07.03.2026, 20:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2026, 20:27 przez Lorraine Malfoy.)
– Przed laty? – zagadnęła przekornie Lorraine, przewracając wesoło oczami. – Daj spokój, wyglądasz jakbyś ledwo wyszła z Hogwartu – dodała, delikatnie stukając się kubkiem z Urd w geście wznoszonego toastu. Zawahała się delikatnie na wspomnienie zniszczeń, jakie pozostawiła po sobie Spalona Noc, nawet jeżeli sugestia była subtelną. Starała się nie wracać myślami do zgliszczy domu w Little Hangleton. – Dobrze, że nie byłaś świadkiem tych pożarów – powiedziała tylko, ucinając temat Spalonej. Bliżej zainteresowała się jednak sentymentem obecnym w głosie Urd. – Masz tutaj może rodzinę? – zagadnęła łagodnie Lorraine. – Znane jest mi nazwisko Nordgesim, ale do tej pory miałam przyjemność poznać chyba tylko twojego kuzyna, Hjalmara. Czy jesteście jakoś bliżej spokrewnieni? To bardzo szlachetny i bogobojny człowiek. Pomyślałam, że jesteście podobni – mrugnęła do Urd, pozwalając jednak zrazu ponieść się rytmowi dyskusji.
A miały przecież do przedyskutowania tak wiele!
– Och, mamy tak wiele nawiedzonych lasów, że nie wiem nawet, o którym konkretnie mówisz. – Niektórzy (na przykład Baldwin, który zachowywał się tak, jak gdyby dłuższy spacer na łonie natury miałby się zakończyć dla niego śmiercią tragiczną) nazwaliby nawiedzonym nawet las otaczający posiadłość rodziny Malfoy. Nie dlatego, że rozciągał swe podwoje w okolicach monolitów Stonehedge, gdzie tego lata niemal doszło do rytualnego mordu, ale dlatego, że grasowała tam cała gromadka psów ich stryja. Czy Urd wiedziała jak to jest być przygniecionym do ziemi przez pięć wielkich borzoiów żądnych pieszczot? Lorraine szczerze w to wątpiła. Upiła łyk swojego grzańca, uśmiechając się do wspomnień, jakie wyniosła z kolejnego nawiedzonego lasu, Lasu Wisielców, było to wszystko jednak zbyt prywatne, aby dzielić się tym z dopiero co poznaną osobą. – Jeżeli jednak chodzi o Knieję Godryka, mogę cię zapewnić, że tamtejsze widma są jak najbardziej realnym zagrożeniem. Od czasu Beltane... – Lorraine pokręciła głową, a posmutniawszy nagle, urwała. – Wszędzie lęgnie się zło. Tak właśnie dzieje się, gdy ludzie uważają się za równych bogom, i próbują zaburzyć naturalną równowagę świata.
Z wdzięcznością przyjęła zmianę tematu na wysokość gaży zespołu. Zerknęła przelotnie w stronę sceny.
– Nie mam pojęcia. "Nie wybrałam sobie muzycznej kariery, bo wtedy sakiewka zawsze jest dziurawa" – przewrotnie powtórzyła słowa Urd, uśmiechając się psotnie do siedzącej obok kobiety. Widocznie zawahała się jednak, a w jej głosie przebrzmiała znowu melancholia. Być może dotknęły w rozmowie o wiele głębszego tematu aniżeli Lorraine pozwoliła sobie na początku zdradzić. – Tutaj nie chodzi o pieniądze – odrzekła powoli, przesuwając palcem wzdłuż brzegów kubka. – Za pieniądze uczyłam kiedyś gry. Głównie dzieci, bo sama byłam jeszcze dzieckiem... Wiele się nauczyłam, udzielając tych korepetycji. Rzuciłam to jednak, gdy przekazałam najzdolniejszemu z moich uczniów wszystko, co umiałam. Może o nim słyszałaś. Oleander Crouch. Nie dalej jak w sierpniu wrócił z małego tournée po Europie – Lorraine miękko wymówiła imię swojego podopiecznego, nie potrafiąc ukryć przy tym delikatnego uśmiechu dumy. – Drzemie w nim wielki talent. Nie tylko gra, ale i komponuje... Zasłużył na uznanie. Niech mu Matka wynagrodzi za wszystkie piosenki, które skomponował dla mnie. – Widać było, że wielką przyjemność sprawia Lorraine wychwalanie Oleandra. Oczy jej na chwilę zaszły mgłą reminiscencji, zaśmiała się jednak po chwili milczenia, jak gdyby rozbawiona tym, że wzruszyła się własną opowieścią. Widać było, że wciąż bardzo o chłopca dba, ale wolała zmienić temat, żeby nie wyjść na zbyt sentymentalną istotę. – W każdym razie nie gram za pieniądze. Można jednak powiedzieć, że robimy w podobnej branży, bo prowadzę zakład pogrzebowy.
A miały przecież do przedyskutowania tak wiele!
– Och, mamy tak wiele nawiedzonych lasów, że nie wiem nawet, o którym konkretnie mówisz. – Niektórzy (na przykład Baldwin, który zachowywał się tak, jak gdyby dłuższy spacer na łonie natury miałby się zakończyć dla niego śmiercią tragiczną) nazwaliby nawiedzonym nawet las otaczający posiadłość rodziny Malfoy. Nie dlatego, że rozciągał swe podwoje w okolicach monolitów Stonehedge, gdzie tego lata niemal doszło do rytualnego mordu, ale dlatego, że grasowała tam cała gromadka psów ich stryja. Czy Urd wiedziała jak to jest być przygniecionym do ziemi przez pięć wielkich borzoiów żądnych pieszczot? Lorraine szczerze w to wątpiła. Upiła łyk swojego grzańca, uśmiechając się do wspomnień, jakie wyniosła z kolejnego nawiedzonego lasu, Lasu Wisielców, było to wszystko jednak zbyt prywatne, aby dzielić się tym z dopiero co poznaną osobą. – Jeżeli jednak chodzi o Knieję Godryka, mogę cię zapewnić, że tamtejsze widma są jak najbardziej realnym zagrożeniem. Od czasu Beltane... – Lorraine pokręciła głową, a posmutniawszy nagle, urwała. – Wszędzie lęgnie się zło. Tak właśnie dzieje się, gdy ludzie uważają się za równych bogom, i próbują zaburzyć naturalną równowagę świata.
Z wdzięcznością przyjęła zmianę tematu na wysokość gaży zespołu. Zerknęła przelotnie w stronę sceny.
– Nie mam pojęcia. "Nie wybrałam sobie muzycznej kariery, bo wtedy sakiewka zawsze jest dziurawa" – przewrotnie powtórzyła słowa Urd, uśmiechając się psotnie do siedzącej obok kobiety. Widocznie zawahała się jednak, a w jej głosie przebrzmiała znowu melancholia. Być może dotknęły w rozmowie o wiele głębszego tematu aniżeli Lorraine pozwoliła sobie na początku zdradzić. – Tutaj nie chodzi o pieniądze – odrzekła powoli, przesuwając palcem wzdłuż brzegów kubka. – Za pieniądze uczyłam kiedyś gry. Głównie dzieci, bo sama byłam jeszcze dzieckiem... Wiele się nauczyłam, udzielając tych korepetycji. Rzuciłam to jednak, gdy przekazałam najzdolniejszemu z moich uczniów wszystko, co umiałam. Może o nim słyszałaś. Oleander Crouch. Nie dalej jak w sierpniu wrócił z małego tournée po Europie – Lorraine miękko wymówiła imię swojego podopiecznego, nie potrafiąc ukryć przy tym delikatnego uśmiechu dumy. – Drzemie w nim wielki talent. Nie tylko gra, ale i komponuje... Zasłużył na uznanie. Niech mu Matka wynagrodzi za wszystkie piosenki, które skomponował dla mnie. – Widać było, że wielką przyjemność sprawia Lorraine wychwalanie Oleandra. Oczy jej na chwilę zaszły mgłą reminiscencji, zaśmiała się jednak po chwili milczenia, jak gdyby rozbawiona tym, że wzruszyła się własną opowieścią. Widać było, że wciąż bardzo o chłopca dba, ale wolała zmienić temat, żeby nie wyjść na zbyt sentymentalną istotę. – W każdym razie nie gram za pieniądze. Można jednak powiedzieć, że robimy w podobnej branży, bo prowadzę zakład pogrzebowy.