14.02.2026, 12:06 ✶
Artemis z zadowoleniem przesunął się na dłoń Xenia, traktując to niczym otwarcie wrót, nowej drogi - choć równie znajomej - do przebycia.
Mathilda zaś zawisła przez dłuższą chwilę w zamyśleniu nad owym bohorożcem, czując się nieco jak ignorant istot magicznych. Ciche westchnienie wydobyło się z jej ust i dopiero głos jej towarzysza, proszący o zwrot książki, przerwał jej ciąg masochistycznych myśli nad własną nieporadnością.
-Aha - skinęła ochoczo głową, puszczając chłopaka. Sprawnie przeskoczyła przez murek, lądując miękko po drugiej stronie. Schyliła się po książkę, zdmuchując z niej naleciały piasek, delikatnie naprostowując stronę, która w ogólnym zaskoczeniu postanowiła nieco się wykrzywić.
Wiedziała, że blondyn zwróci na nią uwagę, a ta będzie go denerwować, o ile coś mogło Lovegood'a denerwować. Zgadywała, że nawet gdy ta kartka zniknie z zasięgu jego wzroku, to pozostanie gdzieś z tyłu głowy prześladując upierdliwie do samego końca lektury.
-W Afryce? - wydęła usta w zadumie. Taka podróż do Afryki z pewnością wiązała się z ogromnymi kosztami, a Ona chyba nie była w stanie zafundować im takowej wycieczki. Gdyby nie patronat nie mogłaby pozwolić sobie na wszelkie warsztaty taneczne, kursy i konkursy - bo chociaż cena jej baletek przyprawiała ją o zawrót głowy, to ewentualnie uzyskane pieniądze starczały aby żyć, jakoś żyć, dobrze planowała wydatki, głównie dlatego, że rodzice odwrócili od niej wzrok chcąc przywołać młodą Quirrell do porządku.
-Cóż... może kiedyś - stwierdziła nieco markotliwie - Kiedyś pojedziemy je zobaczyć - na jej usta wpłynął uśmiech, gdy przekazywała mu książkę. Teraz byli za młodzi aby być dorosłymi, zaś zbyt dorośli aby być dziećmi, ale kiedyś... kiedyś będą wystarczający.
-Chociaż tam to strasznie ciepło... - dodała, wskakując na murek, aby usadowić się obok niego - a Ty, Xeniu, jest jakaś istota którą chciałbyś zobaczyć? Ale tak bardziej niż wszystkie inne....
Ich zażyłe stosunki, które normalni ludzie zwykli nazywać przyjaźnią była na tyle widoczna, że nikogo uwadze nie uszła - szczególnie, gdy kolory ich mundurków, nie pokrywające się wcale, krzyczały głośno o różnych przynależnościach co zwracało uwagę, czasami być może aż nazbyt krzykliwie. Teraz większość już przywykła, że w tym miejscu szmaragd łączył się z granatem, ale początki...Oh początki.
A jednak Mathilda nie miała z tego powodu przykrości, już nie lub też bardzo szybko te ustąpiły i o dziwo wszyscy nad ich znajomością przeszli do porządku dziennego. Mogło to się zdawać wręcz, że tolerancja względem tego była na tyle dziwna, że wręcz nietaktowna.
Początkowo rzeczywiście Mathilde spotkała przykrość zarówno przez to, jak i jej mieszaną krew. A jednak niedługo po pierwszym przykrym incydencie, główny podżegacz i przemocowiec, zdawałoby się przewodnik całej grupy, okropnie się rozchorował. Na tyle, że w skrzydle szpitalnym spędził dobre dwa tygodnie, a nikt nie potrafił dociec czym ten się struł. I takie to dziwne przypadki się powtórzyły kilka razy.
Być może bujna wyobraźnia dzieciaków, plotki o rodzinie Quirrell oraz wąż który nonszalancko oplatał dziewczęcą szyje, to wszystko zebrane razem nadały jej przydomek Venena.
Nikt już się nie śmiał, nie stosował przemocy fizycznej ani psychicznej, a wokół dziewczyny roztoczyła się cicha legenda, jedynie szepty, że Veneny winno się nie ruszać, bo to kończy się źle.
Co prawda nikt nie potrafił dowieść, że to Ona, a nie zwykłe zrządzenie losu - a jednak dzieci dowodów nie potrzebują, aby wierzyć w swe racje, nawet jeśli te wydają się wybujałe. Venena - szeptano w dormitorium, ale nigdy nie zwracano się tak wprost do samej Mathildy, mimo że szepty te do niej dotarły, jak to często zwykły docierać plotki. Mathildzie zaś nie przeszkadzały bo te dawały jej spokój, a i być może przychylniejsze spojrzenia towarzyszy, którzy nie postrzegali już jej jako bezbronne ciele do bicia.
Samo Venena wzięło się z łacińskiego słowa Venenum oznaczającego truciznę, jad, lub ogólnie szkodzącej substancji czy eliksiru jak chociażby amortencja.
Szepty nie opuściły nigdy bezpiecznego dormitorium, więc nie obawiała się zanadto - nie chciała by dotarły do Xenia. Ani to, ani jej przeszłość - wiedziała bowiem, że ten miał zbyt piękną duszę i zbyt dobre serce aby dźwigać tą karte z jej przeszłości. On był zbyt dobry, Ona zbyt popsuta, ale póki mogła grzać się w jego blasku, nie miała zamiaru dopuścić, aby ten odkrył karty, których odkryć nie powinien. Które mogłyby ukazać chociaż trochę, że nie jest taka, nie taka jaką chciała być, nie taka jaką chciała by ją widział. Bo gdy on niósł dobro swoim spojrzeniem, jej spojrzenie obserwowało jak z ludzi uchodziło życie.
-Właściwie to... Kim chciałbyś zostać, gdy dorośniesz? - przeniosła wzrok na horyzont, racząc błękitne spojrzenie ubarwionym niebem.
Mathilda zaś zawisła przez dłuższą chwilę w zamyśleniu nad owym bohorożcem, czując się nieco jak ignorant istot magicznych. Ciche westchnienie wydobyło się z jej ust i dopiero głos jej towarzysza, proszący o zwrot książki, przerwał jej ciąg masochistycznych myśli nad własną nieporadnością.
-Aha - skinęła ochoczo głową, puszczając chłopaka. Sprawnie przeskoczyła przez murek, lądując miękko po drugiej stronie. Schyliła się po książkę, zdmuchując z niej naleciały piasek, delikatnie naprostowując stronę, która w ogólnym zaskoczeniu postanowiła nieco się wykrzywić.
Wiedziała, że blondyn zwróci na nią uwagę, a ta będzie go denerwować, o ile coś mogło Lovegood'a denerwować. Zgadywała, że nawet gdy ta kartka zniknie z zasięgu jego wzroku, to pozostanie gdzieś z tyłu głowy prześladując upierdliwie do samego końca lektury.
-W Afryce? - wydęła usta w zadumie. Taka podróż do Afryki z pewnością wiązała się z ogromnymi kosztami, a Ona chyba nie była w stanie zafundować im takowej wycieczki. Gdyby nie patronat nie mogłaby pozwolić sobie na wszelkie warsztaty taneczne, kursy i konkursy - bo chociaż cena jej baletek przyprawiała ją o zawrót głowy, to ewentualnie uzyskane pieniądze starczały aby żyć, jakoś żyć, dobrze planowała wydatki, głównie dlatego, że rodzice odwrócili od niej wzrok chcąc przywołać młodą Quirrell do porządku.
-Cóż... może kiedyś - stwierdziła nieco markotliwie - Kiedyś pojedziemy je zobaczyć - na jej usta wpłynął uśmiech, gdy przekazywała mu książkę. Teraz byli za młodzi aby być dorosłymi, zaś zbyt dorośli aby być dziećmi, ale kiedyś... kiedyś będą wystarczający.
-Chociaż tam to strasznie ciepło... - dodała, wskakując na murek, aby usadowić się obok niego - a Ty, Xeniu, jest jakaś istota którą chciałbyś zobaczyć? Ale tak bardziej niż wszystkie inne....
Ich zażyłe stosunki, które normalni ludzie zwykli nazywać przyjaźnią była na tyle widoczna, że nikogo uwadze nie uszła - szczególnie, gdy kolory ich mundurków, nie pokrywające się wcale, krzyczały głośno o różnych przynależnościach co zwracało uwagę, czasami być może aż nazbyt krzykliwie. Teraz większość już przywykła, że w tym miejscu szmaragd łączył się z granatem, ale początki...Oh początki.
A jednak Mathilda nie miała z tego powodu przykrości, już nie lub też bardzo szybko te ustąpiły i o dziwo wszyscy nad ich znajomością przeszli do porządku dziennego. Mogło to się zdawać wręcz, że tolerancja względem tego była na tyle dziwna, że wręcz nietaktowna.
Początkowo rzeczywiście Mathilde spotkała przykrość zarówno przez to, jak i jej mieszaną krew. A jednak niedługo po pierwszym przykrym incydencie, główny podżegacz i przemocowiec, zdawałoby się przewodnik całej grupy, okropnie się rozchorował. Na tyle, że w skrzydle szpitalnym spędził dobre dwa tygodnie, a nikt nie potrafił dociec czym ten się struł. I takie to dziwne przypadki się powtórzyły kilka razy.
Być może bujna wyobraźnia dzieciaków, plotki o rodzinie Quirrell oraz wąż który nonszalancko oplatał dziewczęcą szyje, to wszystko zebrane razem nadały jej przydomek Venena.
Nikt już się nie śmiał, nie stosował przemocy fizycznej ani psychicznej, a wokół dziewczyny roztoczyła się cicha legenda, jedynie szepty, że Veneny winno się nie ruszać, bo to kończy się źle.
Co prawda nikt nie potrafił dowieść, że to Ona, a nie zwykłe zrządzenie losu - a jednak dzieci dowodów nie potrzebują, aby wierzyć w swe racje, nawet jeśli te wydają się wybujałe. Venena - szeptano w dormitorium, ale nigdy nie zwracano się tak wprost do samej Mathildy, mimo że szepty te do niej dotarły, jak to często zwykły docierać plotki. Mathildzie zaś nie przeszkadzały bo te dawały jej spokój, a i być może przychylniejsze spojrzenia towarzyszy, którzy nie postrzegali już jej jako bezbronne ciele do bicia.
Samo Venena wzięło się z łacińskiego słowa Venenum oznaczającego truciznę, jad, lub ogólnie szkodzącej substancji czy eliksiru jak chociażby amortencja.
Szepty nie opuściły nigdy bezpiecznego dormitorium, więc nie obawiała się zanadto - nie chciała by dotarły do Xenia. Ani to, ani jej przeszłość - wiedziała bowiem, że ten miał zbyt piękną duszę i zbyt dobre serce aby dźwigać tą karte z jej przeszłości. On był zbyt dobry, Ona zbyt popsuta, ale póki mogła grzać się w jego blasku, nie miała zamiaru dopuścić, aby ten odkrył karty, których odkryć nie powinien. Które mogłyby ukazać chociaż trochę, że nie jest taka, nie taka jaką chciała być, nie taka jaką chciała by ją widział. Bo gdy on niósł dobro swoim spojrzeniem, jej spojrzenie obserwowało jak z ludzi uchodziło życie.
-Właściwie to... Kim chciałbyś zostać, gdy dorośniesz? - przeniosła wzrok na horyzont, racząc błękitne spojrzenie ubarwionym niebem.