12.03.2023, 03:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2023, 18:55 przez Ulysses Rookwood.)
Ulysses skupił poważne spojrzenie na Danielle Longbottom. Och, doskonale wiedział, że nie musiał tu zostawać. Tak, jak wiedział, że nie musiał opowiadać się po żadnej stronie rozpoczynających się właśnie na ulicy zamieszek. A jednak gotów był to zrobić, byle spędzić trochę czasu z młodą uzdrowicielką.
Wzruszył ramionami. Starał się, żeby ten gest nie był aż tak sztywny, jak musiał być, ale i tak wyszedł mu jak wyszedł. Lata praktyki i pilnowania się, tego nie dało się ot tak porzucić, tylko po to, by zrobić na kimś lepsze wrażenie, niż się robiło normalnie. A normalnie Ulysses nigdy nie robił przesadnie dobrego wrażenia.
- Nie przejmuj się. Wystarczą mi proste instrukcje – powiedział, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, z czym się to naprawdę wiązało.
Nie przez lenistwo Ulysses zazwyczaj korzystał z magii, ale przez chorobę. Wypowiedziane cicho zaklęcie, połączone z machnięciem różdżką, sprawiało, że często udawało mu się uniknąć szufladkowania przyszłych, mało znaczących dla kogoś z boku, ale dla niego bardzo irytujących wspomnień. Wspomnień, które później musiałby pamiętać przez całe lata, bo przez tkwiącą w jego umyśle chorobę, nie był w stanie wyrzucić ich ze swojej głowy.
Milczał, póki nie nadeszła pora do działania. W tym milczeniu obserwował marsz, znowu odruchowo prostując się i nieruchomiejąc, jakby ruchy miały w jakiś osobliwy sposób w czymś mu przeszkodzić. W głowie jednak ciągle myślał o zaciskających się na jego nadgarstku palcach. Jak to z boku musiało wyglądać? Jakby go powstrzymywała przed rzuceniem się na maszerujących charłaków? Wcale nie chciał się na nich rzucać. Jakby przyszli tu oboje, żeby popatrzeć? Jak para? Jak para znajomych?
- Druga zasada. Dobrze sobie poradzisz i zachowasz spokój – wtrącił, spoglądając na towarzyszącą mu czarownicę. Źle to zabrzmiało, jakby ją pouczał a właśnie próbował jej okazać wsparcie.
Zresztą, była uzdrowicielką. Pewnie stykała się już z podobnymi przypadkami i wiedziała, jak powinna się zachować. Wcale nie musiał się odzywać.
Powiódł wzrokiem ku leżącej na ziemi kobiecie. I nagle dotarło do niego, co właściwie obiecał Danielle. Obiecał pomoc. Taką pomoc, która wiązała się z mnóstwem dotykania innych, zupełnie obcych mu ludzi; spoglądania na ich twarze, wsłuchiwania się w oddechy, zapachy…
Na myśl o tym wszystkim pobladł, choć może mogło to wyglądać tak, jakby przejął się losem rannej.
Ruszył za Danielle w jej stronę, gdzieś w połowie drogi wyprzedzając czarownicę i robiąc za coś, w rodzaju tarana, który miał obronić i uzdrowicielkę, i ranną przed tłumem. Przez to co właśnie próbował robić, narażał się na całą masę przypadkowych dotyków, zapachów, głosów i dźwięków.
- Pomożemy pani – rzucił w stronę rannej, nie sprawdzając nawet czy ta była przytomna. Nie brzmiał przyjaźnie. Raczej jak zestresowany robot, który właśnie próbował udawać żywego człowieka i konsekwencje tego udawania trochę go oszołomiły. Ale jakby na przekór samemu sobie, postarał się jeszcze bardziej odgrodzić ją od tłumu, a potem – zbierając na siebie większość popchnięć i szturchnięć, złapać ją i wyciągnąć z tłumu. Zaraz po tym, gotów był odnieść ją na wskazane przez Danielle miejsce. Starał się nie myśleć o każdym bodźcu, który w tym momencie napierał na jego umysł. A ich był cały ogrom, aż kręciło mu się w głowie.
Wzruszył ramionami. Starał się, żeby ten gest nie był aż tak sztywny, jak musiał być, ale i tak wyszedł mu jak wyszedł. Lata praktyki i pilnowania się, tego nie dało się ot tak porzucić, tylko po to, by zrobić na kimś lepsze wrażenie, niż się robiło normalnie. A normalnie Ulysses nigdy nie robił przesadnie dobrego wrażenia.
- Nie przejmuj się. Wystarczą mi proste instrukcje – powiedział, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, z czym się to naprawdę wiązało.
Nie przez lenistwo Ulysses zazwyczaj korzystał z magii, ale przez chorobę. Wypowiedziane cicho zaklęcie, połączone z machnięciem różdżką, sprawiało, że często udawało mu się uniknąć szufladkowania przyszłych, mało znaczących dla kogoś z boku, ale dla niego bardzo irytujących wspomnień. Wspomnień, które później musiałby pamiętać przez całe lata, bo przez tkwiącą w jego umyśle chorobę, nie był w stanie wyrzucić ich ze swojej głowy.
Milczał, póki nie nadeszła pora do działania. W tym milczeniu obserwował marsz, znowu odruchowo prostując się i nieruchomiejąc, jakby ruchy miały w jakiś osobliwy sposób w czymś mu przeszkodzić. W głowie jednak ciągle myślał o zaciskających się na jego nadgarstku palcach. Jak to z boku musiało wyglądać? Jakby go powstrzymywała przed rzuceniem się na maszerujących charłaków? Wcale nie chciał się na nich rzucać. Jakby przyszli tu oboje, żeby popatrzeć? Jak para? Jak para znajomych?
- Druga zasada. Dobrze sobie poradzisz i zachowasz spokój – wtrącił, spoglądając na towarzyszącą mu czarownicę. Źle to zabrzmiało, jakby ją pouczał a właśnie próbował jej okazać wsparcie.
Zresztą, była uzdrowicielką. Pewnie stykała się już z podobnymi przypadkami i wiedziała, jak powinna się zachować. Wcale nie musiał się odzywać.
Powiódł wzrokiem ku leżącej na ziemi kobiecie. I nagle dotarło do niego, co właściwie obiecał Danielle. Obiecał pomoc. Taką pomoc, która wiązała się z mnóstwem dotykania innych, zupełnie obcych mu ludzi; spoglądania na ich twarze, wsłuchiwania się w oddechy, zapachy…
Na myśl o tym wszystkim pobladł, choć może mogło to wyglądać tak, jakby przejął się losem rannej.
Ruszył za Danielle w jej stronę, gdzieś w połowie drogi wyprzedzając czarownicę i robiąc za coś, w rodzaju tarana, który miał obronić i uzdrowicielkę, i ranną przed tłumem. Przez to co właśnie próbował robić, narażał się na całą masę przypadkowych dotyków, zapachów, głosów i dźwięków.
- Pomożemy pani – rzucił w stronę rannej, nie sprawdzając nawet czy ta była przytomna. Nie brzmiał przyjaźnie. Raczej jak zestresowany robot, który właśnie próbował udawać żywego człowieka i konsekwencje tego udawania trochę go oszołomiły. Ale jakby na przekór samemu sobie, postarał się jeszcze bardziej odgrodzić ją od tłumu, a potem – zbierając na siebie większość popchnięć i szturchnięć, złapać ją i wyciągnąć z tłumu. Zaraz po tym, gotów był odnieść ją na wskazane przez Danielle miejsce. Starał się nie myśleć o każdym bodźcu, który w tym momencie napierał na jego umysł. A ich był cały ogrom, aż kręciło mu się w głowie.