Deirdre dała znać swojej matce w kilku słowach, że udaje się z Astorią na Pokątną, na co jej matka uśmiechnęła się przytakująco i pośpieszyła ją, aby dołączyła do znajomych. Sama zamierzała jeszcze porozmawiać ze swoimi znajomymi. Miały spotkać się w domu na świątecznej kolacji.
Wkrótce więc młode kobiety teleportowały się na Pokątną. Deirdre uderzyła pustka na straganach i ogólny brak świątecznego nastroju dookoła nich, co w teorii było zrozumiałe, ale raziło ją.
Wzięła Avery pod rękę i rozejrzała się.
— Trochę jak sceneria jakiejś sztuki u Selwynów — stwierdziła przyciszonym głosem. — Myślisz, że będzie tutaj cokolwiek wartego uwagi?
Deirdre najbardziej rozglądała się za straganami ze słodkościami, których zazwyczaj w takich miejscach bez liku, z kolejkami rodziców zaciągniętych przez dzieci ku pastelowym cukrowym świderkom, czekoladowym fontannom i magicznym żelkom. Tym razem jednak wypatrzyła tylko jedno takie miejsce, co przyprawiło ją o zawód. Brak konkurencji oznaczał kiepski wybór.
— Może będą mieli watę cukrową.
Biorąc pod uwagę jak chuda była uzdrowicielka, ciężko uwierzyć, że bywały dni, kiedy żywiła się tylko i wyłącznie czekoladowymi żabami, herbatnikami oraz naparami ziołowymi. Od dziecka Deirdre kochała słodycze, jak każdy szkrab, tylko nigdy z tego nie wyrosła. Gdy była nastolatką, matka złapała ją na dosypywaniu cukru do wina do kolacji, bo jego cierpkość wykręcała jej buzię, a posłodzone zawsze smakowało lepiej. W Hogwarcie, jeżeli była taka możliwość, ciągle zajadała jakieś ciasta i tartaletki i pomimo uszczypliwości koleżanek o jej apetycie, nie przybrała od tego ani grama. Gorzej, że groźby, że żaden jej nie będzie chciał, i tak się spełniły, nadmiar tłuszczu czy nie. Po prostu Deirdre miała odpychającą osobowość.