Jej dłonie były chłodne. Nie jak lód. Lód jest czysty, uczciwy w swojej zimie, lecz jak coś, co dawno zapomniało, czym jest ciepło. Kiedy ujęła jego twarz, nie cofnął się. Nie dlatego, że się nie bał. Bał się tak bardzo, że ciało odmówiło mu ruchu. Różdżka kołysała się między jej palcami. Cis i róg bazyliszka. Dziedzictwo i przekleństwo. Patrzył na nią kątem oka i poczuł coś irracjonalnego, niemal dziecinnego. Lęk tak nagły, że przez moment zapomniał, iż już umarł. Śmierć nie uodparnia. Śmierć nie daje odwagi. Daje tylko pamięć bólu. Wystarczyłby jeden ruch nadgarstka. Jeden. I znów zapadłaby ciemność. Serce, to, które już nie powinno bić, zadrżało w nim jak spłoszone zwierzę. Przez ułamek sekundy zobaczył siebie z tamtej nocy: światło, które rozdarło powietrze, smak krwi w ustach, długie, przeciągłe sekundy, w których nie był już synem, tylko ciałem do ukarania. A przecież nie była to ta różdżka. Nie cis. Nie róg bazyliszka.
Zabiła go różdżką jego ukochanego. Ta myśl wróciła z taką siłą, że musiał zacisnąć zęby. Nie jej narzędzie go odesłało. Nie jej dziedzictwo. Zrobiła to obcą magią, wyrywając ją z dłoni chłopaka, którego miał czelność pokochać. Jakby chciała, żeby nawet w śmierci czuł winę. Jakby chciała, żeby ostatnie, co zobaczy, było dowodem zdrady. I teraz ta sama ręka trzymała inne drewno. Swoje. Rzekomo potężne. Rzekomo wybrane. A on, głupi i naiwny, przez lata wierzył, że to głos jest winny. “A kim bym była, gdyby nie on, moje kochanie?” Słowa wniknęły w niego powoli, jak zimno wsiąkające przez przemoczone ubranie. Nie było w nich wahania. Nie było wstydu. Nie było pragnienia uwolnienia. Była pewność. Nie chce być bez niego. To odkrycie nie przyszło gwałtownie. Nie rozdarło go jak zaklęcie. Złamało go powoli, jak wilgoć, która dzień po dniu podkopuje fundamenty domu. Cała jego misterna konstrukcja, że to nie ona, że to przodek, że to obce, zaczęła pękać. Jeśli głos nie jest więzieniem, lecz filarem, to kogo próbował bronić?
Może nikogo. Może ona wcale nie była ofiarą. W jego gardle wezbrała gorycz, gorzka jak popiół. Przez jedną niebezpieczną chwilę chciał powiedzieć wszystko. Wytknąć jej, że to nie głos ją wzmacniał, tylko usprawiedliwiał. Że gdyby naprawdę była tak wielka, jak wierzyła, wskrzesiłaby go bezbłędnie. Że to nie zły los, nie zakłócenie, nie przypadek uczynił go ghoulem. To ona. Bo cis nie jest drewnem dla każdego. Bo głóg nie wybiera dłoni niegodnych. Bo magia nie klęka przed ambicją. Chciał jej powiedzieć, że to nie praktyka zawiodła. Że od pierwszej drzazgi nie była tą, którą drewno uznało za właściwą. Że może to nie on był nie dość dobry, może to ona nie była wystarczająca. Ale nie powiedział. Bo nawet w tym rozpadzie, nawet z tą gorzką prawdą pod językiem, bał się bardziej jej utraty niż jej gniewu. Spojrzał w jej srebrzyste oczy. Były wyraźne. Nie było w nich mgły. To była ona. Taka, jaką wybrała być. - Byłabyś… sobą - powiedział w końcu cicho, głos miał chropawy, jakby przeszedł przez ogień. Słowo zawisło między nimi ciężkie jak wyrok. - Byłabyś kobietą, która nie potrzebuje szeptu, żeby wiedzieć, kim jest. - jego palce zadrżały, choć twarz starał się utrzymać w bezruchu. - Byłabyś matką, która nie musi zasłaniać się przodkiem, gdy podnosi różdżkę. Nie cofnął się. Nie tym razem. W powietrzu nadal unosił się zapach spalenizny. I po raz pierwszy od dawna Savaš nie był pewien, czy bardziej boi się jej różdżki, czy prawdy, którą właśnie wypowiedział.