11.02.2026, 10:43 ✶
Parsknął krótkim śmiechem. Był pod niewielkim wrażeniem, że Dora powiedziała tę nazwę bez zaśmiania się, ale może to dlatego, że interesowały ją dawne metody diagnozy, a w końcu to jajowanie takową było? Czy powinno być mu głupio? To, że rozbawiła go nazwa, przecież nie oznaczało, że wyśmiewał to zainteresowanie, prawda?
-Ciekawe, czy kiedykolwiek zdarzyło się któremuś lekarzowi tak rozbić to jajko i wypadło z niego pisklę - zamyślił się.
Im dłużej myślał nad tą metodą, tym więcej niezbyt mądrych przykładów na niespodziewane efekty przychodziło mu do głowy. Jeżeli lekarz robił pacjentowi jajowanie i po rozbiciu skorupy wypadło z niego pisklę, w jaki sposób to interpretowano?
Na całe szczęście nie wyglądało na to, by gobliny szykowały kolejny bunt. Szczęście w nieszczęściu, atak Voldemorta ominął bank Gringotta, więc gobliny nie mogły powiedzieć, że skoro Voldemort jest czarodziejem, to zniszczenie ich miejsca było winą społeczności magicznej - nikt nie wiedział, co przyszłoby wtedy do głowy goblinom, które nie patrzyły na czarodziejów przychylnie. Na razie skupiały się na wzmocnieniu zabezpieczeń, w razie, gdyby drugi atak, jeżeli taki by nadszedł, miał jednak trafić w bank. Może więc kolejny bunt nie nastąpi albo stanie się to za wiele lat?
Udało mu się złapać kota, próbującego zwiać z zaułka. I nawet udało mu się go nie chwycić w sposób, który byłby dla kota bardzo niekomfortowy, albo wyrwałby mu futro. Pan Mruczkens nie był zadowolony z tego, że został schwytany, ale albo zaczął się godzić z faktem, że tym razem nie uda mu się zbiec, albo próbował uśpić ich czujność, żeby później podjąć kolejną próbę ucieczki, bo nawet nie zaczynał się wierzgać, nie gryzł i nie drapał Jessiego.
-No już, spokojnie, przecież krzywda ci się nie dzieje - powiedział, próbując pogłaskać kota, żeby go chociaż trochę uspokoić.
Pan Mruczkens warknął cicho, więc Jessie cofnął rękę. To był jeden z powodów, dla których, odkąd miał Benjiego, wolał psy - te nigdy nie miały dość czułości.
-Dobra, chodź do swojej dziewczynki - westchnął i podszedł do dziewczynki, żeby oddać jej kota.
Zanim jednak to zrobił, nachylił się do Dory, żeby coś jeszcze jej powiedzieć, zanim dziewczynka będzie w stanie go usłyszeć.
-Trochę mnie niepokoi, że ten kot od niej ucieka.
Od dziecka nie należało wymagać perfekcyjnej opieki nad zwierzakami, ale może tej małej przydałyby się jakieś podpowiedzi? W końcu musiał być jakiś powód, dla którego pan Mruczkens uciekał.
-Ciekawe, czy kiedykolwiek zdarzyło się któremuś lekarzowi tak rozbić to jajko i wypadło z niego pisklę - zamyślił się.
Im dłużej myślał nad tą metodą, tym więcej niezbyt mądrych przykładów na niespodziewane efekty przychodziło mu do głowy. Jeżeli lekarz robił pacjentowi jajowanie i po rozbiciu skorupy wypadło z niego pisklę, w jaki sposób to interpretowano?
Na całe szczęście nie wyglądało na to, by gobliny szykowały kolejny bunt. Szczęście w nieszczęściu, atak Voldemorta ominął bank Gringotta, więc gobliny nie mogły powiedzieć, że skoro Voldemort jest czarodziejem, to zniszczenie ich miejsca było winą społeczności magicznej - nikt nie wiedział, co przyszłoby wtedy do głowy goblinom, które nie patrzyły na czarodziejów przychylnie. Na razie skupiały się na wzmocnieniu zabezpieczeń, w razie, gdyby drugi atak, jeżeli taki by nadszedł, miał jednak trafić w bank. Może więc kolejny bunt nie nastąpi albo stanie się to za wiele lat?
Udało mu się złapać kota, próbującego zwiać z zaułka. I nawet udało mu się go nie chwycić w sposób, który byłby dla kota bardzo niekomfortowy, albo wyrwałby mu futro. Pan Mruczkens nie był zadowolony z tego, że został schwytany, ale albo zaczął się godzić z faktem, że tym razem nie uda mu się zbiec, albo próbował uśpić ich czujność, żeby później podjąć kolejną próbę ucieczki, bo nawet nie zaczynał się wierzgać, nie gryzł i nie drapał Jessiego.
-No już, spokojnie, przecież krzywda ci się nie dzieje - powiedział, próbując pogłaskać kota, żeby go chociaż trochę uspokoić.
Pan Mruczkens warknął cicho, więc Jessie cofnął rękę. To był jeden z powodów, dla których, odkąd miał Benjiego, wolał psy - te nigdy nie miały dość czułości.
-Dobra, chodź do swojej dziewczynki - westchnął i podszedł do dziewczynki, żeby oddać jej kota.
Zanim jednak to zrobił, nachylił się do Dory, żeby coś jeszcze jej powiedzieć, zanim dziewczynka będzie w stanie go usłyszeć.
-Trochę mnie niepokoi, że ten kot od niej ucieka.
Od dziecka nie należało wymagać perfekcyjnej opieki nad zwierzakami, ale może tej małej przydałyby się jakieś podpowiedzi? W końcu musiał być jakiś powód, dla którego pan Mruczkens uciekał.