14.02.2026, 21:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.02.2026, 21:57 przez Gabriel Montbel.)
Prychnął pogardliwie na tę przyganę, choć wciąż się uśmiechał.
– Na wszystkich żywych i martwych bogów, moje kochane dziewcze, toś Ty marudzenia porządnego nie słyszała! Ja dopiero mogę zacząć marudzić to... niewinne igraszki – lekceważąco machnął ręką, ale do wina już nie wrócił, bo zdecydowanie nie było w jego typie.
W przeciwieństwie do kogoś innego z kim spędzał tu czas, więc dla własnej być może przyjemości odpuścił tę sprzeczkę, nie będąc pewnym czy Lucy droczy się z nim, czy poważnie wchodzi w dyskusję i obronę tego ścierwa. Należało wtakim przypadku przegrupować siły.
Było coś przyjemnego w tym, że powiedziała, że nie było "ich" nawet jeśli potem poprawiła się na "mnie". To był okruszek, pewna iskierka buzująca w nim z coraz większą siłą, zapewne od tego feralnego remontu kuchni, bo trzeba było naprawić to co się zniszczyło. Bardzo się starał, choć bez większych nadziei na jej zadowolenie. Tymczasem entuzjazm który wywołał w niej zmianą aranżacji, kolorów i dekoracji (z stanowczo zbyt dużą ilością roślin o które teraz dbał)...
Złapał się na tym, że co świt od tego wydarzenia przywoływał wspomnienie jej twarzy przed zaśnięciem. Takiej zaskoczonej. Takiej rozradowanej. Takiej...
Takiej jak teraz...
Czy było coś słodszego od jej reakcji na niespodzianki, które trafiała w gusta dwustu lat wampirzego życia?
–Obiecuję... że wprowadzę dokładnie tyle chaosu ile trzeba będzie.– odpowiedział jej pochylając się, szepcząc z większą czułością niż chciałby przyznać przed sobą, niemal niemal łapiąc ją za rękę. Wargi łaskotały nieprzyjemnie domagając się przypomnienia, czy jej blada, perfekcyjnie gładka skóra pozostawała tak samo blada, tak samo perfekcyjna, tak samo gładka. Mimowolnie wspomniał ich knucie w altance. Jedna krótka chwila z poprzedniego życia do rozrastającej się kolekcji wspólnych chwil. –Nie, ale doprawdy wystarczy mi Twoje towarzystwo, by nie czuć się za bardzo trzeźwym. – pomyślał. Nie! Powiedział!
Putain!
Wyprostował się gwałtownie, właściwie zerwał się ze swojego siedzenia, przebijając intymną bańkę z łatwością i gracją francuskiego zarozumiałego arystokraty.
– Doskonale! Ruszajmy więc, nie ma sensu czekać – rzucił jowialnie, próbując możliwie gładko i karykaturalnie ukryć swoje zmieszanie.
– Na wszystkich żywych i martwych bogów, moje kochane dziewcze, toś Ty marudzenia porządnego nie słyszała! Ja dopiero mogę zacząć marudzić to... niewinne igraszki – lekceważąco machnął ręką, ale do wina już nie wrócił, bo zdecydowanie nie było w jego typie.
W przeciwieństwie do kogoś innego z kim spędzał tu czas, więc dla własnej być może przyjemości odpuścił tę sprzeczkę, nie będąc pewnym czy Lucy droczy się z nim, czy poważnie wchodzi w dyskusję i obronę tego ścierwa. Należało wtakim przypadku przegrupować siły.
Było coś przyjemnego w tym, że powiedziała, że nie było "ich" nawet jeśli potem poprawiła się na "mnie". To był okruszek, pewna iskierka buzująca w nim z coraz większą siłą, zapewne od tego feralnego remontu kuchni, bo trzeba było naprawić to co się zniszczyło. Bardzo się starał, choć bez większych nadziei na jej zadowolenie. Tymczasem entuzjazm który wywołał w niej zmianą aranżacji, kolorów i dekoracji (z stanowczo zbyt dużą ilością roślin o które teraz dbał)...
Złapał się na tym, że co świt od tego wydarzenia przywoływał wspomnienie jej twarzy przed zaśnięciem. Takiej zaskoczonej. Takiej rozradowanej. Takiej...
Takiej jak teraz...
Czy było coś słodszego od jej reakcji na niespodzianki, które trafiała w gusta dwustu lat wampirzego życia?
–Obiecuję... że wprowadzę dokładnie tyle chaosu ile trzeba będzie.– odpowiedział jej pochylając się, szepcząc z większą czułością niż chciałby przyznać przed sobą, niemal niemal łapiąc ją za rękę. Wargi łaskotały nieprzyjemnie domagając się przypomnienia, czy jej blada, perfekcyjnie gładka skóra pozostawała tak samo blada, tak samo perfekcyjna, tak samo gładka. Mimowolnie wspomniał ich knucie w altance. Jedna krótka chwila z poprzedniego życia do rozrastającej się kolekcji wspólnych chwil. –Nie, ale doprawdy wystarczy mi Twoje towarzystwo, by nie czuć się za bardzo trzeźwym. – pomyślał. Nie! Powiedział!
Putain!
Wyprostował się gwałtownie, właściwie zerwał się ze swojego siedzenia, przebijając intymną bańkę z łatwością i gracją francuskiego zarozumiałego arystokraty.
– Doskonale! Ruszajmy więc, nie ma sensu czekać – rzucił jowialnie, próbując możliwie gładko i karykaturalnie ukryć swoje zmieszanie.