27.02.2026, 18:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2026, 19:30 przez Jahnavi Pandit.)
Jahnavi nigdy nie żartowała ze spraw ważnych i ważniejszych. A w takim konkursie gargulkowym nie chodziło nawet o zwycięstwo. Chodziło o pomoc. Tak wielu ludzi wciąż nie miało dachu nad głową po pożarach. Widywała ich gdy nosiła jedzenie do tymczasowego schronienia. Widywała na ulicy, w cieniach drzew, gdzie chronili się przed zimnym, jesiennym wiatrem. Choć robiła co mogła… To nadal było zbyt mało; nawet gdyby pracowała od świtu do zmierzchu i całą noc, choćby oddała ostatnie sari z ramion komuś, kto mógłby to wszystko sprzedać i nakarmić rodzinę, skala ofiar była po prostu zbyt duża. a takie zagranie w gargulki nic ich nie kosztowało. A potem mogliby się napić angielskiej herbaty w Dziurawym Kotle czy nawet zjeść te całe brytyjskie fish and chips, które czasem ludzie jedli (ona nigdy nie próbowała!) i to też poszłoby na potrzebujących! Ważna inicjatywa. Oddałaby mu oczywiście za obiad, bo przecież nie chodziło o to, żeby biednego Alexandra z ostatniego knuta oskubać! Oczywiście, że nie. Miała trochę oszczędności. Troszkę. Tyle ile potrzeba, bo resztę już oddała jednej starszej czarownicy, która w pożarach straciła i syna i męża. Nawet myślała żeby staruszkę przenieść do siebie, ale tu nie było na tyle miejsca, a i kobiecie było mimo wszystko wygodniej we własnym domu. Więc ją po prostu odwiedzała jak mogła i kupowała co starsza pani potrzebowała.
Widziała, że Alexander myśli długo i długo - nawet doskonale wiedziała o czym. Skąd oni wezmą kulki. A oto Navi w całej swojej pudrowo różowej chwale wyciągnęła przywiązany do sari woreczek kolorowych kulek.
Nie były pierwszej młodości, podobnie zresztą jak i miękka, pozszywana w kilku miejscach sakiewka. Gargulki co prawda względnie przypominały te, którymi w dzieciństwie grało się na hogwarckich korytarzach, ale te pochodziły wprost spod pracowitych rąk Hermana Shacklebolta - jej wuja i pierwszego oficera na statku ojca. Jahnavi dostała swój własny wielobarwny komplet gargulków, gdy miała niecałe dwanaście lat i pewnego razu podpatrzyła jak grają w to portowe łobuzy. Matka zaoferowała, że kupi jej jakieś ładne, ale wuj tylko machnął ręką, splunął i powiedział coś o tandetnej robocie. A potem sam z siebie zabrał się do pracy przy wycinaniu, malowaniu i zaklinaniu zabawki dla ulubionej bratanicy. Musiała mu obiecać, że będzie o nie dbać jak o skarb, więc Jahnavi dbała. Przez kolejne dziewiętnaście lat raz do roku, zwłaszcza w rocznicę śmierci wuja, którego pewnej sierpniowej nocy pożarł wąż morski, czarownica wyciągała gargulki z woreczka, odnawiała czar i rozgrywała jedną, jedyną partię. Sama z sobą. Ale w myślach zawsze miała przy sobie wuja, co sprawiało, że czuła się odrobinę mniej samotna.
Przesunęła woreczek w stronę Mulcibera, samej sięgając po pierścień, który położył na stole. Obracała go przez chwilę w dłoniach. Nie mówiła mu chyba, że znalazła dwa równie ciężkie na dnie jeziora. O jeden nawet musiała walczyć z upartym małym druzgotkiem, który dopiero połaskotany oddał nową zabawkę. Ale… wciąż się wahała czy je Alexandrowi oddać. Nie dlatego, że nie chciała. Absolutnie nie dlatego, że chciałaby je zachować dla siebie! Ale wiedziała, że zapomnienie tamtej nocy było trudne. Pamięć o niej - jeszcze trudniejsza. Więc sygnety leżały oczyszczone i zamknięte w małym pudełeczku na dnie jednej z szuflach szuflad. Wepchnęła je daleko, zupełnie jakby ciężar tajemnicy miał przez to zelżeć.
Pierścień był niemal… ciepły, co było dość zaskakujące, bo przecież metal przewodził pamięć, nigdy uczucia. Przez chwilę przyglądała się misternym detalom, żłobieniom i naraz przyszło jej na myśl, że ktoś Alexandra musi bardzo mocno kochać skoro podarował mu taki skarb. Koncepcja kupowania samemu sobie biżuterii była jej szalenie obca. Widywała przecież na targu mężów, którzy obdarzali ukochane błyskotkami i zmyślnymi prezencikami; ojców, którzy rozpieszczali swoje córki wybierając najładniejsze dziewczęce kolczyki. Ona sama… Spuściła na nowo wzrok na pierścień, unikając spojrzenia na swoje spłowiałe, metalowe bransoletki. No tak, minęło trochę czasu odkąd ojciec umarł.
Runy otulały miękko postać lwa. Lwa, którego widziała tamtej straszliwej nocy w wodzie. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że przyjdzie jej gościć Alexandra w swoich własnych progach. Ale przecież ich życia rządziły się prawami o wiele starszymi niż pierścienie, w których wykuto legendy.
Odłożyła na stół drogocenną ozdobę, starając się jej nie uszkodzić. Tego brakowało! Zamiast tego sięgnęła przez stół, by pochwycić go za dłoń. Nie komentowała. Nigdy nie komentowała drżenia jego ciała. Nie była też zainteresowana jakoś szczególnie resztą biżuterii - równie pięknej co ta, którą znalazła na dnie i co leżała na stole.
Zamiast tego spojrzała na wnętrze jego dłoni. Przyjrzała się liniom - każdy wróżbita je znał, każdy z nich wiedział gdzie szukać odpowiedzi na swoje pytania. Lubowali się w przewidywaniu jak wiele lat im pozostało na ziemskim padole, jak gdyby nie wyśmiewali tym woli bogów. Rozplątywali linie miłości, przeznaczenia i wiedzy. Ale nie patrzyła dziś na nie. Szukała znaków pośród drobnych zmarszczek i załamań chłodnej skóry.
Co ciekawego wypatrzy w łapie Alexandra?
Linie układały się w symbole, po których sunęła własnymi opuszkami palców. Pobrzękiwanie bransoletek było jedynym otaczającym ich przez chwilę dźwiękiem. Widziała w jego dłoniach ul. A to dobrze. To znaczyło, że cokolwiek sobie wymyślą, na pewno się powiedzie! Turniej gargulkowy! Och ten turniej! To będzie bułka z masłem! A nawet jeśli nie zajmą żadnego wysokiego miejsca to cóż z tego! Najważniejsze, że wszystko będzie dobrze!
Bo przecież musiało być dobrze - Bogowie nigdy nie kłamali tych którzy pokładali wiarę w ich wizje przyszłości.. Zacisnęła radośnie palce na jego dłoni, tak żeby nie mógł wetknąć nosa w nie swoją wróżbę. Musiał czekać. Bo przecież inaczej się nie spełni!
Splotła ich palce razem. Podniosła się ze swojego miejsca przy stole. Zgarnęła ze stołu też i lwi pierścień, bo przecież potrzebowali cochonnet do grania. Ale nie mogli uczyć się tutaj! Tu nie było miejsca! Na podłodze też straszliwie ryzykowali - szansa, że jakaś gęś podejmie się sabotażu była większa niż mniejsza. Więc zostało tylko jedno bezpieczne miejsce. Z bezgłośnym śmiechem pociągnęła go za sobą do sypialni, przepuszczając w drzwiach tylko kapitana Nemo, który oblizywał się po pożarciu absolutnie wszystkiego co Alex miał w kieszeni płaszcza.
Widziała, że Alexander myśli długo i długo - nawet doskonale wiedziała o czym. Skąd oni wezmą kulki. A oto Navi w całej swojej pudrowo różowej chwale wyciągnęła przywiązany do sari woreczek kolorowych kulek.
Nie były pierwszej młodości, podobnie zresztą jak i miękka, pozszywana w kilku miejscach sakiewka. Gargulki co prawda względnie przypominały te, którymi w dzieciństwie grało się na hogwarckich korytarzach, ale te pochodziły wprost spod pracowitych rąk Hermana Shacklebolta - jej wuja i pierwszego oficera na statku ojca. Jahnavi dostała swój własny wielobarwny komplet gargulków, gdy miała niecałe dwanaście lat i pewnego razu podpatrzyła jak grają w to portowe łobuzy. Matka zaoferowała, że kupi jej jakieś ładne, ale wuj tylko machnął ręką, splunął i powiedział coś o tandetnej robocie. A potem sam z siebie zabrał się do pracy przy wycinaniu, malowaniu i zaklinaniu zabawki dla ulubionej bratanicy. Musiała mu obiecać, że będzie o nie dbać jak o skarb, więc Jahnavi dbała. Przez kolejne dziewiętnaście lat raz do roku, zwłaszcza w rocznicę śmierci wuja, którego pewnej sierpniowej nocy pożarł wąż morski, czarownica wyciągała gargulki z woreczka, odnawiała czar i rozgrywała jedną, jedyną partię. Sama z sobą. Ale w myślach zawsze miała przy sobie wuja, co sprawiało, że czuła się odrobinę mniej samotna.
Przesunęła woreczek w stronę Mulcibera, samej sięgając po pierścień, który położył na stole. Obracała go przez chwilę w dłoniach. Nie mówiła mu chyba, że znalazła dwa równie ciężkie na dnie jeziora. O jeden nawet musiała walczyć z upartym małym druzgotkiem, który dopiero połaskotany oddał nową zabawkę. Ale… wciąż się wahała czy je Alexandrowi oddać. Nie dlatego, że nie chciała. Absolutnie nie dlatego, że chciałaby je zachować dla siebie! Ale wiedziała, że zapomnienie tamtej nocy było trudne. Pamięć o niej - jeszcze trudniejsza. Więc sygnety leżały oczyszczone i zamknięte w małym pudełeczku na dnie jednej z szuflach szuflad. Wepchnęła je daleko, zupełnie jakby ciężar tajemnicy miał przez to zelżeć.
Pierścień był niemal… ciepły, co było dość zaskakujące, bo przecież metal przewodził pamięć, nigdy uczucia. Przez chwilę przyglądała się misternym detalom, żłobieniom i naraz przyszło jej na myśl, że ktoś Alexandra musi bardzo mocno kochać skoro podarował mu taki skarb. Koncepcja kupowania samemu sobie biżuterii była jej szalenie obca. Widywała przecież na targu mężów, którzy obdarzali ukochane błyskotkami i zmyślnymi prezencikami; ojców, którzy rozpieszczali swoje córki wybierając najładniejsze dziewczęce kolczyki. Ona sama… Spuściła na nowo wzrok na pierścień, unikając spojrzenia na swoje spłowiałe, metalowe bransoletki. No tak, minęło trochę czasu odkąd ojciec umarł.
Runy otulały miękko postać lwa. Lwa, którego widziała tamtej straszliwej nocy w wodzie. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że przyjdzie jej gościć Alexandra w swoich własnych progach. Ale przecież ich życia rządziły się prawami o wiele starszymi niż pierścienie, w których wykuto legendy.
Odłożyła na stół drogocenną ozdobę, starając się jej nie uszkodzić. Tego brakowało! Zamiast tego sięgnęła przez stół, by pochwycić go za dłoń. Nie komentowała. Nigdy nie komentowała drżenia jego ciała. Nie była też zainteresowana jakoś szczególnie resztą biżuterii - równie pięknej co ta, którą znalazła na dnie i co leżała na stole.
Zamiast tego spojrzała na wnętrze jego dłoni. Przyjrzała się liniom - każdy wróżbita je znał, każdy z nich wiedział gdzie szukać odpowiedzi na swoje pytania. Lubowali się w przewidywaniu jak wiele lat im pozostało na ziemskim padole, jak gdyby nie wyśmiewali tym woli bogów. Rozplątywali linie miłości, przeznaczenia i wiedzy. Ale nie patrzyła dziś na nie. Szukała znaków pośród drobnych zmarszczek i załamań chłodnej skóry.
Co ciekawego wypatrzy w łapie Alexandra?
Rzut Symbol 1d258 - 227
Ul (pomyślność)
Ul (pomyślność)
Linie układały się w symbole, po których sunęła własnymi opuszkami palców. Pobrzękiwanie bransoletek było jedynym otaczającym ich przez chwilę dźwiękiem. Widziała w jego dłoniach ul. A to dobrze. To znaczyło, że cokolwiek sobie wymyślą, na pewno się powiedzie! Turniej gargulkowy! Och ten turniej! To będzie bułka z masłem! A nawet jeśli nie zajmą żadnego wysokiego miejsca to cóż z tego! Najważniejsze, że wszystko będzie dobrze!
Bo przecież musiało być dobrze - Bogowie nigdy nie kłamali tych którzy pokładali wiarę w ich wizje przyszłości.. Zacisnęła radośnie palce na jego dłoni, tak żeby nie mógł wetknąć nosa w nie swoją wróżbę. Musiał czekać. Bo przecież inaczej się nie spełni!
Splotła ich palce razem. Podniosła się ze swojego miejsca przy stole. Zgarnęła ze stołu też i lwi pierścień, bo przecież potrzebowali cochonnet do grania. Ale nie mogli uczyć się tutaj! Tu nie było miejsca! Na podłodze też straszliwie ryzykowali - szansa, że jakaś gęś podejmie się sabotażu była większa niż mniejsza. Więc zostało tylko jedno bezpieczne miejsce. Z bezgłośnym śmiechem pociągnęła go za sobą do sypialni, przepuszczając w drzwiach tylko kapitana Nemo, który oblizywał się po pożarciu absolutnie wszystkiego co Alex miał w kieszeni płaszcza.
Koniec sesji