Rozmawiali właśnie z państwem Blishwick, którzy musieli wyrazić swoje zadowolenie z zaproszenia i przedstawienia, jakie miało tutaj miejsce. Przedstawili się sobie, mimo posiadanych masek, aby wiedzieli, kto z kim rozmawia. Przewinęły się tematy o poezji i polityce. Laurenca cieszyło, że goście są zadowoleni a dzięki temu, reputacja ich rodziny była uchowana. Nie to co Blackowie, sobą zaprezentowali na własnym weselu. Nie uniknione były także tematy ostatnich wydarzeń, dotyczące ataków na Londyn i pobliskie mu miasteczka. Dyskusja zahaczyła także o polityczne i zdrowotne kwestie działania. Laurence jednak z jakiegoś nieopisanego w sobie powodu, musiał ich przeprosić i zaczął się powoli oddalać. Zaniepokojona tym zachowaniem Carmille, postanowiła mu towarzyszyć. Bo przecież, nie miał powodu teraz bez wyjaśnienia kierować się do wyjścia.
- Laurence. Gdzie idziesz?Zapytała, dogoniwszy go.
- Muszę wyjść na chwilę.
Nie wyjaśnił dlaczego. Opuścił salę balową i skierował się do wyjścia na zewnątrz, jakby potrzebował poczuć świeże powietrze.
- Wszystko w porządku?
Dopytała z troską panna Delacour.
Lestrange nie potrafił jednak tego wyjaśnić. I jedynie stał patrząc na nią, wewnętrznie czując się dziwnie. A przynajmniej czuł się tak w środku, jakby potrzebował odetchnąć świeżym powietrzem i podziwiać przyrodę.
- Przejdźmy się.
Zaproponował, użyczając jej ramienia. Ujęła je, a on w trakcie spaceru, zdjął maskę, która go tak denerwowała cały czas.
- Poczułem jakąś dziwną potrzebę wyjścia na zewnątrz.
Wyjaśnił jak potrafił. Zaczynając zastanawiać się, czy to nie jest działanie jakiegoś napoju, składnika w jedzeniu. Eliksiru niespodzianki nie wypił.
- Może wypiłeś coś…
Carmille zaczęła szukać rozwiązania niepokojącego zachowania swojego partnera. Choć na szczęście, samo wyjście na zewnątrz do niepokojących nie powinno należeć. To tylko spacer, zaczerpnięcie świeżego powietrza.
Laurence w pewnym momencie przerwał spacer i skrzywił się, czując jakby coś ciągnęło go we włosach. Coś wplątywało się nerwowo. Sięgnął ręką aby odpędzić, ale to się trzymało.
- Coś mi się uczepiło włosów.
Rzucił słowami, a jego ukochana spojrzała na tyle ile mogła.
- Schyl się.
Poleciła. Więc to uczynił. A na jej ustach zawitał uśmiech.
- Chyba masz elfa we włosach.
Odparła, próbując mu pomóc go odpędzić. Ten odleciał ale nie na dobre. Latał przed twarzą Laurenca marudząc ze zdenerwowania. Machając swoimi rączkami i dobijając się do ubrania. Jakby chciał szarpać. Póki co wyprostowany czarodziej nic na razie nie robił.
- Czy one nie są z tych.. przyjaznych?
Zapytała Delacour.
- Obawiam się, że obecność czarnych róż w tym ogrodzie może mieć na nie różny wpływ.
Wyjaśnił, jedyne co mu przychodziło na myśl. Może ten elf coś od niego chciał, może potrzebował na kogoś wyrzucić swój gniew. Albo też być dzisiaj nerwowym psotnikiem.
- Mam nadzieję, że nie jest to także jeden z gości… Laurence.
Zasugerowała Carmille z lekkim uśmiechem, jak tak obserwowała walkę małego elfa. To mogło być trafne, o czym Lestrange nie pomyślał. Przecież ktoś mógł wypić eliksir niespodziankę i przemienić się w elfa. Przecież kilkoro widzieli na sali balowej. A że na zewnątrz było ciemno i jedyne światło pozostawało w latarniach, nie sposób było przyjrzeć się lepiej małego stworzeniu. O tym Laurence nie pomyślał w tej chwili. Ale ukochana mogła mieć rację. Taka teoria mogła być także wytłumaczalna zachowania elfa.
- Przepraszam, jeżeli cokolwiek z mojej czy rodziny strony, sprawiło ten gniew. Jeżeli to efekt eliksiru, szybko minie.
Próbował załagodzić sytuację... przepraszając elfa, nie wiedząc w sumie za co. Czy poskutkowało? Nie wiadomo. Nerwowy elf dał jednak spokój i oddalił się. Jedyne co zdążył nabroić, to nieład na głowie Lestrange’a. Laurece przeczesał dłonią włosy, starając się jakoś doprowadzić fryzurę do porządku.
- Wracajmy do środka.
Poprosił.
- Już masz dość spaceru?
Zapytała z uśmiechem.
On jedynie westchnął, nie odpowiedział, tylko użyczył ramienia zachęcając do powrotu. Tak, miał już dość podziwiania przyrody. Jeżeli to wciąż w nim siedziało, walczył z tym wewnątrz, aby zostać do końca w rezydencji. Rzucił jeszcze okiem na otoczenie, gdzie przeważnie rosły czarne róże i altanę w oddali. Czy tam nic nie dzieje się niepokojącego.
Ostatecznie weszli do środka, wracając na salę balową.
Posiadana Maska