To nie była pierwsza tego typu wizyta, którą przeprowadziła Deirdre w ciągu tego dnia, ani tygodnia. Właściwie większość pacjentów szukała jakiegoś wyśnionego remedium, które ukrywał przed społecznością św. Munga. Mieli kilku pacjentów, którzy święcie wierzyli, że dym i popiół był spiskiem wytwórców magimedykamentów, którzy chcą sprzedać jak najwięcej eliksirów i są w spisku z uzdrowicielami. Malfoyówna mocno wątpiła, aby skorzystali ze skierowania do Lecznicy Dusz.
Pokiwała głową, zapisując w karcie Victorii wszystko, co mówiła.
— Rozumiem. Posłucham teraz pani płuc — powiedziała i wstała z miejsca. Wyminęła biurko i pacjentkę i podeszła do małego zlewu. Wtedy też chrząknęła i ponownie skierowała słowa do panny Lestrange. Zrezygnowała na sekundę z mycia rąk i zaciągnęła parawan, który oddzielał wejście i drzwi od pacjentki, w razie gdyby ktoś nagle wszedł do pomieszczenia. — Proszę rozebrać się. To znaczy. Górną część, bieliznę może pani pozostawić.
Przez chwilę patrzyła krytycznie na parawan, wyraźnie zabrany z salki dziecięcej, z uroczym smokami, elfami, pufkami (albo pierdzipuszkami, Deirdre nie była pewna przez obrazkową formę rysunku, absolutnie anatomicznie niepoprawną, Pufki nie mają różowego umaszczenia, a pierdzipuszki takich wielkich oczu) i groteskowo ślicznymi gumochłonami. Zaraz jednak wróciła do szorowania dłoni, zapewniając pacjentce trochę prywatności w pozbywaniu się odzieży do badania.
Otworzyła kurek. Namoczyła dłonie. Wzięła mydło. Wnętrza dłoni o siebie. Sto lat, sto lat, niech żyje żyje nam. Grzbiety dłoni. Sto lat, sto lat, niech żyje żyje nam. Przestrzenie między palcami i palce. Jeszcze raz, jeszcze raz, niech żyje, żyje nam, niech żyje nam! Kciuki, najpierw prawy, później lewy. Sto lat, sto lat, niech żyje żyje nam. Opuszki palców i paznokcie. Sto lat, sto lat, niech żyje żyje nam. Nadgarstki. Sto lat, sto lat, niech żyje żyje nam. Zamknęła kurek.
Przestrzeń owionęła chwilowo woń mocnego alkoholu, gdy Deirdre otworzyła korek buteleczki i nalała jej zawartość czystą, wygotowaną szmatkę. Szmatką wytarła mosiężną trąbkę i stanęła przy Victorii.
— Przyłożę cylinder do pani klatki piersiowej z przodu i z tyłu. Cylinder jest zimny — oznajmiła. To była prosta część. Wiedziała mniej więcej, czego się spodziewać, ale chciała wykluczyć znajome powikłania po wdychaniu pożaru, zanim (prawdopodobnie) zawyrokuje, że kobiecie dolega to samo, co innym, pokłosie Spalonej Nocy.
Przewaga: Leczenie
Zwada: Nerwica Natręctw