16.02.2026, 09:36 ✶
Nie musiał się wślizgiwać, skoro go wpuszczała; do domu, do swojego małego świata, do życia.
Pozwoliła się ucałować w dłoń, jak zawsze przy tym śmiejąc się bezgłośnie. Cóż za arystokratyczne obyczaje! Zawsze, gdy tak robił czuła się jak wielka dama, taka co się ubiera w same jedwabie, mieszka w ogromnym domostwie i jej się wszyscy kłaniają! Lady Dindindili Dandi z Lalalilandu. Głuptas. Przecież nawet nie zdążyła obmyć dłoni!
Ale słoiki przyjęła zachwycona. Rzeczywiście brakowało jej trochę, co by to wszystko zagospodarować, a i od ludzi głupio było brać, gdy ich domy zniszczały. Jeszcze bardziej szczęśliwa wydawała się za róże otrzymane w prezencie. Nawet jeśli ucięte mogła przecież je zaszczepić w swoim ogrodzie. Wiedziała, że był w Londynie cały ogród pełen krzewów pokrytych czarnymi kwiatami. Musiały być przepiękne. Nie bardziej niż te, oczywiście! Nigdy nie widziała czarnych róż w ich naturalnym środowisku. Ale tymi mogła się opiekować, podczas gdy tamte pozostawały poza jej zasięgiem. Nie szkodzi. Nie była o to zła.
Było coś w tej myśli… Czasem wydawało jej się, że zwierzęta są bardziej wierne niż ludzie. Nie była to miła myśl, więc szybciutko się za nią ganiła. Karmione koty powracały by ogrzać się przy kominku, gościsze urządziły sobie w jej domu dom, nawet ptaki, którymi opiekowała się przez lato i jesień, na zimę odlatywały, by na wiosnę powrócić i pochwalić się swoim potomstwem. Cykl życia przeplatał się z cyklem natury, tworząc naturalne nici powiązań między wszystkimi organizmami. Czy Alexandrowi się to podobało czy nie - był naturalnym elementem tego cyklu.
Nie było w jej życiu czasu na rozmyślanie o innym. Nie było w niej potrzeby zastanawiania się i gdybania, nie zaprzątała sobie głowy czymś tak nieistotnym jak polityka czy status krwi. Zawsze przecież gestem prosiła ducha ojca, żeby nie był wobec Alexandra taki surowy i nie nazywał go “paniczykiem”. Przecież nie każdy musiał potrafić zrobić i zbudować wszystko. Ona na przykład nie potrafiła, więc to miłe, że próbował naprawić jej chwiejący się regał. Gdy zanurzała się w odmętach jeziora, a ojciec schodził z nią na samo dno, mówiła przecież miękko:
- Nie jest takim złym człowiekiem, pa. Jest po prostu… inaczej wychowany.
- Na salonowego pieska ot co!- Burczał Merrick Shacklebolt, obserwując jak córka kręci przekornie głową i zbiera rośliny z jeziornych głębin. Nigdy nie brała zbyt wiele, tylko odpowiednią ilość do maści i eliksirów. Reszta zieleni pozostawała w swoim ekosystemie, jako dom i pożywienie podwodnej fauny.
Gdy skończyła okadzanie, wróciła do kuchni. Zapach herbaty unosił się w powietrzu. Przyłożyła palce do ust, po czym odsunęła ją w geście prostego “dziękuję”. Nie była nigdy dobra z języka migowego, zwłaszcza, gdy dialekt hindu i brytyjski były ze sobą tak niespójne. Ale parę gestów było prostych, znanych. Dziękuję było gestem, który Jahnavi powtarzała często. Za wszystko. Była po prostu wyjątkowo wdzięcznym dziewczęciem.
W końcu, wciąż jeszcze pachnąca świeżym kadzidłem i dymem, usiadła przy stole, grzejąc skostniałe po nocy palce o ścianki kubka. Nie upiła wciąż jeszcze herbaty, chociaż z pewnością była pyszna. Wbrew wszystkim swoim natrętnym myślom i niewierze w samego siebie, Alexander robił naprawdę dobrą herbatę! Ale na razie… musieli poważnie porozmawiać. Minę też Navi miała poważną.
Przesunęła w jego stronę stronę wyrwaną z proroka codziennego - wymiętą i poplamioną, co jasno sugerowało, że otrzymała coś w ową stronę zawiniętą. Sądząc po przebarwieniach z tłuszczu i zapachu - szynkę albo inne mięso dla Kapitana Nemo.
Postukała palcem w nagłówek: TURNIEJ GARGULKOWY W DZIURAWYM KOTLE - 24.09. godzina 18:00
Ogłoszenie przykuło jej uwagę, bo po zasadach turnieju zaznaczono, że cały dochód z organizacji i datków będzie szedł na przybory do nauki i książki dla dzieci, które straciły domy w pożarach. Piękny cel. Naprawdę piękny cel.
Po prawdzie nie była mistrzem gargulków, ale grywała w nie na statku w czasie młodości. Od tamtego czasu zasady nie mogły się zbyt wiele zmienić, prawda? Pojechałaby sama, nie chcąc Alexandra kłopotać, ale… drużyny były dwuosobowe. I nie za bardzo miała z kim innym się wybrać.
Pozwoliła się ucałować w dłoń, jak zawsze przy tym śmiejąc się bezgłośnie. Cóż za arystokratyczne obyczaje! Zawsze, gdy tak robił czuła się jak wielka dama, taka co się ubiera w same jedwabie, mieszka w ogromnym domostwie i jej się wszyscy kłaniają! Lady Dindindili Dandi z Lalalilandu. Głuptas. Przecież nawet nie zdążyła obmyć dłoni!
Ale słoiki przyjęła zachwycona. Rzeczywiście brakowało jej trochę, co by to wszystko zagospodarować, a i od ludzi głupio było brać, gdy ich domy zniszczały. Jeszcze bardziej szczęśliwa wydawała się za róże otrzymane w prezencie. Nawet jeśli ucięte mogła przecież je zaszczepić w swoim ogrodzie. Wiedziała, że był w Londynie cały ogród pełen krzewów pokrytych czarnymi kwiatami. Musiały być przepiękne. Nie bardziej niż te, oczywiście! Nigdy nie widziała czarnych róż w ich naturalnym środowisku. Ale tymi mogła się opiekować, podczas gdy tamte pozostawały poza jej zasięgiem. Nie szkodzi. Nie była o to zła.
Było coś w tej myśli… Czasem wydawało jej się, że zwierzęta są bardziej wierne niż ludzie. Nie była to miła myśl, więc szybciutko się za nią ganiła. Karmione koty powracały by ogrzać się przy kominku, gościsze urządziły sobie w jej domu dom, nawet ptaki, którymi opiekowała się przez lato i jesień, na zimę odlatywały, by na wiosnę powrócić i pochwalić się swoim potomstwem. Cykl życia przeplatał się z cyklem natury, tworząc naturalne nici powiązań między wszystkimi organizmami. Czy Alexandrowi się to podobało czy nie - był naturalnym elementem tego cyklu.
Nie było w jej życiu czasu na rozmyślanie o innym. Nie było w niej potrzeby zastanawiania się i gdybania, nie zaprzątała sobie głowy czymś tak nieistotnym jak polityka czy status krwi. Zawsze przecież gestem prosiła ducha ojca, żeby nie był wobec Alexandra taki surowy i nie nazywał go “paniczykiem”. Przecież nie każdy musiał potrafić zrobić i zbudować wszystko. Ona na przykład nie potrafiła, więc to miłe, że próbował naprawić jej chwiejący się regał. Gdy zanurzała się w odmętach jeziora, a ojciec schodził z nią na samo dno, mówiła przecież miękko:
- Nie jest takim złym człowiekiem, pa. Jest po prostu… inaczej wychowany.
- Na salonowego pieska ot co!- Burczał Merrick Shacklebolt, obserwując jak córka kręci przekornie głową i zbiera rośliny z jeziornych głębin. Nigdy nie brała zbyt wiele, tylko odpowiednią ilość do maści i eliksirów. Reszta zieleni pozostawała w swoim ekosystemie, jako dom i pożywienie podwodnej fauny.
Gdy skończyła okadzanie, wróciła do kuchni. Zapach herbaty unosił się w powietrzu. Przyłożyła palce do ust, po czym odsunęła ją w geście prostego “dziękuję”. Nie była nigdy dobra z języka migowego, zwłaszcza, gdy dialekt hindu i brytyjski były ze sobą tak niespójne. Ale parę gestów było prostych, znanych. Dziękuję było gestem, który Jahnavi powtarzała często. Za wszystko. Była po prostu wyjątkowo wdzięcznym dziewczęciem.
W końcu, wciąż jeszcze pachnąca świeżym kadzidłem i dymem, usiadła przy stole, grzejąc skostniałe po nocy palce o ścianki kubka. Nie upiła wciąż jeszcze herbaty, chociaż z pewnością była pyszna. Wbrew wszystkim swoim natrętnym myślom i niewierze w samego siebie, Alexander robił naprawdę dobrą herbatę! Ale na razie… musieli poważnie porozmawiać. Minę też Navi miała poważną.
Przesunęła w jego stronę stronę wyrwaną z proroka codziennego - wymiętą i poplamioną, co jasno sugerowało, że otrzymała coś w ową stronę zawiniętą. Sądząc po przebarwieniach z tłuszczu i zapachu - szynkę albo inne mięso dla Kapitana Nemo.
Postukała palcem w nagłówek: TURNIEJ GARGULKOWY W DZIURAWYM KOTLE - 24.09. godzina 18:00
Ogłoszenie przykuło jej uwagę, bo po zasadach turnieju zaznaczono, że cały dochód z organizacji i datków będzie szedł na przybory do nauki i książki dla dzieci, które straciły domy w pożarach. Piękny cel. Naprawdę piękny cel.
Po prawdzie nie była mistrzem gargulków, ale grywała w nie na statku w czasie młodości. Od tamtego czasu zasady nie mogły się zbyt wiele zmienić, prawda? Pojechałaby sama, nie chcąc Alexandra kłopotać, ale… drużyny były dwuosobowe. I nie za bardzo miała z kim innym się wybrać.