15.02.2026, 15:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2026, 15:40 przez Alexander Mulciber.)
– Bogów nie ma – stwierdził beznamiętnie Alexander, przytrzymując delikatnie Lorien, gdy ta nachyliła się, aby obejrzeć paciorki rozsypane na stoliku. Nie zareagował nawet, gdy zniknął na chwilę za burzą ciemnych, wszędobylskich loków, które połaskotały go w nos zapachem jaśminu. Powiódł spojrzeniem za jej wyciągniętą dłonią, zanim zwrócił oczy z powrotem na Anthony'ego. Kąciki ust zadrżały mu wówczas, jak gdyby tłumił uśmiech.
Wiedział już przecież, jaki paciorek wybierze Lorien.
– Choć to o czym pan mówi, napomykając o "boskim języku" zbliża się do idei boskości, jaką nawet ja zdołałbym zaakceptować. Żeby wiara była prawdziwie wiarą, obiekt kultu nie może być dostępny poznaniu, objęty rozumem, potwierdzony dowodami empirycznymi. Jeżeli bóg jest poznawalny, nie wymaga wiary. Wiara zaczyna się tam, gdzie kończy się wiedza. Wiara zakłada bowiem epistemiczną niepewność. To nigdy nie był więc bóg, jeżeli miał imię. – Nawet mówiąc: "bóg istnieje", popełniało się w przekonaniu Alexandra błąd. Bo istnienie miało swoje ograniczenia. Wszystko, co istniało, było domeną wiedzy, bo zostało nazwanym, opisanym. Boskim było tylko to, czego nie dało się nazwać. – Nigdy nie spotkałem niczego, czego człowiek nie byłby w stanie nazwać. Nie wątpię więc w moc języka człowieczego. Język boga... Cóż, byłby milczeniem. Ale przecież gdyby wyrwać panu język, nie byłby pan wcale bogiem, lecz kaleką. – Niebieskie ślepia znieruchomiały nagle. Alexander nawet nie mrugnął, ciagnąc nieprzejednanie dalej. – Gdyby zabrać panu imię, nie byłby pan bogiem. Byłby pan po prostu nikim. Co bowiem znaczy imię? Co znaczy "Anthony Shafiq"? – zapytał szczerze zaciekawiony jasnowidz, prostując się w fotelu, gdy zrobiła to też i Lorien. Podniósł lekko swój kielich z winem, które rozlała dla wszystkich służba, jak gdyby proponował toast. – Na którą sylabę należy położyć nacisk, żeby poznać go prawdziwie, na imię, czy na nazwisko? Czy mówić należy po angielsku, czy z obcym akcentem? Z dystansu od ojczystego języka jest czasem łatwiej, a czasem trudniej... Dlatego lubię, gdy mówisz po włosku, Lorien. Nawet niedobre rzeczy brzmią w tym języku dobrze. Ale znów, może to tylko moje wrażenie. – W oczach Niewymownego zapalił się znajomy, złośliwy błysk. Jaki język ojczysty wybrał sobie obieżyświat z rodu Shafiq? Ale zamiast pociągnąć temat dalej... Zwyczajnie odpuścił. Uśmiechnął się lekko do Anthony'ego.
Zabawki Lorien były zabawkami Lorien.
– Tylko moje, że tak powiem, osobiste czepialstwo, bo bardzo mnie kwestie epistemologii drażnią, panie Shafiq. Zgadzam się z panem natomiast, że istnieją potężne inkantancje, wpływające na utkanie przeznaczenia. Utkanie materii świata. Ładnie powiedziane. Dlatego właśnie ekspertyzy lingwistów są nieodzownymi podczas podobnych eksploracji. Darzę sympatią pański ród, bo Shafiqowie w translacjach celują. Aparat pojęciowy winien być nienagannym. Nader precyzyjni musimy być w słowach, jakich używamy. W pewnym sensie nie różni się to od prawniczego żargonu, od którego boli mnie głowa... Wiem tylko, że każde słowo może być użyte przeciwko mnie – przysiągł na wpół poważnie, na wpół żartobliwie, położywszy rękę na sercu, zanim Lorien zdążyła spiorunować go wzrokiem, obrażona. Naturalnym było, że zadbał o to, żeby uwzględnić ją w rozmowie. Choćby po to, żeby poigrać nieco na siostrzanych nerwach, bo wiedział przecież, że nudziły ją podobne dywagacje.
Pozwolił jej odczytać symbole wyryte na drewnianych paciorkach, poczuć zaklętą w nich magię pod opuszkami palców.
"A ten? Czy ten też mnie jakoś ładnie nazywa?"
– Niestety, tego jeszcze nie przetłumaczyłem – skłamał. Uśmiechnął się jednak szeroko, jak gdyby się z nią droczył, pozwalając, aby jego twarz rozświetlił rzadki, promienny uśmiech. A jednak nie przetłumaczył inskrypcji. Nie wypowiedział na głos imienia, które sobie wybrała. Po prostu zamknął delikatnie dłoń Lorien na paciorku, przyglądając się jej z czystą adoracją nawet wtedy, gdy wypuścił ją z uścisku. – Na pewno nie nazwie cię imieniem ładniejszym od tego, które już masz. Lorien Johanno Mulciber.
Czasem miał powody, żeby czegoś nie mówić, czym w dzieciństwie strasznie ją frustruował. Zaklinał się na wszystkie świętości, przysięgając solennie, że to duchy przodków zabroniły zdradzać objawione mu sekrety... "To idź rozmawiać sobie ze swoimi duchami", fukała na niego wtedy, rozzłoszczona. Alexander bywał szalenie przesądny. Miewał głupie sekrety, z którymi dzielił się tylko na osobności... Gdy najmniej się tego spodziewała, dostawała jednak swoją odpowiedź. Tym razem sekretem było to, że chciał użyć inkantacji do stworzenia dla niej ochronnego amuletu.
– Nie będę was dłużej zatrzymywał. Dziękuję i tak, żeście dotrzymali mi towarzystwa – powiedział natychmiast na słowa siostry, przystając zgodnie na jej propozycję. Ostatni raz spojrzał na Anthony'ego.
– Poślę panu kiedy indziej ksiażkę w temacie magii bezróżdżkowej, która może pana zainteresować, panie Shafiq – rzucił lekkim tonem na pożegnanie.
Wiedział już przecież, jaki paciorek wybierze Lorien.
– Choć to o czym pan mówi, napomykając o "boskim języku" zbliża się do idei boskości, jaką nawet ja zdołałbym zaakceptować. Żeby wiara była prawdziwie wiarą, obiekt kultu nie może być dostępny poznaniu, objęty rozumem, potwierdzony dowodami empirycznymi. Jeżeli bóg jest poznawalny, nie wymaga wiary. Wiara zaczyna się tam, gdzie kończy się wiedza. Wiara zakłada bowiem epistemiczną niepewność. To nigdy nie był więc bóg, jeżeli miał imię. – Nawet mówiąc: "bóg istnieje", popełniało się w przekonaniu Alexandra błąd. Bo istnienie miało swoje ograniczenia. Wszystko, co istniało, było domeną wiedzy, bo zostało nazwanym, opisanym. Boskim było tylko to, czego nie dało się nazwać. – Nigdy nie spotkałem niczego, czego człowiek nie byłby w stanie nazwać. Nie wątpię więc w moc języka człowieczego. Język boga... Cóż, byłby milczeniem. Ale przecież gdyby wyrwać panu język, nie byłby pan wcale bogiem, lecz kaleką. – Niebieskie ślepia znieruchomiały nagle. Alexander nawet nie mrugnął, ciagnąc nieprzejednanie dalej. – Gdyby zabrać panu imię, nie byłby pan bogiem. Byłby pan po prostu nikim. Co bowiem znaczy imię? Co znaczy "Anthony Shafiq"? – zapytał szczerze zaciekawiony jasnowidz, prostując się w fotelu, gdy zrobiła to też i Lorien. Podniósł lekko swój kielich z winem, które rozlała dla wszystkich służba, jak gdyby proponował toast. – Na którą sylabę należy położyć nacisk, żeby poznać go prawdziwie, na imię, czy na nazwisko? Czy mówić należy po angielsku, czy z obcym akcentem? Z dystansu od ojczystego języka jest czasem łatwiej, a czasem trudniej... Dlatego lubię, gdy mówisz po włosku, Lorien. Nawet niedobre rzeczy brzmią w tym języku dobrze. Ale znów, może to tylko moje wrażenie. – W oczach Niewymownego zapalił się znajomy, złośliwy błysk. Jaki język ojczysty wybrał sobie obieżyświat z rodu Shafiq? Ale zamiast pociągnąć temat dalej... Zwyczajnie odpuścił. Uśmiechnął się lekko do Anthony'ego.
Zabawki Lorien były zabawkami Lorien.
– Tylko moje, że tak powiem, osobiste czepialstwo, bo bardzo mnie kwestie epistemologii drażnią, panie Shafiq. Zgadzam się z panem natomiast, że istnieją potężne inkantancje, wpływające na utkanie przeznaczenia. Utkanie materii świata. Ładnie powiedziane. Dlatego właśnie ekspertyzy lingwistów są nieodzownymi podczas podobnych eksploracji. Darzę sympatią pański ród, bo Shafiqowie w translacjach celują. Aparat pojęciowy winien być nienagannym. Nader precyzyjni musimy być w słowach, jakich używamy. W pewnym sensie nie różni się to od prawniczego żargonu, od którego boli mnie głowa... Wiem tylko, że każde słowo może być użyte przeciwko mnie – przysiągł na wpół poważnie, na wpół żartobliwie, położywszy rękę na sercu, zanim Lorien zdążyła spiorunować go wzrokiem, obrażona. Naturalnym było, że zadbał o to, żeby uwzględnić ją w rozmowie. Choćby po to, żeby poigrać nieco na siostrzanych nerwach, bo wiedział przecież, że nudziły ją podobne dywagacje.
Pozwolił jej odczytać symbole wyryte na drewnianych paciorkach, poczuć zaklętą w nich magię pod opuszkami palców.
"A ten? Czy ten też mnie jakoś ładnie nazywa?"
– Niestety, tego jeszcze nie przetłumaczyłem – skłamał. Uśmiechnął się jednak szeroko, jak gdyby się z nią droczył, pozwalając, aby jego twarz rozświetlił rzadki, promienny uśmiech. A jednak nie przetłumaczył inskrypcji. Nie wypowiedział na głos imienia, które sobie wybrała. Po prostu zamknął delikatnie dłoń Lorien na paciorku, przyglądając się jej z czystą adoracją nawet wtedy, gdy wypuścił ją z uścisku. – Na pewno nie nazwie cię imieniem ładniejszym od tego, które już masz. Lorien Johanno Mulciber.
Czasem miał powody, żeby czegoś nie mówić, czym w dzieciństwie strasznie ją frustruował. Zaklinał się na wszystkie świętości, przysięgając solennie, że to duchy przodków zabroniły zdradzać objawione mu sekrety... "To idź rozmawiać sobie ze swoimi duchami", fukała na niego wtedy, rozzłoszczona. Alexander bywał szalenie przesądny. Miewał głupie sekrety, z którymi dzielił się tylko na osobności... Gdy najmniej się tego spodziewała, dostawała jednak swoją odpowiedź. Tym razem sekretem było to, że chciał użyć inkantacji do stworzenia dla niej ochronnego amuletu.
– Nie będę was dłużej zatrzymywał. Dziękuję i tak, żeście dotrzymali mi towarzystwa – powiedział natychmiast na słowa siostry, przystając zgodnie na jej propozycję. Ostatni raz spojrzał na Anthony'ego.
Rzut na Antony'ego, Wykaz intencji, percepcja (4k).
Rzut PO 1d100 - 44
Sukces!
Sukces!
– Poślę panu kiedy indziej ksiażkę w temacie magii bezróżdżkowej, która może pana zainteresować, panie Shafiq – rzucił lekkim tonem na pożegnanie.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat