21.02.2026, 23:49 ✶
W tym jednym aspekcie nie do końca zgadzał się z przyjaciółką. Opinie ludzi z mieszkaniami wyposażonymi w złote klamki liczyły się, a kilka wprawnie napisanych artykułów mogłoby zmienić opinie krążące po salonach w pewnych kwestiach. Erik wolałby, tylko aby jego nazwisko padało wówczas jak najrzadziej. Walczenie jednocześnie z prasą i angielską socjetą mogłoby naprawdę go wykończyć.
— Jest to pewne pocieszenie. Jeśli jesteśmy tylko tematem zastępczym, który ma odwrócić uwagę ludzi od faktycznych problemów, to może wystarczy poczekać, aż miasto na nowo przebudzi się do życia. Może na Samhain zamiast Śmierciożerców pojawią się duchy, które zdejmą spodnie paru starym dziadkom z Wizengamotu na emeryturze i prasa będzie miała nową używkę — skomentował, przez dłuższą chwilę ciesząc się tą iście mało prawdopodobną perspektywą.
Uśmiechnął się lekko.
— Widzę, że w kimś obudził się duch rewolucjonistki. W sumie, to drugi raz, w ciągu ostatnich lat — rzucił, mimowolnie wracając myślami do dnia, kiedy skierowała go na spotkanie z Patrickiem.
Ugh, chwilami dostawał ciarek żenady, że wówczas nie traktował słów Brenny poważniej, gdy okazało się, że wylądowała w Zakonie jeszcze przed nim. Zdecydowanie mógłby jej słuchać nieco uważnie; w sumie już zaczął. Ostatnimi czasy był bardziej niż chętny do tego, aby wspierać siostrę we wszelkiego rodzaju przedsięwzięciach bez większego wahania. Nie uważał się za wszechwiedzącego, a Brenna... Cóż, zawsze była lepiej zorganizowana od niego. Miała lepszy instynkt, a jej realizm okazał się dużo lepszą odpowiedzią na obecne problemy niż wiara, że wszystko się jakoś ułoży samo w związku z atakami Śmierciożerców.
— Nie docenia mnie pani, panno Figg — odparł, celując w nią drewnianą łyżką. — Po tylu latach mój organizm jest doskonale przygotowany na takie wyzwania. Jedyne, co mogłoby mnie pokonać, to jakieś ciasto pistacjowe z dużą ilością lukru. — Słodycze o smaku pistacji były dla niego zbyt mdłe na dłuższą metę, a lukrem... Lukrem zawsze potrafił się cały pokleić. — A nawet na takie wypadki mam tajną broń. — Zerknął dyskretnie na lewo, potem na prawo i znowu na lewo. — Brenna Longbottom.
Skinął powoli głową. Już od dłuższego czasu głowił się nad tym, jak w ogóle podejść do organizacji tego wydarzenia. Mała kolacja w gronie najbliższych? Większe przyjęcie? Wynajęcie lokalu w Londynie? Wiedział jedno: ekstrawagancka impreza z pompą nie wchodziła w grę. Arista Black wylądowałaby z zachwytu na oddziale intensywnej terapii w Szpitalu św. Munga, że może pokazać, jak się bawią Longbottomowie, gdy stolica wstaje z kolan po pożarach i przygotowuje się do nadejścia zimy. Nie miał zamiaru niczego ułatwiać prasie.
— Coś się wymyśli — odparł wymijająco, gdy nawiązała do jego urodzin. Doznał jednocześnie drobnego deja vu, bo zaledwie kilka dni wcześniej rozmawiał o tym z Millie na weselu Yaxleyów. — Zastanawiam się nad łodzią. Od kilku miesięcy jest zacumowana w przystani, więc można by było ją jakoś wykorzystać. Tyle że jest dość mała, więc mogłaby nie pomieścić zbyt dużej ilości ludzi, gdyby lista gości się rozrosła. — Wypuścił głośno powietrze z ust. — Mógłbym ją przeparkować gdzieś poza miasto. Może znaleźć jakiś zespół pomostów, okryć to wszystko zaklęciami antymugolskimi i nie wiem, zorganizować coś kameralnego.
Nawet nie wiedział, czemu dalej opłacał miejsce w porcie. Odkąd pokazał Ersę Norze, w trakcie lata zjawił się na pokładzie niespełna kilka razy i to raczej po to, aby upewnić się, że nikt jej nie ukradł, niż po to, aby faktycznie cieszyć się z odnowienia jej. Łatwiej byłoby ją po prostu sprzedać, pomyślał z przekąsem, jednak zaraz odsunął od siebie tę myśl. To byłoby nieco lekkomyślne. Jacht mógł stać odłogiem w Londynie, ale niewykluczone, że przyda się jakoś Zakonowi. Zwłaszcza teraz, gdy doszło do zmian wewnątrz organizacji. Kto wie, czy Ersa mogła pomóc bojówce, jeśli pojawi się jakieś wyjątkowe zlecenie od Albusa.
— Jest to pewne pocieszenie. Jeśli jesteśmy tylko tematem zastępczym, który ma odwrócić uwagę ludzi od faktycznych problemów, to może wystarczy poczekać, aż miasto na nowo przebudzi się do życia. Może na Samhain zamiast Śmierciożerców pojawią się duchy, które zdejmą spodnie paru starym dziadkom z Wizengamotu na emeryturze i prasa będzie miała nową używkę — skomentował, przez dłuższą chwilę ciesząc się tą iście mało prawdopodobną perspektywą.
Uśmiechnął się lekko.
— Widzę, że w kimś obudził się duch rewolucjonistki. W sumie, to drugi raz, w ciągu ostatnich lat — rzucił, mimowolnie wracając myślami do dnia, kiedy skierowała go na spotkanie z Patrickiem.
Ugh, chwilami dostawał ciarek żenady, że wówczas nie traktował słów Brenny poważniej, gdy okazało się, że wylądowała w Zakonie jeszcze przed nim. Zdecydowanie mógłby jej słuchać nieco uważnie; w sumie już zaczął. Ostatnimi czasy był bardziej niż chętny do tego, aby wspierać siostrę we wszelkiego rodzaju przedsięwzięciach bez większego wahania. Nie uważał się za wszechwiedzącego, a Brenna... Cóż, zawsze była lepiej zorganizowana od niego. Miała lepszy instynkt, a jej realizm okazał się dużo lepszą odpowiedzią na obecne problemy niż wiara, że wszystko się jakoś ułoży samo w związku z atakami Śmierciożerców.
— Nie docenia mnie pani, panno Figg — odparł, celując w nią drewnianą łyżką. — Po tylu latach mój organizm jest doskonale przygotowany na takie wyzwania. Jedyne, co mogłoby mnie pokonać, to jakieś ciasto pistacjowe z dużą ilością lukru. — Słodycze o smaku pistacji były dla niego zbyt mdłe na dłuższą metę, a lukrem... Lukrem zawsze potrafił się cały pokleić. — A nawet na takie wypadki mam tajną broń. — Zerknął dyskretnie na lewo, potem na prawo i znowu na lewo. — Brenna Longbottom.
Skinął powoli głową. Już od dłuższego czasu głowił się nad tym, jak w ogóle podejść do organizacji tego wydarzenia. Mała kolacja w gronie najbliższych? Większe przyjęcie? Wynajęcie lokalu w Londynie? Wiedział jedno: ekstrawagancka impreza z pompą nie wchodziła w grę. Arista Black wylądowałaby z zachwytu na oddziale intensywnej terapii w Szpitalu św. Munga, że może pokazać, jak się bawią Longbottomowie, gdy stolica wstaje z kolan po pożarach i przygotowuje się do nadejścia zimy. Nie miał zamiaru niczego ułatwiać prasie.
— Coś się wymyśli — odparł wymijająco, gdy nawiązała do jego urodzin. Doznał jednocześnie drobnego deja vu, bo zaledwie kilka dni wcześniej rozmawiał o tym z Millie na weselu Yaxleyów. — Zastanawiam się nad łodzią. Od kilku miesięcy jest zacumowana w przystani, więc można by było ją jakoś wykorzystać. Tyle że jest dość mała, więc mogłaby nie pomieścić zbyt dużej ilości ludzi, gdyby lista gości się rozrosła. — Wypuścił głośno powietrze z ust. — Mógłbym ją przeparkować gdzieś poza miasto. Może znaleźć jakiś zespół pomostów, okryć to wszystko zaklęciami antymugolskimi i nie wiem, zorganizować coś kameralnego.
Nawet nie wiedział, czemu dalej opłacał miejsce w porcie. Odkąd pokazał Ersę Norze, w trakcie lata zjawił się na pokładzie niespełna kilka razy i to raczej po to, aby upewnić się, że nikt jej nie ukradł, niż po to, aby faktycznie cieszyć się z odnowienia jej. Łatwiej byłoby ją po prostu sprzedać, pomyślał z przekąsem, jednak zaraz odsunął od siebie tę myśl. To byłoby nieco lekkomyślne. Jacht mógł stać odłogiem w Londynie, ale niewykluczone, że przyda się jakoś Zakonowi. Zwłaszcza teraz, gdy doszło do zmian wewnątrz organizacji. Kto wie, czy Ersa mogła pomóc bojówce, jeśli pojawi się jakieś wyjątkowe zlecenie od Albusa.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞