11.03.2023, 21:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2023, 23:23 przez Brenna Longbottom.)
Brenna była ponura. Ta ponurość na zewnątrz objawiała się tylko w jeden sposób – Longbottom nie gadała tyle, co zwykle, jej partnerowi podczas patrolu zostało więc oszczędzone wysłuchiwanie długich słowotoków. Miała wrażenie, że w środku oblepia ją coś ciemnego i gęstego, gromadzi się w gardle, utrudniając wydobycie głosu, i uczucie tylko powiększało się, gdy widziała, jak wielu ludzi przyszło na sabat.
Gdyby nie głęboko zakorzeniona lojalność wobec Dumbledore’a, naprawdę zaczęłaby obwieszać okolicę plakatami ostrzegawczymi. Musiał mieć jakiś powodów. Musiała wierzyć, że ma jakiś powód. Dlatego minę miała spokojną, a na widok znajomych twarzy zmuszała się do uśmiechu, zamiast podchodzić do tych ludzi i sugerować, by Beltaine świętowali gdzieś indziej.
Zanim weszła w głąb polany, podparła się o jedno z drzew, by poprawić buta. Przedmiot, który trzymała w dłoni - nic specjalnie ciekawego, bo była to po prostu szyszka, identyczna jak ta, jaką wygrała kiedyś u goblina - wrzuciła przy okazji do dziupli.
Miała na sobie mundur i widoczną odznakę. Różdżkę – pod ręką, by jej nie zgubić, i móc szybko po nią sięgnąć. W kieszeniach czuła ciężar fiolek eliksirów, które dostarczyła Nora. Wodziła spojrzeniem pośród ludzi, kiedy od razu wraz z początkiem sabatu wędrowała na stanowisko w pobliżu ogniska. (Atreus pewnie nie ucieszyłby się wiedząc, że wybrała je, bo uznała je za najbardziej ryzykowne, i nie chciała posyłać tam ani brata, ani żadnej kuzynki, ani Heather… Jakby w swej naiwności wierzyła, że będzie tu jakiekolwiek bezpieczne miejsce.) Nie podchodziła do straganów, nie interesowała się łakociami ani towarami – choć parę z nich chętnie by pewnie w innych okolicznościach obejrzała - bo wszak nie była tutaj towarzysko.
Dzisiaj trzeba było być czujnym. Ustawiła się mniej więcej tam, gdzie nie rozklejono taśmy.
Rozejrzała się, wodząc spojrzeniem pomiędzy ludźmi…
!patrole4
Gdyby nie głęboko zakorzeniona lojalność wobec Dumbledore’a, naprawdę zaczęłaby obwieszać okolicę plakatami ostrzegawczymi. Musiał mieć jakiś powodów. Musiała wierzyć, że ma jakiś powód. Dlatego minę miała spokojną, a na widok znajomych twarzy zmuszała się do uśmiechu, zamiast podchodzić do tych ludzi i sugerować, by Beltaine świętowali gdzieś indziej.
Zanim weszła w głąb polany, podparła się o jedno z drzew, by poprawić buta. Przedmiot, który trzymała w dłoni - nic specjalnie ciekawego, bo była to po prostu szyszka, identyczna jak ta, jaką wygrała kiedyś u goblina - wrzuciła przy okazji do dziupli.
Miała na sobie mundur i widoczną odznakę. Różdżkę – pod ręką, by jej nie zgubić, i móc szybko po nią sięgnąć. W kieszeniach czuła ciężar fiolek eliksirów, które dostarczyła Nora. Wodziła spojrzeniem pośród ludzi, kiedy od razu wraz z początkiem sabatu wędrowała na stanowisko w pobliżu ogniska. (Atreus pewnie nie ucieszyłby się wiedząc, że wybrała je, bo uznała je za najbardziej ryzykowne, i nie chciała posyłać tam ani brata, ani żadnej kuzynki, ani Heather… Jakby w swej naiwności wierzyła, że będzie tu jakiekolwiek bezpieczne miejsce.) Nie podchodziła do straganów, nie interesowała się łakociami ani towarami – choć parę z nich chętnie by pewnie w innych okolicznościach obejrzała - bo wszak nie była tutaj towarzysko.
Dzisiaj trzeba było być czujnym. Ustawiła się mniej więcej tam, gdzie nie rozklejono taśmy.
Rozejrzała się, wodząc spojrzeniem pomiędzy ludźmi…
!patrole4
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.