07.03.2026, 03:33 ✶
Twarz mężczyzny wyłoniła się z półmroku ogrodu powoli, jak obraz, który najpierw jest tylko zbiorem cieni, a dopiero po chwili układa się w coś znajomego. Astoria przez moment tylko na niego patrzyła. Po tym szalonym wieczorze miło było dla odmiany zobaczyć czyjeś pełne oblicze, bez maski skrywającej detale.
Chłodne nocne powietrze powoli wypełniało jej płuca, wypierając resztki tamtej duszności, która jeszcze przed chwilą ściskała jej klatkę piersiową. Czuła, jak serce stopniowo zwalnia, choć wciąż uderzało trochę zbyt mocno, trochę zbyt wyraźnie, jakby próbowało nadrobić chwilę paniki.
Jego uśmiech - szeroki, niemal chłopięcy - był tak nieprzystający do napięcia, które jeszcze przed chwilą ją oplatało, że aż absurdalny. Przez krótką sekundę miała ochotę się na niego naprawdę rozzłościć. Zamiast tego poczuła jednak coś osobliwego, trudnego do nazwania. Jakby przypadkiem zajrzała przez uchylone drzwi do pokoju, do którego nigdy nie była zaproszona. Nie było w tym nic niewłaściwego, a jednak instynkt podpowiadał, że to nie był widok przeznaczony dla przypadkowych obserwatorów. W końcu przez lata przywykła do zupełnie innego obrazu. Od kiedy Rodolphus Lestrange uśmiechał się w ten sposób? Czuła się tak, jakby na moment zobaczyła wersję człowieka, której wcześniej nie znała.
Nie była jednak osobą, która zbyt chętnie okazywała dezorientację. Jej twarz pozostała więc niemal spokojna. Linie mimiki wygładziły się, a w spojrzeniu pojawiła się ta znajoma równowaga, którą wypracowała przez lata - umiejętność ukrywania reakcji, zanim zdążą przybrać zbyt wyraźną formę. Tylko przez moment jej wzrok zatrzymał się na jego oczach, jakby próbowała znaleźć w nich coś znajomego, coś, co przywróciłoby dawny porządek. Ale zamiast tego zobaczyła tylko zmęczenie.
- Doprawdy? Wspaniałe hobby - prychnęła pod nosem, przesuwając dłonią po włosach, które lekko wysunęły się z misternie upiętej fryzury podczas jej gwałtownego ruchu. - Powinieneś koniecznie wpisać je do rodzinnych kronik. Rodolphus, pogromca krzewów i postrach czarownic. - w jej głosie było jeszcze trochę napięcia, ale powoli ustępowało miejsca temu charakterystycznemu, lekko zgryźliwemu tonowi, który zwykle pojawiał się, gdy odzyskiwała grunt pod nogami.
- Akurat, bo ci uwierzę - wywróciła oczami, gdy odbił piłeczkę. Jedno nie wykluczało drugiego, a ona naprawdę widziała niedawno jakąś parę w oddali i jej przypuszczenia wydawały się bardzo prawdopodobne. Mimo to nie ciągnęła tematu, bo nie spodziewała się usłyszeć prawdy. Skupiła się za to na samym fakcie ucieczki z balu. - Było aż tak źle? - uniosła lekko brwi i dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie widziała go przez cały wieczór. Czyżby ukrywał się w ogrodach przez ten czas? Nawet jeśli nie lubił takich balów, to chyba zdążył się do nich przyzwyczaić w jakimś stopniu. Były nieodzowną częścią życia czarodziejskiej arystokracji.
- Nie, nikt mnie nie zaczepiał. Wydawało mi się, że widzę... - zaczęła, ale potem uświadomiła sobie, że wypowiedzenie tego na głos było zbyt wstydliwe, a sytuacja zbyt absurdalna. Nie chciała się tak przed nim obnażać. Zacisnęła z powrotem usta i pokręciła głową. - Nieistotne. Będę wdzięczna, jeśli mnie odprowadzisz.
Gdy zaproponował ramię, zawahała się tylko na krótką chwilę. Jej palce były chłodne, ale chwyt pewny.
- Twoje... towarzystwo nie będzie cię szukać? - rzuciła lekko, niemal niedbale, jakby chodziło wyłącznie o zwykłą kurtuazję.
Chłodne nocne powietrze powoli wypełniało jej płuca, wypierając resztki tamtej duszności, która jeszcze przed chwilą ściskała jej klatkę piersiową. Czuła, jak serce stopniowo zwalnia, choć wciąż uderzało trochę zbyt mocno, trochę zbyt wyraźnie, jakby próbowało nadrobić chwilę paniki.
Jego uśmiech - szeroki, niemal chłopięcy - był tak nieprzystający do napięcia, które jeszcze przed chwilą ją oplatało, że aż absurdalny. Przez krótką sekundę miała ochotę się na niego naprawdę rozzłościć. Zamiast tego poczuła jednak coś osobliwego, trudnego do nazwania. Jakby przypadkiem zajrzała przez uchylone drzwi do pokoju, do którego nigdy nie była zaproszona. Nie było w tym nic niewłaściwego, a jednak instynkt podpowiadał, że to nie był widok przeznaczony dla przypadkowych obserwatorów. W końcu przez lata przywykła do zupełnie innego obrazu. Od kiedy Rodolphus Lestrange uśmiechał się w ten sposób? Czuła się tak, jakby na moment zobaczyła wersję człowieka, której wcześniej nie znała.
Nie była jednak osobą, która zbyt chętnie okazywała dezorientację. Jej twarz pozostała więc niemal spokojna. Linie mimiki wygładziły się, a w spojrzeniu pojawiła się ta znajoma równowaga, którą wypracowała przez lata - umiejętność ukrywania reakcji, zanim zdążą przybrać zbyt wyraźną formę. Tylko przez moment jej wzrok zatrzymał się na jego oczach, jakby próbowała znaleźć w nich coś znajomego, coś, co przywróciłoby dawny porządek. Ale zamiast tego zobaczyła tylko zmęczenie.
- Doprawdy? Wspaniałe hobby - prychnęła pod nosem, przesuwając dłonią po włosach, które lekko wysunęły się z misternie upiętej fryzury podczas jej gwałtownego ruchu. - Powinieneś koniecznie wpisać je do rodzinnych kronik. Rodolphus, pogromca krzewów i postrach czarownic. - w jej głosie było jeszcze trochę napięcia, ale powoli ustępowało miejsca temu charakterystycznemu, lekko zgryźliwemu tonowi, który zwykle pojawiał się, gdy odzyskiwała grunt pod nogami.
- Akurat, bo ci uwierzę - wywróciła oczami, gdy odbił piłeczkę. Jedno nie wykluczało drugiego, a ona naprawdę widziała niedawno jakąś parę w oddali i jej przypuszczenia wydawały się bardzo prawdopodobne. Mimo to nie ciągnęła tematu, bo nie spodziewała się usłyszeć prawdy. Skupiła się za to na samym fakcie ucieczki z balu. - Było aż tak źle? - uniosła lekko brwi i dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie widziała go przez cały wieczór. Czyżby ukrywał się w ogrodach przez ten czas? Nawet jeśli nie lubił takich balów, to chyba zdążył się do nich przyzwyczaić w jakimś stopniu. Były nieodzowną częścią życia czarodziejskiej arystokracji.
- Nie, nikt mnie nie zaczepiał. Wydawało mi się, że widzę... - zaczęła, ale potem uświadomiła sobie, że wypowiedzenie tego na głos było zbyt wstydliwe, a sytuacja zbyt absurdalna. Nie chciała się tak przed nim obnażać. Zacisnęła z powrotem usta i pokręciła głową. - Nieistotne. Będę wdzięczna, jeśli mnie odprowadzisz.
Gdy zaproponował ramię, zawahała się tylko na krótką chwilę. Jej palce były chłodne, ale chwyt pewny.
- Twoje... towarzystwo nie będzie cię szukać? - rzuciła lekko, niemal niedbale, jakby chodziło wyłącznie o zwykłą kurtuazję.
learn the rules
then break some
then break some