicę na naszym strychu...
rzut na wiedzę o świecie, szukanie wiedzy o praktykach funeralnych obcych kultur
Rzut Z 1d100 - 58
Sukces!
Sukces!
– Znalazłam parę książek zapisanych podobnym alfabetem. Wciąż nie wiem, czy to jakaś ochronna inkantacja, czy może zwykłe epitafium grobowe, ale wydaje się, że może kryć się za tym coś więcej. Ale ta... – Lorraine podsunęła w stronę Dægberhta pokrytą kwietną polichromią kanopę, wyjątkowo zadowolona z siebie. – ...Ta jest po prostu ładniutka.