07.03.2026, 12:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2026, 12:51 przez Lorraine Malfoy.)
– Ludzie przychodzą do mnie, bo wiedzą, że będę w stanie zapewnić im spokój po śmierci – powiedziała cicho, acz dobitnie Lorraine. – Przesłuchanie w Ministerstwie Magii zdało mi się tego spokoju przeciwieństwem. Zawsze możesz spisać raport tutaj, prawda? – zaproponowała pojednawczo Victorii, odruchowo przesunąwszy się jednak w stronę Teresy, jak gdyby chciała ją zasłonić własnym ciałem. – Przeczytaj jej akta. Zobacz, czy czegoś nie brakuje. Zrób, co trzeba, żeby nie nękali nas aurorzy. – Nas, podkreśliła solidarnie. Bo Lorraine była przecież częścią Nokturnu. Zwłaszcza teraz, gdy wreszcie pozwoliła sobie nazywać Necronomicon domem. Spokój, który dotychczas zachowywała, ustąpił miejsca bojaźni. Lorraine lekko pobladła na twarzy, słysząc słowa Victorii. Jak mogła czuć się spokojna, jeżeli w miejscu, które nazywała domem, nagle zaczynały dziać się rzeczy wyjęte spod jej kontroli? Kłamstwo zawsze było łatwiejsze. Udawanie, że nic się nie stało, ukrywanie się przed wzrokiem tych, którzy mogli skrzywdzić ją, jej rodzinę, jej przyjaciół. Wystarczyło jej już zamieszania z widowiskiem randkowym, gdy Atreus próbował zaaresztować Stanleya na jej oczach, choć chwilę wcześniej śmiał się z tego, że sam zgłosił przyjaciela w poczet randkowiczów w ramach żartu. Lorraine zniknęła stamtąd, zanim zdążyła rozpętać się awantura, ale wciąż bardzo przeżywała tę sytuację. "Nie można ufać psom Ministerstwa", prychnął Baldwin, gdy poskarżyła mu się na wszystko, całkiem roztrzęsiona. Obiecała sobie, że nigdy więcej żadnemu nie zaufa.
– ...Bo nie życzę sobie, żeby wyprowadzano z mojego domu kogoś zakutego w kajdanki. To miejsce, gdzie służy się bogini. Nie na to się umawialiśmy – powiedziała cicho, nie dbając o to, że brzmi jak pomylona. Założyła ręce na ramiona, jak dziecko, które nie wie do końca, jak osłonić się przed zagrożeniem. Lorraine nie wiedziała nawet, czym dokładnie jest to zagrożenie, ale żyła na Nokturnie wystarczająco długo, aby nauczyć się bać wymiaru sprawiedliwości. W podobny sposób bała się niegdyś grzechu, wtedy, kiedy katechizmu uczyła ją matka. Cały świat był wówczas pełen pokus, którym Lorraine nieustannie ulegała. Nawet jeżeli miała wystarczająco silną wolę, aby się im przeciwstawić, z pewnością była złą osobą, skoro pokusy w ogóle czuła. A skoro matka nazywała ją przez to wszystko potworem, Matka również musiała wierzyć w to, że Lorraine zasługuje na potępienie, prawda? Och, jak wiele czasu zajęło jej odkrycie, że tak nie jest. A przecież wciąż czuła wyrzuty sumienia, nieważne, czy winy jej były prawdziwe, czy urojone. Teraz nie niosła na plecach grzechów całego świata, teraz tylko wierzyła, że brygadziści i aurorzy zdają się czychać nieustannie pod jej drzwiami, podsłuchując, czekając na najmniejsze choćby potknięcie, jak gdyby była pospolitą przestępczynią. Narodziła się nieustraszoną, pomyślała, czując jak szklą się jej oczy, ale szybko nauczyła się strachu. Znaczenia podchwytliwych pytań, które zadawali przedstawiciele prawa. Nauczyła się obojętnie prześlizgiwać po nich spojrzeniem, bo wiedziała, że na niektórych wystarczyło krzywo spojrzeć, żeby zostać zaaresztowanym za obrazę funkcjonariusza. Nauczyła się paranoi.
Victoria jako Victoria była mile widziana w jej domu. Ale Victoria była też aurorem, a aurorów Lorraine się tak najzwyczajniej w świecie... Bała. Wcześniej zastanawiała się, dla czyjego bezpieczeństwa zaproszono tutaj Victorię. Teraz nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Teraz po prostu żałowała, że Baldwina nie było jeszcze w domu, żeby obronił ją przed tym wszystkim.
– Co, jeżeli inni aurorzy pomyślą, że można tu tak po prostu wpadać, przesłuchiwać zmarłych? Co jeżeli zaczną przesiewać popioły wydobyte z pieca krematoryjnego, stwierdziwszy, że zalatują tym innym rodzajem spalenizny? Co jeżeli każą rozgrzebać mogiły, zakłócając zmarłym odpoczynek? – Lorraine wyglądała na przejętą, bo mówiła ostrzej, szybciej, jak gdyby przerażała ją myśl o popełnieniu podobnego świętokradztwa. Musiała rzeczywiście w to wierzyć. W świętość grobu. W dostojeństwo śmierci. – Każdy zasługuje na to, żeby w obliczu ostateczności zachować godność. Nieważne, czy człowiek był złym, czy dobrym za życia. Po śmierci powinno się spowiadać wyłącznie Matce.
Pokręciła tylko głową, gdy usłyszała podziękowanie Teresy. Zrobiła co mogła, prawda? Ale jak zawsze było to niewystarczające.
– Przyniosę ci coś do ubrania – zwróciła się do ghoulki łagodniejszym już głosem. – Papier i pióro leżą na stoliku w kącie, pani władzo. – Lorraine nie odwróciła się już jednak, żeby sprawdzić, czy Victoria zamierza po nie sięgnąć: weszła po schodach na górę, żeby znaleźć sukienkę dla Teresy.
– ...Bo nie życzę sobie, żeby wyprowadzano z mojego domu kogoś zakutego w kajdanki. To miejsce, gdzie służy się bogini. Nie na to się umawialiśmy – powiedziała cicho, nie dbając o to, że brzmi jak pomylona. Założyła ręce na ramiona, jak dziecko, które nie wie do końca, jak osłonić się przed zagrożeniem. Lorraine nie wiedziała nawet, czym dokładnie jest to zagrożenie, ale żyła na Nokturnie wystarczająco długo, aby nauczyć się bać wymiaru sprawiedliwości. W podobny sposób bała się niegdyś grzechu, wtedy, kiedy katechizmu uczyła ją matka. Cały świat był wówczas pełen pokus, którym Lorraine nieustannie ulegała. Nawet jeżeli miała wystarczająco silną wolę, aby się im przeciwstawić, z pewnością była złą osobą, skoro pokusy w ogóle czuła. A skoro matka nazywała ją przez to wszystko potworem, Matka również musiała wierzyć w to, że Lorraine zasługuje na potępienie, prawda? Och, jak wiele czasu zajęło jej odkrycie, że tak nie jest. A przecież wciąż czuła wyrzuty sumienia, nieważne, czy winy jej były prawdziwe, czy urojone. Teraz nie niosła na plecach grzechów całego świata, teraz tylko wierzyła, że brygadziści i aurorzy zdają się czychać nieustannie pod jej drzwiami, podsłuchując, czekając na najmniejsze choćby potknięcie, jak gdyby była pospolitą przestępczynią. Narodziła się nieustraszoną, pomyślała, czując jak szklą się jej oczy, ale szybko nauczyła się strachu. Znaczenia podchwytliwych pytań, które zadawali przedstawiciele prawa. Nauczyła się obojętnie prześlizgiwać po nich spojrzeniem, bo wiedziała, że na niektórych wystarczyło krzywo spojrzeć, żeby zostać zaaresztowanym za obrazę funkcjonariusza. Nauczyła się paranoi.
Victoria jako Victoria była mile widziana w jej domu. Ale Victoria była też aurorem, a aurorów Lorraine się tak najzwyczajniej w świecie... Bała. Wcześniej zastanawiała się, dla czyjego bezpieczeństwa zaproszono tutaj Victorię. Teraz nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Teraz po prostu żałowała, że Baldwina nie było jeszcze w domu, żeby obronił ją przed tym wszystkim.
– Co, jeżeli inni aurorzy pomyślą, że można tu tak po prostu wpadać, przesłuchiwać zmarłych? Co jeżeli zaczną przesiewać popioły wydobyte z pieca krematoryjnego, stwierdziwszy, że zalatują tym innym rodzajem spalenizny? Co jeżeli każą rozgrzebać mogiły, zakłócając zmarłym odpoczynek? – Lorraine wyglądała na przejętą, bo mówiła ostrzej, szybciej, jak gdyby przerażała ją myśl o popełnieniu podobnego świętokradztwa. Musiała rzeczywiście w to wierzyć. W świętość grobu. W dostojeństwo śmierci. – Każdy zasługuje na to, żeby w obliczu ostateczności zachować godność. Nieważne, czy człowiek był złym, czy dobrym za życia. Po śmierci powinno się spowiadać wyłącznie Matce.
Pokręciła tylko głową, gdy usłyszała podziękowanie Teresy. Zrobiła co mogła, prawda? Ale jak zawsze było to niewystarczające.
– Przyniosę ci coś do ubrania – zwróciła się do ghoulki łagodniejszym już głosem. – Papier i pióro leżą na stoliku w kącie, pani władzo. – Lorraine nie odwróciła się już jednak, żeby sprawdzić, czy Victoria zamierza po nie sięgnąć: weszła po schodach na górę, żeby znaleźć sukienkę dla Teresy.