10.02.2026, 13:36 ✶
- Mogło być gorzej - wzruszył ramionami, bo przecież miał za sobą dużo gorsze przedpołudnia. Lekki uśmiech pozostał na jego twarzy, kiedy spojrzał gdzieś ponad ramieniem Ceolsige, jak coś zapomnianego, jakby Lazarus nie do końca wiedział, co z nim zrobić, kiedy kobieta przesadnie poważnie potraktowała jego uwagę o psychiatrze.
To był żart.
Oczywiście, że Odys widział w życiu gorsze rzeczy, niż zakupy. Ba, widział je u samego Lazarusa. Z drugiej strony, hierarchia “gorszych rzeczy” była wysoce subiektywna i Lovegood niekiedy odnosił wrażenie, że w przypadku jego psychiatry kolejność była dość… nietypowa.
Podejrzewał, że gdyby poskarżył mu się, że musiał asystować przy przebierankach obiektywnie atrakcyjnej fizycznie kobiecie, zarobiłby kilka bezlitośnie wbitych werbalnych szpil.
Może powinien to zrobić, choćby po to, żeby zobaczyć jego minę.
Strzepnął popiół do popielniczki. Powrócił wzrokiem do towarzyszki.
- Nie przepraszaj. Płacą mi za to - dodał, nadal z uśmiechem, jakby to właśnie było główną osłodą zakupowych trudów, nie odpychajaca nieznośną monotonię, szarość i odrętwienie o kolejne kilka dni odmiana w biurowej rutynie, nie jej towarzystwo, znajome, interesujące i przyjemne.
Nie był gotowy na pytania o terapię i wykorzystał pojawienie się kelnerki z zamówieniami, by odwlec konieczność odpowiedzi. Ile chciał powiedzieć? Ile mógł bezpiecznie pokazać? Wbił wzrok w filiżankę kawy - kolejną tego dnia, na pewno już wykraczającą poza limit zdrowej konsumpcji, ale… jego dłonie jeszcze nie drżały, a puls nie przyspieszał. A nawet gdyby… to były nieprzyjemne efekty uboczne, tak, ale przynajmniej byłyby skutkiem jego własnego wyboru. Nie wyślizgujacego się spod kontroli mózgu.
- Jestem… stabilny. Podejmuję działania… na rzecz poprawy swojej sytuacji?... - powiedział powoli i trochę niepewnie, przez chwile patrząc na Ceolsige, jakby szukał potwierdzenia, że chodziło jej o prawdziwą odpowiedź, a nie o kurtuazyjne “W porządku”.
Ile z tego to efekt terapii, a ile - eliksirów?
Westchnął z rezygnacją.
- W porządku - uciął kategorycznie własną odpowiedź i sięgnął po croissanta - Jak interesy? Udało ci się pozbyć zacieków?
Przyjrzał się uważnie wypiekowi w palcach. Pierwszy kęs zawsze był odrobinę stresujący, ale to było tylko pieczywo, znajoma konsystencja francuskiego ciasta, sucha, trochę maślana, sprężysta. Powinien zjeść. I powinien zająć czymś usta, na wypadek, gdyby Ceolsige postanowiła drążyć temat.
Oderwał ostrożnie niewielki kąsek i włożył do ust. Był smaczny, świeży i dobrze komponował się z kawą, nawet, jeżeli niekoniecznie z posmakiem dymu na języku.
To był żart.
Oczywiście, że Odys widział w życiu gorsze rzeczy, niż zakupy. Ba, widział je u samego Lazarusa. Z drugiej strony, hierarchia “gorszych rzeczy” była wysoce subiektywna i Lovegood niekiedy odnosił wrażenie, że w przypadku jego psychiatry kolejność była dość… nietypowa.
Podejrzewał, że gdyby poskarżył mu się, że musiał asystować przy przebierankach obiektywnie atrakcyjnej fizycznie kobiecie, zarobiłby kilka bezlitośnie wbitych werbalnych szpil.
Może powinien to zrobić, choćby po to, żeby zobaczyć jego minę.
Strzepnął popiół do popielniczki. Powrócił wzrokiem do towarzyszki.
- Nie przepraszaj. Płacą mi za to - dodał, nadal z uśmiechem, jakby to właśnie było główną osłodą zakupowych trudów, nie odpychajaca nieznośną monotonię, szarość i odrętwienie o kolejne kilka dni odmiana w biurowej rutynie, nie jej towarzystwo, znajome, interesujące i przyjemne.
Nie był gotowy na pytania o terapię i wykorzystał pojawienie się kelnerki z zamówieniami, by odwlec konieczność odpowiedzi. Ile chciał powiedzieć? Ile mógł bezpiecznie pokazać? Wbił wzrok w filiżankę kawy - kolejną tego dnia, na pewno już wykraczającą poza limit zdrowej konsumpcji, ale… jego dłonie jeszcze nie drżały, a puls nie przyspieszał. A nawet gdyby… to były nieprzyjemne efekty uboczne, tak, ale przynajmniej byłyby skutkiem jego własnego wyboru. Nie wyślizgujacego się spod kontroli mózgu.
- Jestem… stabilny. Podejmuję działania… na rzecz poprawy swojej sytuacji?... - powiedział powoli i trochę niepewnie, przez chwile patrząc na Ceolsige, jakby szukał potwierdzenia, że chodziło jej o prawdziwą odpowiedź, a nie o kurtuazyjne “W porządku”.
Ile z tego to efekt terapii, a ile - eliksirów?
Westchnął z rezygnacją.
- W porządku - uciął kategorycznie własną odpowiedź i sięgnął po croissanta - Jak interesy? Udało ci się pozbyć zacieków?
Przyjrzał się uważnie wypiekowi w palcach. Pierwszy kęs zawsze był odrobinę stresujący, ale to było tylko pieczywo, znajoma konsystencja francuskiego ciasta, sucha, trochę maślana, sprężysta. Powinien zjeść. I powinien zająć czymś usta, na wypadek, gdyby Ceolsige postanowiła drążyć temat.
Oderwał ostrożnie niewielki kąsek i włożył do ust. Był smaczny, świeży i dobrze komponował się z kawą, nawet, jeżeli niekoniecznie z posmakiem dymu na języku.