20.02.2026, 01:15 ✶
Z Levim przy barze
Parsknęła cicho, gdy wspomniał o pokazach sprzed lat. Wyobraźnia podsunęła jej obraz tak wyraźny, że niemal zobaczyła go przed sobą.
- Czyli doświadczenie już masz. Widzisz? To byłaby idealna okazja na wspominki dziecięcej beztroski - kolejny argument, który miał skruszyć lód jego niechęci. Wiedziała, że jeśli odpowiednio długo będzie wierciła dziurę w brzuchu, w końcu jej ulegnie. Zresztą nie wymagała nieosiągalnego, prawda? Oboje bawiliby się świetnie.
Przez moment patrzyła przed siebie, na smugę światła rozlaną po marmurowej posadzce, jakby właśnie tam próbowała odnaleźć właściwą odpowiedź.
- To chyba najgorsze, gdy miłość całkowicie pochłania. Gdy jedno zaczyna istnieć wyłącznie przez drugie. Taka rezygnacja z własnego głosu - mówiła spokojnie, niemal analitycznie, jakby omawiała koncepcję z podręcznika, a nie coś, co mogło dotknąć ich osobiście. W jej głowie pojawiły się obrazy kobiet, które znała - tych, które z czasem zaczynały mówić cudzymi zdaniami, myśleć cudzymi ambicjami, nosić cudze marzenia jak własne. W świecie, w którym dorastali, taki model był nie tylko akceptowany, ale pożądany. Harmonia. Jedność. Stabilność. Maszyna, która działa. Ale maszyna nie oddycha.
- Ale są ludzie, którzy przy drugiej połowie nie znikają, tylko... rozkwitają - zrobiła krótką pauzę, pozwalając tej myśli wybrzmieć. Nie była naiwna. Wiedziała, że miłość potrafi być słabością. Że zmusza do irracjonalnych decyzji, że rozbija chłodną logikę na drobne kawałki. Ale wiedziała też, że są relacje, w których człowiek nie maleje, tylko rośnie.
- Może to nie tyle śmierć jednostki, co próba. Sprawdzenie, czy twoje "ja" jest na tyle silne, by nie rozpaść się w czyjejś obecności - mówiła, a raczej zastanawiała się na głos, ale przecież dobrze rozumiała jego podejście. Śmierć jednostki jest wygodną teorią, która usprawiedliwi dystans i chroni przed ryzykiem. Byli pod tym względem bardzo podobni.
- Myślę, że jestem na tyle silną osobowością, że nawet jeśli się zakocham to nie zniknę - prychnęła lekko, a w jej głosie była spokojna pewność kogoś, kto zna własne granice, bo musiał je budować od nowa więcej niż raz. Nie była przecież dziewczyną, która bezrefleksyjnie pozwalała, by cokolwiek ją definiowało.
- Jeśli kiedyś się zakocham - ciągnęła. - to nie po to, żeby stać się czyimś cieniem. Ani czyimś przedłużeniem. Nie interesuje mnie rola dodatku - pogładziła kostki jego dłoni w zamyśleniu, ale zaraz wróciła do rzeczywistości. - Nie martw się, w moim sercu zawsze będzie dla ciebie miejsce.
Kiedy dotarli do baru, przyjęła kieliszek czerwonego wina z niemal ceremonialną uwagą. Rubinowy płyn odbił światło świec, rzucając na jej maskę ciepłe refleksy. Uniosła szkło, przez chwilę obserwując, jak ciecz osiada na ściankach. Zachichotała lekko na słowa o różach. Rola śpiącej królewny ani trochę jej nie odpowiadała.
- Okradłabyś dla mnie Lestrangów? - wyszeptała konspiracyjnie, odrobinę go prowokując. - Z błahszych powodów rodziły się konflikty między rodami. - Upiła wreszcie łyk wina. Smak był głęboki, cierpki, przyjemnie ciężki na języku. I dopiero po chwili wzrok Leviathana ją zaalarmował. Opuściła wzrok na swoją dłoń, a kiedy zamiast porcelanowej barwy była błękitna, otworzyła buzię ze zdumienia. - Jestem... niebieska? - zaśmiała się i pokręciła głową. Gospodarze dbali, by ten wieczór był pełen niespodzianek. - Levi, twoje włosy! - uniosła dłoń, by palcami przeczesać kruczoczarne kosmyki, a zaraz chwyciła go za rękę i pociągnęła w stronę najbliższego lustra.
jestem niebieska 1/2
Parsknęła cicho, gdy wspomniał o pokazach sprzed lat. Wyobraźnia podsunęła jej obraz tak wyraźny, że niemal zobaczyła go przed sobą.
- Czyli doświadczenie już masz. Widzisz? To byłaby idealna okazja na wspominki dziecięcej beztroski - kolejny argument, który miał skruszyć lód jego niechęci. Wiedziała, że jeśli odpowiednio długo będzie wierciła dziurę w brzuchu, w końcu jej ulegnie. Zresztą nie wymagała nieosiągalnego, prawda? Oboje bawiliby się świetnie.
Przez moment patrzyła przed siebie, na smugę światła rozlaną po marmurowej posadzce, jakby właśnie tam próbowała odnaleźć właściwą odpowiedź.
- To chyba najgorsze, gdy miłość całkowicie pochłania. Gdy jedno zaczyna istnieć wyłącznie przez drugie. Taka rezygnacja z własnego głosu - mówiła spokojnie, niemal analitycznie, jakby omawiała koncepcję z podręcznika, a nie coś, co mogło dotknąć ich osobiście. W jej głowie pojawiły się obrazy kobiet, które znała - tych, które z czasem zaczynały mówić cudzymi zdaniami, myśleć cudzymi ambicjami, nosić cudze marzenia jak własne. W świecie, w którym dorastali, taki model był nie tylko akceptowany, ale pożądany. Harmonia. Jedność. Stabilność. Maszyna, która działa. Ale maszyna nie oddycha.
- Ale są ludzie, którzy przy drugiej połowie nie znikają, tylko... rozkwitają - zrobiła krótką pauzę, pozwalając tej myśli wybrzmieć. Nie była naiwna. Wiedziała, że miłość potrafi być słabością. Że zmusza do irracjonalnych decyzji, że rozbija chłodną logikę na drobne kawałki. Ale wiedziała też, że są relacje, w których człowiek nie maleje, tylko rośnie.
- Może to nie tyle śmierć jednostki, co próba. Sprawdzenie, czy twoje "ja" jest na tyle silne, by nie rozpaść się w czyjejś obecności - mówiła, a raczej zastanawiała się na głos, ale przecież dobrze rozumiała jego podejście. Śmierć jednostki jest wygodną teorią, która usprawiedliwi dystans i chroni przed ryzykiem. Byli pod tym względem bardzo podobni.
- Myślę, że jestem na tyle silną osobowością, że nawet jeśli się zakocham to nie zniknę - prychnęła lekko, a w jej głosie była spokojna pewność kogoś, kto zna własne granice, bo musiał je budować od nowa więcej niż raz. Nie była przecież dziewczyną, która bezrefleksyjnie pozwalała, by cokolwiek ją definiowało.
- Jeśli kiedyś się zakocham - ciągnęła. - to nie po to, żeby stać się czyimś cieniem. Ani czyimś przedłużeniem. Nie interesuje mnie rola dodatku - pogładziła kostki jego dłoni w zamyśleniu, ale zaraz wróciła do rzeczywistości. - Nie martw się, w moim sercu zawsze będzie dla ciebie miejsce.
Kiedy dotarli do baru, przyjęła kieliszek czerwonego wina z niemal ceremonialną uwagą. Rubinowy płyn odbił światło świec, rzucając na jej maskę ciepłe refleksy. Uniosła szkło, przez chwilę obserwując, jak ciecz osiada na ściankach. Zachichotała lekko na słowa o różach. Rola śpiącej królewny ani trochę jej nie odpowiadała.
- Okradłabyś dla mnie Lestrangów? - wyszeptała konspiracyjnie, odrobinę go prowokując. - Z błahszych powodów rodziły się konflikty między rodami. - Upiła wreszcie łyk wina. Smak był głęboki, cierpki, przyjemnie ciężki na języku. I dopiero po chwili wzrok Leviathana ją zaalarmował. Opuściła wzrok na swoją dłoń, a kiedy zamiast porcelanowej barwy była błękitna, otworzyła buzię ze zdumienia. - Jestem... niebieska? - zaśmiała się i pokręciła głową. Gospodarze dbali, by ten wieczór był pełen niespodzianek. - Levi, twoje włosy! - uniosła dłoń, by palcami przeczesać kruczoczarne kosmyki, a zaraz chwyciła go za rękę i pociągnęła w stronę najbliższego lustra.
jestem niebieska 1/2