06.03.2026, 18:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2026, 18:36 przez Alexander Mulciber.)
Przez chwilę myślał, że jest w Grecji. Przez chwilę. Wiedział, że szybował na kruczych skrzydłach nad powierzchnią Morza Śródziemnego. Nawet gdy się już obudził, czuł bowiem na zeschniętych wargach wspomnienie słonego smaku jego fal, powracających w gwałtownym przyboju. Nie do niego należały jednak skrzydła, z piórami nasiąkłymi wodą. Nie do niego należały oczy kruka, przypominające wyłowione z dna bursztyny.
"Nic nie należy do ciebie", powiedziała mu nie tak dawno Lorien. W jego śnie mówiła po włosku, śmiejąc się smutno, gdy nie rozumiał.
Nigdy nie rozumiał.
Alexander usiadł na łóżku, próbując uspokoić oddech. Nasłuchiwał przez dłuższą chwilę odgłosów pogrążonego w śnie domostwa. Znał przecież wszystkie odgłosy Mulciber Manor. Wszyscy już spali. Przez chwilę zastanawiał się, czy za ścianą obok nie śpi też może Lorien, ale przypomniał sobie, że przecież nie wróci tej nocy. Ani następnej. Nie, Lorien latała na swych skrzydłach gdzie jej się żywnie podobało. Z nikim nie musiała się nimi przecież dzielić.
Drżącą ręką sięgnął po leżące przy łóżku czarne lusterko z wypolerowanego na błysk obsydianu. Wykonano je ze szkła wulkanicznego, którego bloki wykładały również ściany Departamentu Tajemnic. Lusterko leżało jak zawsze wierzchem do dołu. Obrócił je między palcami, zastanawiając się, czy tylko wyobraża sobie bijący od niego żar – wspomnienie gniewu wulkanów, których erupcja rozrywała niegdyś ziemię i niebo – czy ogrzał je może własnym ciałem: skała stęskniona była bowiem ciepła. Łatwiej było Alexandrowi znieść własne odbicie w jego przydymionej tafli, aniżeli w prawdziwym lustrze, wbudowanym w drzwi mosiężnej szafy, stojącej naprzeciw łóżka. Musiał wiedzieć, czy już się wybudził ze swego proroczego snu. Musiał wiedzieć, czy już się wybudził, czy wciąż jeszcze śni.
Ostrożnie przesunął lusterko, tak, aby obejrzeć swoje oczy.
Wciąż były niebieskie. Niebieskie, nie złote, uspokoił się, z ciężkim westchnieniem opadając z powrotem na poduszki. To już wolał, kiedy mu je tak po prostu wydziobywała. Odłożył lusterko na bok, tym razem wierzchem do góry. Nieważne, kto patrzył. Być może nie chciał być sam, nawet jeżeli potrzebował być sam. Zwlókł się jednak z łóżka, przecierając zmęczone oczy.
Wiedział, że dziś już nie zaśnie.
Zasiadł za zawalonym książkami biurkiem, aby skreślić wreszcie list do Peregrinusa, który zaczynał i porzucał już kilkanaście razy co najmniej, zawahawszy się, gdy wzrok jego padł na leżącą na szczycie stosu lektur Eneidę Wergiliusza. Włochy, przypomniał sobie, nie Grecja. A więc Eneasz, nie Odyseusz? Eneasz, kolejny tułaczy mąż walczący pod Troją. Eneasz, który osiedlił się w Italii, bo tę właśnie krainę przeznaczył mu Jowisz we władanie. Z jakiegoś powodu Alexander Mulciber i Mildred Moody patrzyli przecież w stronę italskiego wybrzeża. Z jakiegoś powodu Peregrinus Trelawney również patrzył. Co takiego zmusiło ich, aby wszyscy naraz zwrócili spojrzenia w tym właśnie kierunku?
Alexander otworzył Eneidę, automatycznie wertując kartki do miejsca, w którym pamiętał, że Eneasz spotyka Sybillę, kapłankę Apollona. "O! już koniec morskich trwóg, lecz cięższe na lądzie czekają", przeczytał. A potem pokręcił głową, i sięgnął po pióro.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat