— Lewis McKinnon, kucharz w Rejwachu — wskazał na szyld wiszący nad ich głowami. — Rzuciłem jakiś czas temu, wolałbym, żeby tak zostało. Albo, ja wyleczę ciebie z tej przypadłości, zobaczysz jak wspaniale mieć takie wolne od smrodu kubki smakowe.
Nie wyglądał na specjalnie wkurzonego, że może być inaczej, ale w głowie kalkulował, ile będzie kosztować go powrót do nałogu i czy Changowie dadzą się namówić na tańszy tytoń w zamian za jakieś drobne usługi kateringowe do ich palarni lub innego typu przysługi. Miał nadzieję, że tak będzie, chociaż może jeden papieros...
— Wiesz co, słuchaj, hmm. Zróbmy tak. Poczekaj tutaj — spojrzał na stary, bardzo kiepski zegarek na swoim nadgarstku, którego pasek był wyraźnie już poprzecierany, ale ogólnie całe urządzenie było bardzo zadbane. Żadnych rysek na szkiełku, dobrze nakręcony i schludny. Po prostu stary. Jak ubranie Lewisa, jak jego buty, noszące ślady miłości. Miał tylko dwie pary, trampki na co dzień i buciory, jak dzisiaj, gdy temperatury zaczynały spadać.
— Trzy minut. No, może pięć. Muszę się szybko aportować, kupić papryki, znają mnie tam więc... Kurwa. Nie znają mnie, jestem tobą. Pięć, pięć minut.
I się aportował z cichym pyk.
Dokładnie dwie minuty później, pojawił się ponownie, z naręczem papryk, nasypanych z górką do papierowej torby.
— Od dzisiaj ty chodzisz na zakupy dla Rejwachu. Pani Crikkett ma do ciebie słabość — powiedział z zadyszką, próbując utrzymać torbę w rękach. — Wchodzimy, nie odmroź mi tyłka. Aha i wcale nie zapomniałem papryk.
Kopnął butem drzwi w to specjalne miejsce, które po tylu razach zapamiętało magicznie jego odcisk i otwierało progi Rejwachu dla swojego kucharza. Wobec innych to nie działało więc albo były to jego nieświadome złodziejskie sztuczki albo rzeczywiście stał się z Rejwachem jednym, w podziękowaniu za to, że jego dania nie są już z Magimixa. Przynajmniej w większości.