12.03.2023, 16:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.03.2023, 16:33 przez Mavelle Bones.)
Przyłożyła teatralnym gestem dłoń do piersi.
- Och, aż mnie serce zabolało. Więc mówisz, że to tylko dręczenie i nic więcej? – wygięła usta w podkówkę. Ale oczy się śmiały, a sama podkówka też nie należała do gestów wywołanych emocjami, z którymi się zwykle wiązała.
Fakt, uciekała najbardziej niemrawo. W zasadzie to wcale. Swą kuzynkę wszak uwielbiała i nie wyobrażała sobie, że mogłaby przed nią zwiewać, gdzie pieprz rośnie, nawet jeśli Brenna miałaby zagadać ją na śmierć.
Co nie uważała za możliwe, nie w odniesieniu do siebie samej.
- A to swoją drogą – zgodziła się z bladym uśmiechem na wargach. Inna sprawa, że niespowiadanie się z każdego punktu w planie dnia było czymś… naturalnym? Może i byli rodziną, co nie oznaczało, że każde musiało wiedzieć w każdej sekundzie, gdzie znajduje się drugie. I to w zasadzie odnosiło się do wszystkich relacji, nie tylko tych zamykających się w obrębie posiadłości rodziny Longbottom – … zagrożę wszystkim, że choćby się waliło i paliło, to mają czegoś takiego nie robić, bo potem przenicuję, jak przeszkodzą nam w ten sposób. I sami będą musieli to sprzątać – oznajmiła dość lekkim tonem. Po części żart, po części – no, mogłaby być do tego zdolna. Nie do dosłownego przenicowania, oczywiście, wszak Bones nie należała do grona jakichś psychopatów, żeby dokładnie tak postąpić, ale uprzedzenie, że wtedy i wtedy mają czas tylko dla siebie i koniec, kropka, nie wolno, bo przy okazji narazicie istnienie czarodziejskiego świata w tajemnicy?
To już prędzej.
Skoro zaś Bren zgodziła się na rewanż – po poderwaniu kamieni sama zaczęła rzucać zaklęcia, starając się, żeby tym razem wynik był lepszy niż poprzednio. Pierwszy miał zostać opleciony siecią i ściągnięty na dół, kolejny, podobnie jak Brenny – potraktowany drętwotą, a jeszcze następny? Chciała po prostu go przenieść. A raczej miotnąć w stronę innego głazu.
kształtowanie
zauroczenie
translokacja
Sieć oplotła pierwszy z celów i ściągnęła go na ziemię; promień trafił kamień, a ostatni… o, to było zaklęcie perfekcyjne w każdym calu: skała trafiła w inną skałę dokładnie w ten sposób, w jaki sobie zamierzyła Mavelle.
Kobieta uśmiechnęła się triumfalnie – w istocie druga runda należała do niej i wyraźnie się zrehabilitowała po sromotnej porażce w poprzedniej!
Wygląda na to, że tym razem zwycięstwo jest moje – stwierdziła oczywistą oczywistość. W punktowym ujęciu nadal przegrywała, bo choć teraz wyszło jej perfekcyjnie, to w poprzedniej rundzie chybiła aż dwa razy. Niemniej, można rzec, że osiągnęły teraz remis i był to w miarę satysfakcjonujący wynik, zwłaszcza że przed nimi był jeszcze… pojedynek.
- Oczywiście że tak – potwierdziła. Ćwiczenie celowania jako takiego było przydatne, niemniej problem był taki, że kamienie były tylko tym: kamieniami. Nie mogły uskakiwać, stawiać tarczy, kontratakować. A to można było ćwiczyć jedynie w pojedynku – Prawdę powiedziawszy, zdziwię się, jeśli po przemianie nie wyhoduję sobie dodatkowych nóg – przyznała. Patronus dość dobitnie świadczył, jakie zwierzę było kobiecie najbliższe, nie mówiąc już o węchu, jakim się szczyciła.
Pojedynek zdawał się trwać tyle co mrugnięcie okiem, choć w rzeczywistości był o wiele dłuższy. I choć był pozorowany, to nie tak, że Bones się do niego nie przykładała, wręcz przeciwnie.
Wyścig zwieńczył trening, niemniej nie oznaczało to, że mogły sobie już klapnąć i nic nie robić – psiaki dobrze wiedziały, że teraz nadeszła pora na ich spacer…
- Och, aż mnie serce zabolało. Więc mówisz, że to tylko dręczenie i nic więcej? – wygięła usta w podkówkę. Ale oczy się śmiały, a sama podkówka też nie należała do gestów wywołanych emocjami, z którymi się zwykle wiązała.
Fakt, uciekała najbardziej niemrawo. W zasadzie to wcale. Swą kuzynkę wszak uwielbiała i nie wyobrażała sobie, że mogłaby przed nią zwiewać, gdzie pieprz rośnie, nawet jeśli Brenna miałaby zagadać ją na śmierć.
Co nie uważała za możliwe, nie w odniesieniu do siebie samej.
- A to swoją drogą – zgodziła się z bladym uśmiechem na wargach. Inna sprawa, że niespowiadanie się z każdego punktu w planie dnia było czymś… naturalnym? Może i byli rodziną, co nie oznaczało, że każde musiało wiedzieć w każdej sekundzie, gdzie znajduje się drugie. I to w zasadzie odnosiło się do wszystkich relacji, nie tylko tych zamykających się w obrębie posiadłości rodziny Longbottom – … zagrożę wszystkim, że choćby się waliło i paliło, to mają czegoś takiego nie robić, bo potem przenicuję, jak przeszkodzą nam w ten sposób. I sami będą musieli to sprzątać – oznajmiła dość lekkim tonem. Po części żart, po części – no, mogłaby być do tego zdolna. Nie do dosłownego przenicowania, oczywiście, wszak Bones nie należała do grona jakichś psychopatów, żeby dokładnie tak postąpić, ale uprzedzenie, że wtedy i wtedy mają czas tylko dla siebie i koniec, kropka, nie wolno, bo przy okazji narazicie istnienie czarodziejskiego świata w tajemnicy?
To już prędzej.
Skoro zaś Bren zgodziła się na rewanż – po poderwaniu kamieni sama zaczęła rzucać zaklęcia, starając się, żeby tym razem wynik był lepszy niż poprzednio. Pierwszy miał zostać opleciony siecią i ściągnięty na dół, kolejny, podobnie jak Brenny – potraktowany drętwotą, a jeszcze następny? Chciała po prostu go przenieść. A raczej miotnąć w stronę innego głazu.
kształtowanie
Rzut Z 1d100 - 75
Sukces!
Sukces!
zauroczenie
Rzut N 1d100 - 64
Sukces!
Sukces!
translokacja
Rzut O 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
Krytyczny sukces!
Sieć oplotła pierwszy z celów i ściągnęła go na ziemię; promień trafił kamień, a ostatni… o, to było zaklęcie perfekcyjne w każdym calu: skała trafiła w inną skałę dokładnie w ten sposób, w jaki sobie zamierzyła Mavelle.
Kobieta uśmiechnęła się triumfalnie – w istocie druga runda należała do niej i wyraźnie się zrehabilitowała po sromotnej porażce w poprzedniej!
Wygląda na to, że tym razem zwycięstwo jest moje – stwierdziła oczywistą oczywistość. W punktowym ujęciu nadal przegrywała, bo choć teraz wyszło jej perfekcyjnie, to w poprzedniej rundzie chybiła aż dwa razy. Niemniej, można rzec, że osiągnęły teraz remis i był to w miarę satysfakcjonujący wynik, zwłaszcza że przed nimi był jeszcze… pojedynek.
- Oczywiście że tak – potwierdziła. Ćwiczenie celowania jako takiego było przydatne, niemniej problem był taki, że kamienie były tylko tym: kamieniami. Nie mogły uskakiwać, stawiać tarczy, kontratakować. A to można było ćwiczyć jedynie w pojedynku – Prawdę powiedziawszy, zdziwię się, jeśli po przemianie nie wyhoduję sobie dodatkowych nóg – przyznała. Patronus dość dobitnie świadczył, jakie zwierzę było kobiecie najbliższe, nie mówiąc już o węchu, jakim się szczyciła.
Pojedynek zdawał się trwać tyle co mrugnięcie okiem, choć w rzeczywistości był o wiele dłuższy. I choć był pozorowany, to nie tak, że Bones się do niego nie przykładała, wręcz przeciwnie.
Wyścig zwieńczył trening, niemniej nie oznaczało to, że mogły sobie już klapnąć i nic nie robić – psiaki dobrze wiedziały, że teraz nadeszła pora na ich spacer…
Koniec sesji