03.03.2026, 01:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2026, 03:19 przez Astoria Avery.)
Serce nie zdążyło jeszcze zwolnić, dłonie nadal miała chłodne, a pod skórą pulsowało zmęczenie, które sprawiało, że świat wydawał się odrobinę zbyt ostry. Szelest krzewu nieopodal, jakby coś przecisnęło się przez róże zbyt ciężko jak na wiatr. Serce zaczęło walić w piersi z taką siłą, jakby próbowało wyrwać się na zewnątrz. To nie był już tylko jeden mężczyzna na ścieżce. To było wrażenie, że do niego ktoś dołącza. Że z drugiej strony ogrodu wyłania się drugi cień. Że są we dwoje. Że ją okrążają. Oczami wyobraźni wróciła do nocy pożaru i mugolaków próbujących ją zabić. To niemożliwe, żeby ktoś tu na nią czyhał, a jednak racjonalne myśli poddały się nieprzepracowanej traumie.
- Na brodę Merlina! - podskoczyła, odwracając się gwałtownie na tembr męskiego głosu. Charakterystyczny ciężar spółgłosek. Zbyt dobrze go znała, by pomylić z kimkolwiek innym. Sylwetka wciąż była obca przez maskę, ale ruchy były już znajome. Nie znajdowała się w zagrożeniu.
Wciągnęła powietrze głęboko, świadomie. Chłód nocy wypełnił jej płuca, piekąc lekko w gardle. Wypuściła je powoli, licząc w myślach, jakby chciała przekonać własne ciało, że zagrożenie minęło. Jeszcze raz. Wdech. Wydech. - Mógłbyś nie wyskakiwać zza krzaków i nie straszyć czarownic? - warknęła, unosząc wysoko podbródek. Puls powoli przestawał dudnić w skroniach. Teraz widziała go wyraźniej. Linia barków, sposób, w jaki stał nieco zbyt prosto, jakby w każdej chwili gotów był ruszyć naprzód. Maskę, która zamiast ukrywać, podkreślała jego surowość. Ogród odzyskiwał kontury. Posągi muz znów były tylko kamieniem. Liść na ścieżce tylko liściem. A mężczyzna, na którego wcześniej krzyczała? Ulotnił się jak cień. Ścieżka była cicha. Obróciła się powoli, badając ogród uważniej. Czy naprawdę ktoś tam był? Wszystko było zbyt wyraźne, zbyt cielesne, by mogło być wytworem wyobraźni. A jednak? Czy to możliwe, że zmęczony umysł zaczął podsuwać jej obrazy, których wcale nie było? Że półmrok ogrodu, gra świateł między liśćmi i kamieniem, wystarczyły, by stworzyć sylwetkę, która nigdy nie istniała? Oplotła się ramionami, nie tyle z chłodu, co z potrzeby ugruntowania się w czymś namacalnym. Materiał sukni pod palcami był realny. Żwirek pod podeszwą twardy. Zapach róż intensywny i prawdziwy.
- Nie wiem - odpowiedziała na pytanie z zawahaniem, bo miała wrażenie, że wcale nie było w porządku. Coś tu zdecydowanie nie grało. Uniósł się lekki podmuch wiatru, poruszając liść tak, że znów przesunął się o kilka cali po żwirze. Jakby ogród drwił z jej nadinterpretacji. - Zdaje się, że wyobraźnia płata mi figle ze zmęczenia.
W jej myślach nagle mignęło wspomnienie sprzed kilku minut - para, którą widziała w oddali, splecione dłonie, przytłumiony śmiech. A teraz Rodolphus wyłaniający się znikąd. Te kropki połączyły się w jej głowie zaskakująco szybko.
- Potajemna schadzka? - zapytała z przekąsem, ruchem głowy wskazując altanę w oddali. Nawet jeśli, to przecież nic jej to nie obchodziło. Mógł robić co i z kim chciał, to przecież nie o to chodzi. A właściwie o co? Była zdecydowanie zbyt zmęczona na analizę i jakiekolwiek wnioski. Chciała już po prostu wrócić do domu, ale najpierw musiała się uspokoić i skupić, żeby się przypadkiem nie rozszczepić przy teleportacji.
- Na brodę Merlina! - podskoczyła, odwracając się gwałtownie na tembr męskiego głosu. Charakterystyczny ciężar spółgłosek. Zbyt dobrze go znała, by pomylić z kimkolwiek innym. Sylwetka wciąż była obca przez maskę, ale ruchy były już znajome. Nie znajdowała się w zagrożeniu.
Wciągnęła powietrze głęboko, świadomie. Chłód nocy wypełnił jej płuca, piekąc lekko w gardle. Wypuściła je powoli, licząc w myślach, jakby chciała przekonać własne ciało, że zagrożenie minęło. Jeszcze raz. Wdech. Wydech. - Mógłbyś nie wyskakiwać zza krzaków i nie straszyć czarownic? - warknęła, unosząc wysoko podbródek. Puls powoli przestawał dudnić w skroniach. Teraz widziała go wyraźniej. Linia barków, sposób, w jaki stał nieco zbyt prosto, jakby w każdej chwili gotów był ruszyć naprzód. Maskę, która zamiast ukrywać, podkreślała jego surowość. Ogród odzyskiwał kontury. Posągi muz znów były tylko kamieniem. Liść na ścieżce tylko liściem. A mężczyzna, na którego wcześniej krzyczała? Ulotnił się jak cień. Ścieżka była cicha. Obróciła się powoli, badając ogród uważniej. Czy naprawdę ktoś tam był? Wszystko było zbyt wyraźne, zbyt cielesne, by mogło być wytworem wyobraźni. A jednak? Czy to możliwe, że zmęczony umysł zaczął podsuwać jej obrazy, których wcale nie było? Że półmrok ogrodu, gra świateł między liśćmi i kamieniem, wystarczyły, by stworzyć sylwetkę, która nigdy nie istniała? Oplotła się ramionami, nie tyle z chłodu, co z potrzeby ugruntowania się w czymś namacalnym. Materiał sukni pod palcami był realny. Żwirek pod podeszwą twardy. Zapach róż intensywny i prawdziwy.
- Nie wiem - odpowiedziała na pytanie z zawahaniem, bo miała wrażenie, że wcale nie było w porządku. Coś tu zdecydowanie nie grało. Uniósł się lekki podmuch wiatru, poruszając liść tak, że znów przesunął się o kilka cali po żwirze. Jakby ogród drwił z jej nadinterpretacji. - Zdaje się, że wyobraźnia płata mi figle ze zmęczenia.
W jej myślach nagle mignęło wspomnienie sprzed kilku minut - para, którą widziała w oddali, splecione dłonie, przytłumiony śmiech. A teraz Rodolphus wyłaniający się znikąd. Te kropki połączyły się w jej głowie zaskakująco szybko.
- Potajemna schadzka? - zapytała z przekąsem, ruchem głowy wskazując altanę w oddali. Nawet jeśli, to przecież nic jej to nie obchodziło. Mógł robić co i z kim chciał, to przecież nie o to chodzi. A właściwie o co? Była zdecydowanie zbyt zmęczona na analizę i jakiekolwiek wnioski. Chciała już po prostu wrócić do domu, ale najpierw musiała się uspokoić i skupić, żeby się przypadkiem nie rozszczepić przy teleportacji.
learn the rules
then break some
then break some