10.02.2026, 10:20 ✶
Gabriel prawdziwie nie był zbyt mądrym wampirem.
Przypominał ćmę, która uporczywie leciała do ognia, a potem dziwiła się spopielonymi skrzydłami.
Jeszcze przed momentem pan sytuacji, jeszcze przed momentem pewny siebie, przebojem domagający się odpowiedzi od śmiertelnych, wyśmiewający meble, rozdający karty, rozdający stanowczo za dużo kart.
Co mogło pójść nie tak?
Chodzący chaos pożarł swój własny ogon i nagle, kiedy byli tylko z Jonathanem, w tym miejscu, w tych okolicznościach, gdy stał już w pewnej odległości od niego, wciąż czując na sobie zapach wody kolońskiej, mrowienie skóry po krótkim ale istniejącym uścisku.
Chciał go rozszarpać. Chciał umyć się jego krwią, w pojedynczym, krótkim i - nade wszystko - ostatecznym akcie przemocy i destrukcji. Zamknięcie tematu, nie kolejny tom. Śmierć, nie transformacja.
Ogień, ogień, wszędzie ogień, czy ćma jest świadoma że płonie, gdy poddaje się impulsowi i zaczyna tańczyć z ogniem?
Chciał się w niego wczepić i wypłakać cierpienie ostatniej dekady, zasnąć i obudzić się wolnym. Był to znaczący postęp w porównaniu do marzeń o śnie bez zmierzchu, bez otworzenia oczu. Bez oczu.
- Znowu zatrzymujesz mnie, gdy chcę po prostu wyjść i dać Ci spokój. Dlaczego? - wypluł z siebie pytanie, tonem oskarżenia, wspomnieniem obu ich ostatnich pocałunków. A przecież powinien cieszyć się z tego, co udało mu się osiągnąć w tej relacji. Kontynuacja. Czy nie tego chciał? Znaleźć sobie jakieś miejsce w życiu człowieka, aż on w końcu umrze z tego czy innego powodu i da mu spokój, jak duch, którego w końcu wyegzorcyzmowano. - Udawanie brzmi jak doskonała strategia, z doświadczenia widzę, jak doskonale się sprawdza. - rzucił bezmyślnie, szerokim gestem wskazując pokój, choć nie miało to większego sensu. Strzelał na ślepo, jak dziecko, które czuło się źle, więc informowało o tym otoczenie aktywnością, która sprawiała, że wszyscy czuli się źle.
Dlaczego też niby pocałunek miał nieść ze sobą jakiekolwiek uczucia? Czemu tak wiele znaczenia przypisywano połączeniu ust, dotknięciu miękkich, oślizgłych języków, stuknięciu o siebie zębów, jak kieliszków na przyjęciu.
Setki pocałunków, tysiące języków później, czemu to miało robić na kimkolwiek, jakiekolwiek wrażenie?
- Mów im co chcesz, to Twoi bliscy. - odburczał jeszcze w odpowiedzi, stojąc w połowie drogi do drzwi jak słup soli. Zależało mi kiedyś, teraz już mi nie zależy, wciąż mi zależy, czemu nie chciałeś mnie wcześniej w swoim życiu? - kołowrotek terkotał, każda myśl, której się chwytał, była gorsza od poprzedniej. Okazywało się, że najlepiej jeden problem przesłonić innym, nagle czarne włosy łopoczące na wietrze i rozchylone czerwone wargi obejmujące ciasno kolejne ciasteczko z marcepanem zdawały się przyjemną okolicznością, która nie wymagała żadnej interwencji. Żadnego zmartwienia. Żadnego ruchu.
Ćma płonęła. Nic już nie miało znaczenia.
- …ale Hani byłby totalnym idiotą, gdyby już tego nie wiedział - pozwolił sobie na mimowolną refleksję. Czuł się bardzo źle. Nie było lepszej, oczywistszej drogi, by inni zrozumieli jak bardzo mu jest źle, niż dolanie oliwy do tego płomienia.
Przypominał ćmę, która uporczywie leciała do ognia, a potem dziwiła się spopielonymi skrzydłami.
Jeszcze przed momentem pan sytuacji, jeszcze przed momentem pewny siebie, przebojem domagający się odpowiedzi od śmiertelnych, wyśmiewający meble, rozdający karty, rozdający stanowczo za dużo kart.
Co mogło pójść nie tak?
Chodzący chaos pożarł swój własny ogon i nagle, kiedy byli tylko z Jonathanem, w tym miejscu, w tych okolicznościach, gdy stał już w pewnej odległości od niego, wciąż czując na sobie zapach wody kolońskiej, mrowienie skóry po krótkim ale istniejącym uścisku.
Chciał go rozszarpać. Chciał umyć się jego krwią, w pojedynczym, krótkim i - nade wszystko - ostatecznym akcie przemocy i destrukcji. Zamknięcie tematu, nie kolejny tom. Śmierć, nie transformacja.
Ogień, ogień, wszędzie ogień, czy ćma jest świadoma że płonie, gdy poddaje się impulsowi i zaczyna tańczyć z ogniem?
Chciał się w niego wczepić i wypłakać cierpienie ostatniej dekady, zasnąć i obudzić się wolnym. Był to znaczący postęp w porównaniu do marzeń o śnie bez zmierzchu, bez otworzenia oczu. Bez oczu.
- Znowu zatrzymujesz mnie, gdy chcę po prostu wyjść i dać Ci spokój. Dlaczego? - wypluł z siebie pytanie, tonem oskarżenia, wspomnieniem obu ich ostatnich pocałunków. A przecież powinien cieszyć się z tego, co udało mu się osiągnąć w tej relacji. Kontynuacja. Czy nie tego chciał? Znaleźć sobie jakieś miejsce w życiu człowieka, aż on w końcu umrze z tego czy innego powodu i da mu spokój, jak duch, którego w końcu wyegzorcyzmowano. - Udawanie brzmi jak doskonała strategia, z doświadczenia widzę, jak doskonale się sprawdza. - rzucił bezmyślnie, szerokim gestem wskazując pokój, choć nie miało to większego sensu. Strzelał na ślepo, jak dziecko, które czuło się źle, więc informowało o tym otoczenie aktywnością, która sprawiała, że wszyscy czuli się źle.
Dlaczego też niby pocałunek miał nieść ze sobą jakiekolwiek uczucia? Czemu tak wiele znaczenia przypisywano połączeniu ust, dotknięciu miękkich, oślizgłych języków, stuknięciu o siebie zębów, jak kieliszków na przyjęciu.
Setki pocałunków, tysiące języków później, czemu to miało robić na kimkolwiek, jakiekolwiek wrażenie?
- Mów im co chcesz, to Twoi bliscy. - odburczał jeszcze w odpowiedzi, stojąc w połowie drogi do drzwi jak słup soli. Zależało mi kiedyś, teraz już mi nie zależy, wciąż mi zależy, czemu nie chciałeś mnie wcześniej w swoim życiu? - kołowrotek terkotał, każda myśl, której się chwytał, była gorsza od poprzedniej. Okazywało się, że najlepiej jeden problem przesłonić innym, nagle czarne włosy łopoczące na wietrze i rozchylone czerwone wargi obejmujące ciasno kolejne ciasteczko z marcepanem zdawały się przyjemną okolicznością, która nie wymagała żadnej interwencji. Żadnego zmartwienia. Żadnego ruchu.
Ćma płonęła. Nic już nie miało znaczenia.
- …ale Hani byłby totalnym idiotą, gdyby już tego nie wiedział - pozwolił sobie na mimowolną refleksję. Czuł się bardzo źle. Nie było lepszej, oczywistszej drogi, by inni zrozumieli jak bardzo mu jest źle, niż dolanie oliwy do tego płomienia.