— Na Kilimandżaro jest śnieg — powiedział, chociaż w sumie nie wiedział dlaczego to powiedział. Pamiętał, że kiedyś w jakiejś wyjątkowo wyszukanej książce kucharskiej, którą ukradł z mugolskiego antykwariatu, był opisany wstęp o tym, że już w starożytności jadano sorbety i były one właśnie sprowadzane rzekami w formie brył lodu, z tamtych terenów. Uważał, że to jakiś gówniany pomysł i oczywisty wyzysk klasy robotniczej, ale przepis na syrop do kruszonego lodu akurat był zajebisty, więc nie zamierzał narzekać na gówniane traktowanie ludzi pracy przez burżuazję. Pieśń stara jak świat.
Lewis pisnął wysoko jak dziewczyna.
Zrobiłby tak bez względu na to, czy byłby w żeńskiej czy w męskiej formie, ale damskie struny głosowe uwydatniły pisk paniki, podczas upadku i bliskiego kontaktu z ziemią i nagrobkami. Normalnie by nie narzekał na to, że spadła na niego ładna dziewczyna, ale kurwa mać, cmentarz to nie bardzo romantyczna lokacja, na dodatek z psem? Wszyscy BUM-owce to świnie i basta! Nawet jak to takie urocze prosiaczki, że tylko założyć kapelusik i kokardkę.
— Ała, kurwa — burknął Lewis. czując, jak jakiś nagrobek uznał, że się nie przesunie i wbijał mu się w dupę swoją kanciastą formą. Nawet gdyby chodził do Munga, to w życiu by się tam nie pojawił ze stłuczoną kością ogonową, i tłumaczył, że zbił sobie tyłek na nagrobku. Na Merlina, jaka siara. Dobrze, że do Munga nie chodził.
— Chyba lepiej będzie, jak będziemy chodzić gęsiego, jeszcze sobie buzię rozbijesz — powiedział, próbując wygrzebać się spod Hestii. Dobrze, że był babą i mógł udawać, że to nie on, bo jakby ktoś go zauważył, to kurwa mać, miałby przesrane. Ale nikt go nie zauważy, bo go tu nie ma. Jest mirażem, to jego ładniejsza kuzynka, wiadomo.