22.02.2026, 19:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2026, 19:43 przez Bard Beedle.)
Niektórzy rodzili się z zimną krwią, której nie mogła zagrzać w żyłach żadna pożoga. Nawet tak ogromna jak ta, która ogarnęła Londyn podczas Spalonej Nocy. Stojąca przed tobą kobieta, Morpheusie, nie bała się ognia. Jej włosy, niegdyś płomiennorude, z wiekiem utraciły na intensywności koloru, jak przygaszone ognisko, które ktoś zasypał popiołem. Jak wiele takich ognisk płonęło w Anglii na przestrzeni wieków? Ognisk zasypanych popiołami czarownic, które na nich spłonęły. Czy nic nie zapamiętałeś z lekcji historii, Morpheusie? Czy wpatrzony w przyszłość, zapomniałeś o przeszłości? Czarodzieje zawsze płonęli na stosach. Nie jesteś pierwszym.
Nie będziesz ostatnim.
Oczy kobiety nieustannie przesuwały się po twojej twarzy, choć sama trwała nieruchomo w miejscu. Wydawała się niewzruszona twoimi słowami.
Zamrugała gwałtownie, wytrącona na chwilę ze swego rytmu. Przed oczami stanęły jen odcienie fioletu przetykane niebieskościami. Odkryła, że jesteś człowiekiem na swój sposób uduchowionym. Nieco dziecinnym w tym uduchowieniu, a jednak obdarzonym przenikliwością właściwą starcom. Trudno powiedzieć, czy właśnie tego się po tobie spodziewała, a jednak, jej spojrzenie przestało błądzić po kątach. Być może przypomniałeś jej o kimś, kogo kiedyś kochała. A może po prostu zbyt rzadko dało się teraz dostrzec niebieski. Nawet w aurach dzieci.
Nie przeszkadzało jej, że przy twoim biurku nie było krzesła. Stała wciąż jak na baczność, ze sztywno wyprostowanymi plecami. Nie przeszkadzał jej także twój beznamiętny ton. A jeżeli przeszkadzał, cóż, nie dała tego po sobie poznać. Można było się jedynie domyślać, przez co przeszła, żeby znaleźć się na tym stanowisku w tak młodym wieku. Wyglądała jak gdyby dopiero co opuściła mury Hogwartu, ale przecież musiała być starsza. Skąd niby brało się u niej to opanowanie? Wielu mogłoby zazdrościć jej powściągliwości. Cień irytacji, który przemknął przez jej twarz, nie mógłby zostać zauważonym przez nikogo, kto nie byłby obdarzony szczególnie wyczuloną percepcją. Ale ty zawsze dostrzegałeś więcej niż inni, prawda? Zobaczyłeś więc jej irytację. Zimny błysk w oku, który natychmiast zgasł, niby iskra z żaru dogasającego ogniska.
Pocałowane przez ogień, tak mówili o rudowłosych czarownicach, czyż nie?
Gdy się poruszała, robiła to z nerwową gracją. Starannie wymierzonym ruchem sięgnęła w stronę stosu podań. Pewnie wyciągnęła te z samego spodu. Zaprezentowała ci wypełniony własnoręcznie dokument, opatrzony kilkoma pieczątkami z napisem: "PILNE". Ach. A więc była pierwsza w kolejce. Po prostu nie mogła pozwolić sobie na to, żeby czekać dłużej. Cóż za sprawy odciągały cię od spełnienia zlecenia skarbówki, Morpheusie? Wiesz przecież, co mówią. Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki! Jakoś wywinąłeś się tej pierwszej, więc musisz widocznie zmierzyć się z drugą alternatywą.
– Nie wątpię w powagę pańskich obowiązków – odpowiedziała sztywno sekretarka Anastazji, spuściwszy nagle wzrok na czubki swoich butów. – Obawiam się jednak, że teraz jest odpowiednim momentem. – Zamrugała. – Bo jak nie teraz, to kiedy?
Nie będziesz ostatnim.
Oczy kobiety nieustannie przesuwały się po twojej twarzy, choć sama trwała nieruchomo w miejscu. Wydawała się niewzruszona twoimi słowami.
Odczyt aury, rzut na percepcję.
Rzut PO 1d100 - 79
Sukces!
Sukces!
Zamrugała gwałtownie, wytrącona na chwilę ze swego rytmu. Przed oczami stanęły jen odcienie fioletu przetykane niebieskościami. Odkryła, że jesteś człowiekiem na swój sposób uduchowionym. Nieco dziecinnym w tym uduchowieniu, a jednak obdarzonym przenikliwością właściwą starcom. Trudno powiedzieć, czy właśnie tego się po tobie spodziewała, a jednak, jej spojrzenie przestało błądzić po kątach. Być może przypomniałeś jej o kimś, kogo kiedyś kochała. A może po prostu zbyt rzadko dało się teraz dostrzec niebieski. Nawet w aurach dzieci.
Nie przeszkadzało jej, że przy twoim biurku nie było krzesła. Stała wciąż jak na baczność, ze sztywno wyprostowanymi plecami. Nie przeszkadzał jej także twój beznamiętny ton. A jeżeli przeszkadzał, cóż, nie dała tego po sobie poznać. Można było się jedynie domyślać, przez co przeszła, żeby znaleźć się na tym stanowisku w tak młodym wieku. Wyglądała jak gdyby dopiero co opuściła mury Hogwartu, ale przecież musiała być starsza. Skąd niby brało się u niej to opanowanie? Wielu mogłoby zazdrościć jej powściągliwości. Cień irytacji, który przemknął przez jej twarz, nie mógłby zostać zauważonym przez nikogo, kto nie byłby obdarzony szczególnie wyczuloną percepcją. Ale ty zawsze dostrzegałeś więcej niż inni, prawda? Zobaczyłeś więc jej irytację. Zimny błysk w oku, który natychmiast zgasł, niby iskra z żaru dogasającego ogniska.
Pocałowane przez ogień, tak mówili o rudowłosych czarownicach, czyż nie?
Gdy się poruszała, robiła to z nerwową gracją. Starannie wymierzonym ruchem sięgnęła w stronę stosu podań. Pewnie wyciągnęła te z samego spodu. Zaprezentowała ci wypełniony własnoręcznie dokument, opatrzony kilkoma pieczątkami z napisem: "PILNE". Ach. A więc była pierwsza w kolejce. Po prostu nie mogła pozwolić sobie na to, żeby czekać dłużej. Cóż za sprawy odciągały cię od spełnienia zlecenia skarbówki, Morpheusie? Wiesz przecież, co mówią. Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki! Jakoś wywinąłeś się tej pierwszej, więc musisz widocznie zmierzyć się z drugą alternatywą.
– Nie wątpię w powagę pańskich obowiązków – odpowiedziała sztywno sekretarka Anastazji, spuściwszy nagle wzrok na czubki swoich butów. – Obawiam się jednak, że teraz jest odpowiednim momentem. – Zamrugała. – Bo jak nie teraz, to kiedy?