10.02.2026, 12:25 ✶
Czerwony tajemniczy płyn.
Nośnik życia.
Czy można było szanować coś, czego przelało się w dobie swojego istnienia tak wiele? Czy można było szanować coś, co wpisywało się w rutynę tegoż istnienia, monotonię przetrwania, wydłużania egzystencji do granic możliwości?
Jesteś tym co jesz - usłyszał kiedyś od absolutnie nieświadomego człowieka, nim ten oddał mu ostatnie tchnienie i hrabia przez większość egzystencji uważał to za szalenie zabawne. A potem musiał posilać się szczurami łaskawie dostarczonych mu przez tych, którzy zamknęli go na ponad wiek w ciasnej krypcie.
O ileż przyjemniejsza była miękkość ludzkiej skóry, papierowej bieli pulsującej życiem, podnieceniem, ciekawością, strachem, ekscytacją, gniewem, żalem, rozpaczą… całym spektrum różnorodności, którą chciał dostrzegać w ciepłej posoce aby nie umrzeć z nudów wieczności oblewania swoich warg czerwienią.
Czasem czernią.
Czy jej krew była zielona?
- Nie znam, ale nie jest to stan, którego nie dałoby się zmienić w najbliższym czasie. Choć może nie dziś. Dziś chce poznać kogoś innego… - Poznać. Cóż to znaczyło więcej nad posmakowanie? Czy można było tak wyszkolić swoje martwe kubki smakowe, by móc oceniać duszę na podstawie tego doświadczenia? Jak aurowidzowie dotykali jej wzrokiem, tak on mógłby pokusić się o poszukiwania, uwrażliwienia smaku.
Zbliżył twarz do krzywizny zapraszającego łuku, oddechem chłodnej wrześniowej nocy rozprószył łaskoczące włosy, jak babie lato zdzierane z szykujących się do zimowego snu łąk. Zielony duch z bliska w odczuciu zdawał się o wiele mniej duchem, o wiele bardziej człowiekiem, przyjemnym zetknięciem wieczności z ulotnością. Nie fascynowała go swą twarzą, ale czyż nie chciał właśnie spróbować tej duszy zdającej mieć więcej lat niż wskazywała na to jej powłoka?
Miękkie wargi rozpłaszczyły się nad obojczykiem, próżno było szukać w tym jednak ostrości kłów i zaborczości, głodu, którego można byłoby się spodziewać po istocie podobnej jemu. Wolną dłonią odgarnął jasne kosmyki, szorstkimi opuszkami pogładził skórę karku, szukając dreszczu, strojąc wrażliwości instrumentu, poznając powoli pierwsze tony, które można byłoby z niego wydobyć. Pieśni o leśnym poszumie, nim dotarłoby się głębiej, do podziemi skrywających prawdę, o temperamencie napotkanego istnienia.
Nośnik życia.
Czy można było szanować coś, czego przelało się w dobie swojego istnienia tak wiele? Czy można było szanować coś, co wpisywało się w rutynę tegoż istnienia, monotonię przetrwania, wydłużania egzystencji do granic możliwości?
Jesteś tym co jesz - usłyszał kiedyś od absolutnie nieświadomego człowieka, nim ten oddał mu ostatnie tchnienie i hrabia przez większość egzystencji uważał to za szalenie zabawne. A potem musiał posilać się szczurami łaskawie dostarczonych mu przez tych, którzy zamknęli go na ponad wiek w ciasnej krypcie.
O ileż przyjemniejsza była miękkość ludzkiej skóry, papierowej bieli pulsującej życiem, podnieceniem, ciekawością, strachem, ekscytacją, gniewem, żalem, rozpaczą… całym spektrum różnorodności, którą chciał dostrzegać w ciepłej posoce aby nie umrzeć z nudów wieczności oblewania swoich warg czerwienią.
Czasem czernią.
Czy jej krew była zielona?
- Nie znam, ale nie jest to stan, którego nie dałoby się zmienić w najbliższym czasie. Choć może nie dziś. Dziś chce poznać kogoś innego… - Poznać. Cóż to znaczyło więcej nad posmakowanie? Czy można było tak wyszkolić swoje martwe kubki smakowe, by móc oceniać duszę na podstawie tego doświadczenia? Jak aurowidzowie dotykali jej wzrokiem, tak on mógłby pokusić się o poszukiwania, uwrażliwienia smaku.
Zbliżył twarz do krzywizny zapraszającego łuku, oddechem chłodnej wrześniowej nocy rozprószył łaskoczące włosy, jak babie lato zdzierane z szykujących się do zimowego snu łąk. Zielony duch z bliska w odczuciu zdawał się o wiele mniej duchem, o wiele bardziej człowiekiem, przyjemnym zetknięciem wieczności z ulotnością. Nie fascynowała go swą twarzą, ale czyż nie chciał właśnie spróbować tej duszy zdającej mieć więcej lat niż wskazywała na to jej powłoka?
Miękkie wargi rozpłaszczyły się nad obojczykiem, próżno było szukać w tym jednak ostrości kłów i zaborczości, głodu, którego można byłoby się spodziewać po istocie podobnej jemu. Wolną dłonią odgarnął jasne kosmyki, szorstkimi opuszkami pogładził skórę karku, szukając dreszczu, strojąc wrażliwości instrumentu, poznając powoli pierwsze tony, które można byłoby z niego wydobyć. Pieśni o leśnym poszumie, nim dotarłoby się głębiej, do podziemi skrywających prawdę, o temperamencie napotkanego istnienia.