01.03.2026, 14:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.03.2026, 14:39 przez Alexander Mulciber.)
Podczas podobnych uroczystości zwykł wybierać towarzystwo kobiet obytych, które swobodnie nawigowały między toczącymi się wokół nich konwersacjami. Lorien. Eden. A nawet Loretta. Wszystkie manipulowały ludźmi, z lepszym lub gorszym skutkiem, i jego wciągając w gry, w które grali wszyscy wokół.
On nie grał. On stał obok, i patrzył. Bo Alexander zawsze patrzył. Obserwował z bezpiecznej odległości, prześlizgując się przez tłumy dzięki charyźmie swoich towarzyszek. To one brały na siebie ciężar podtrzymania rozmowy za cenę wsparcia ciężaru własnego ciała na jego ramieniu. A jednak w jego obecności były tylko przedłużeniem jego spojrzenia. Tak jak on był tylko podłożem pod ich ambicje, twardym gruntem, na jakim mogły budować swoją wyższość. Kobiety potrzebowały mężczyzn, mężczyźni potrzebowali kobiet. Wiedział, jakie wrażenie wywierały. Widział jakie on wywierał wrażenie przy nich. Wszystko to były pozory, ale pozory były przecież wszystkim dla kogoś, kto żył tak, jak żyli oni. Pozory wystarczały. Wystarczały przez bardzo, bardzo długi czas. Miał się za samotnika, ale nie stronił od ludzi tak, jak robił to William Lestrange. Nie chciał być postrzeganym za zniewieściałego naukowca. Jeszcze gorszym byłoby jednak zostać uznanym za tępego ignoranta. Nie miał przecież charyzmy Morpheusa ani daru wymowy Vakela, których, jak wcześniej zauważył jakby mimochodem, posadzono na ceremonii weselnej obok siebie. Jak gdyby od niechcenia, zerknął w ich stronę. Potem dopiero podążył za spojrzeniem Helloise, wałęsającym się po terenie wesela, żeby upewnić się, że to nie za nimi wodzi oczami. Jakież to dziecinne, zganił sam siebie w duchu. Ale przecież nie mógł się powstrzymać przed sprawdzeniem, czy to nie głowa Morpheusa Longbottoma przyciągnęła jej uwagę. Czy to nie głos Vakela Dolohova wybił się ponad jego własny. Może jeszcze było w nim jednak coś z mężczyzny, pomyślał, odwróciwszy wzrok od Helloise. A może wszystko to był tylko narcyzm proroka, który chciał, żeby jego odmienność została uznana za świętą, a nie za śmieszną.
To, że przyszedł tutaj właśnie z Helloise było ze strony Alexandra świadomym wyborem. Teraz już wiedział, kim jest. Wiedział, jaki będzie jego początek, i jaki będzie jego koniec. Czemu miałby dłużej udawać kogoś, kim nie był? Był wieszczem, wróżbitą, wszędzie widzącym znaki. Był prorokiem, który żył swoimi proroctwami. Był dziwakiem, którego bawiły dziwactwa, jakie współdzielili.
A dzisiaj...
Chciał coś przeżyć, i chciał przeżyć to z nią.
"Zdaje się, że mówiliśmy o ojcach, nie olbrzymach."
– A co za różnica? – zaśmiał się lekko. Chyba naprawdę wierzyć musiał, że nie ma żadnej. Być może mówiło to coś o Alexandrze. Coś, co obecne było również w lekkim przygarbieniu jego pleców, w sposobie, w jakim zawsze mówił o powrotach do domu. Nie pociągnął jednak tego tematu. Po cóż miałby to robić? Byli na weselu, nie na stypie. Mogło mu przecież równie dobrze chodzić o to, że zarówno ojcowie jak i olbrzymi od dawna byli już umarłymi. Wciąż zresztą obracał w głowie słowa kazania Helloise. Tak, zaczął nazywać jej wykłady kazaniami, chociaż bliższe były traktatom teologicznym. Wykładała mu uparcie swoją wiarę, przekonana, że zdoła ją ukorzenić. Nie mógł odmówić jej upartości. "Korzystając z magii, stwarzasz i przemieniasz materię jak Bogini. Stajesz się Jej przedłużeniem, boskim płomieniem roznieconym w zwierzęciu…"
– Więc... Wszyscy są dla ciebie po trosze bogami – zauważył, nawiązując do jej kazania. – Czemu więc świat jest niedoskonałym, skoro boskość pozostaje na wyciągnięcie ręki? "Trzeba słuchać", mówisz. Czy w takim razie wszyscy jesteśmy głusi? Czy jesteśmy ślepi, czy po prostu osunęliśmy się w ciemność? Uważasz, że mogę widzieć, bo oświetliłaś mi, grzesznikowi, drogę płomiennym zarzewiem swej wiary? – Oczywiście, że ją prowokował. Daleko było temu jednak od kpiny, bo oczy zaświeciły mu się radośnie, jak gdyby... Odnajdował przyjemność w tej dyskusji. A przyjemność była czymś rzadkim w życiu Alexandra. Cóż z tego, że w żadnych bogów nie wierzył. Tak jak wielu było ludzi, tak wiele idei boskości. Odrzucał łatwo te bezrefleksyjne, będące wynikiem przyzwyczajenia. Gotów był jednak wysłuchać tych, które wypływały z żarliwego przekonania, ugruntowane godzinami rozważań.
– A skorośmy weszli w temat magii żywiołów. Wolałbym być wiatrem aniżeli płomieniem – stwierdził łagodnie. – Nie dlatego, że wiatr może ogień zgasić albo rozdmuchać w pożogę, która strawi świat. Nie... To wszystko dlatego, że wiatr sprawia, że płomienie tańczą. Więc zatańcz ze mną, Helloise – poprosił, a może zażądał, nachyliwszy się nagle, aby obrócić jej twarz w swoją stronę. Zmuszając ją, żeby spojrzała na niego. Uśmiechnął się do niej lekko, gdy otarł kciukiem resztkę miodu, która spłynęła jej po brodzie. A potem po prostu ją puścił. – Ważne przecież, żeby dawać się nosić naturalnym siłom, nie występować przeciw nim – powtórzył bezczelnie słowa Helloise, dokładnie w taki sam sposób, w jaki cytował wcześniej Homera.
Podnosząc się z miejsca, wyciągnął w jej stronę dłoń, jak kazał obyczaj.
– Zatańcz ze mną – powtórzył. Cicho, głosem pozbawionym przekory, lecz przesiąkłym znajomą melancholią. Wspomnieniem tańca, którego odtańczyli w przestrzeni jej chaty. Melancholia nigdy Alexandra tak do końca nie opuszczała, a jednak jego monotonnia zdawała się w pewnych momentach wręcz kojącą. Złączył ich dłonie, żeby razem mogli przemknąć chyłkiem na obrzeża wesela. Dalej od muzyki, bliżej natury. Pozwolił jej wybrać miejsce, w którym mogli się obrócić w rytmie wesela, pociągnąć się w dal.
Zanim jednak przyciągnął ją do siebie, jak gdyby nigdy nic podniósł wolną rękę do ust, żeby oblizać palce ze słodkiego miodu.
On nie grał. On stał obok, i patrzył. Bo Alexander zawsze patrzył. Obserwował z bezpiecznej odległości, prześlizgując się przez tłumy dzięki charyźmie swoich towarzyszek. To one brały na siebie ciężar podtrzymania rozmowy za cenę wsparcia ciężaru własnego ciała na jego ramieniu. A jednak w jego obecności były tylko przedłużeniem jego spojrzenia. Tak jak on był tylko podłożem pod ich ambicje, twardym gruntem, na jakim mogły budować swoją wyższość. Kobiety potrzebowały mężczyzn, mężczyźni potrzebowali kobiet. Wiedział, jakie wrażenie wywierały. Widział jakie on wywierał wrażenie przy nich. Wszystko to były pozory, ale pozory były przecież wszystkim dla kogoś, kto żył tak, jak żyli oni. Pozory wystarczały. Wystarczały przez bardzo, bardzo długi czas. Miał się za samotnika, ale nie stronił od ludzi tak, jak robił to William Lestrange. Nie chciał być postrzeganym za zniewieściałego naukowca. Jeszcze gorszym byłoby jednak zostać uznanym za tępego ignoranta. Nie miał przecież charyzmy Morpheusa ani daru wymowy Vakela, których, jak wcześniej zauważył jakby mimochodem, posadzono na ceremonii weselnej obok siebie. Jak gdyby od niechcenia, zerknął w ich stronę. Potem dopiero podążył za spojrzeniem Helloise, wałęsającym się po terenie wesela, żeby upewnić się, że to nie za nimi wodzi oczami. Jakież to dziecinne, zganił sam siebie w duchu. Ale przecież nie mógł się powstrzymać przed sprawdzeniem, czy to nie głowa Morpheusa Longbottoma przyciągnęła jej uwagę. Czy to nie głos Vakela Dolohova wybił się ponad jego własny. Może jeszcze było w nim jednak coś z mężczyzny, pomyślał, odwróciwszy wzrok od Helloise. A może wszystko to był tylko narcyzm proroka, który chciał, żeby jego odmienność została uznana za świętą, a nie za śmieszną.
percepcja (4k), niciowidzenie – Morpheus i Vakel
Rzut PO 1d100 - 38
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut PO 1d100 - 14
Akcja nieudana
Akcja nieudana
To, że przyszedł tutaj właśnie z Helloise było ze strony Alexandra świadomym wyborem. Teraz już wiedział, kim jest. Wiedział, jaki będzie jego początek, i jaki będzie jego koniec. Czemu miałby dłużej udawać kogoś, kim nie był? Był wieszczem, wróżbitą, wszędzie widzącym znaki. Był prorokiem, który żył swoimi proroctwami. Był dziwakiem, którego bawiły dziwactwa, jakie współdzielili.
A dzisiaj...
Chciał coś przeżyć, i chciał przeżyć to z nią.
"Zdaje się, że mówiliśmy o ojcach, nie olbrzymach."
– A co za różnica? – zaśmiał się lekko. Chyba naprawdę wierzyć musiał, że nie ma żadnej. Być może mówiło to coś o Alexandrze. Coś, co obecne było również w lekkim przygarbieniu jego pleców, w sposobie, w jakim zawsze mówił o powrotach do domu. Nie pociągnął jednak tego tematu. Po cóż miałby to robić? Byli na weselu, nie na stypie. Mogło mu przecież równie dobrze chodzić o to, że zarówno ojcowie jak i olbrzymi od dawna byli już umarłymi. Wciąż zresztą obracał w głowie słowa kazania Helloise. Tak, zaczął nazywać jej wykłady kazaniami, chociaż bliższe były traktatom teologicznym. Wykładała mu uparcie swoją wiarę, przekonana, że zdoła ją ukorzenić. Nie mógł odmówić jej upartości. "Korzystając z magii, stwarzasz i przemieniasz materię jak Bogini. Stajesz się Jej przedłużeniem, boskim płomieniem roznieconym w zwierzęciu…"
– Więc... Wszyscy są dla ciebie po trosze bogami – zauważył, nawiązując do jej kazania. – Czemu więc świat jest niedoskonałym, skoro boskość pozostaje na wyciągnięcie ręki? "Trzeba słuchać", mówisz. Czy w takim razie wszyscy jesteśmy głusi? Czy jesteśmy ślepi, czy po prostu osunęliśmy się w ciemność? Uważasz, że mogę widzieć, bo oświetliłaś mi, grzesznikowi, drogę płomiennym zarzewiem swej wiary? – Oczywiście, że ją prowokował. Daleko było temu jednak od kpiny, bo oczy zaświeciły mu się radośnie, jak gdyby... Odnajdował przyjemność w tej dyskusji. A przyjemność była czymś rzadkim w życiu Alexandra. Cóż z tego, że w żadnych bogów nie wierzył. Tak jak wielu było ludzi, tak wiele idei boskości. Odrzucał łatwo te bezrefleksyjne, będące wynikiem przyzwyczajenia. Gotów był jednak wysłuchać tych, które wypływały z żarliwego przekonania, ugruntowane godzinami rozważań.
– A skorośmy weszli w temat magii żywiołów. Wolałbym być wiatrem aniżeli płomieniem – stwierdził łagodnie. – Nie dlatego, że wiatr może ogień zgasić albo rozdmuchać w pożogę, która strawi świat. Nie... To wszystko dlatego, że wiatr sprawia, że płomienie tańczą. Więc zatańcz ze mną, Helloise – poprosił, a może zażądał, nachyliwszy się nagle, aby obrócić jej twarz w swoją stronę. Zmuszając ją, żeby spojrzała na niego. Uśmiechnął się do niej lekko, gdy otarł kciukiem resztkę miodu, która spłynęła jej po brodzie. A potem po prostu ją puścił. – Ważne przecież, żeby dawać się nosić naturalnym siłom, nie występować przeciw nim – powtórzył bezczelnie słowa Helloise, dokładnie w taki sam sposób, w jaki cytował wcześniej Homera.
Podnosząc się z miejsca, wyciągnął w jej stronę dłoń, jak kazał obyczaj.
– Zatańcz ze mną – powtórzył. Cicho, głosem pozbawionym przekory, lecz przesiąkłym znajomą melancholią. Wspomnieniem tańca, którego odtańczyli w przestrzeni jej chaty. Melancholia nigdy Alexandra tak do końca nie opuszczała, a jednak jego monotonnia zdawała się w pewnych momentach wręcz kojącą. Złączył ich dłonie, żeby razem mogli przemknąć chyłkiem na obrzeża wesela. Dalej od muzyki, bliżej natury. Pozwolił jej wybrać miejsce, w którym mogli się obrócić w rytmie wesela, pociągnąć się w dal.
Zanim jednak przyciągnął ją do siebie, jak gdyby nigdy nic podniósł wolną rękę do ust, żeby oblizać palce ze słodkiego miodu.
Postacie opuszczają sesję
Helloise Rowle & Alexander Mulciber
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat