Należało mu się? Flynn miał nieodparte wrażenie, że nie było to takie proste. Ambroise powiedział mu coś, czego nie powinien, ale czego właściwie miał nauczyć go cios w twarz? Uderzenia działały na ludzi podatnych tresurze, dlatego bito go właściwie od dzieciństwa, ale Ambroise musiał być, podobnie jak Geraldine, paniczykiem. Ludzie z dobrych domów postrzegali coś takiego co najwyżej jako zniewagę, nie wyciągali z tego lekcji większych niż nienawiść do oprawcy. Nie dało się ich złamać jak człowieka, który w chwilach kryzysu przypalał się papierosami i tęsknił do momentów, kiedy miał właścicielkę. Nie czuł się dobrze „wolny”. Nigdy nie wiedział, co z tą całą „wolnością” miałby zrobić.
Bystre oczy wpatrujące się w Thomasa należały do człowieka przerażająco smutnego i żyjącego we własnym, dziwacznym świecie, ale… był to również człowiek piekielnie w swoim wiecznym rozczarowaniu rzeczywistością inteligentnego.
Nie, Nora nie potrafiła zadbać o swoje bezpieczeństwo. Wiedział to, bo trzymała tutaj swojego przerażającego brata. Wiedział to, bo ta kawiarenka nie była fortecą nie do zdobycia. Nie mógł się tutaj pokazywać, bo od razu ściągnie na nią kłopoty. Najlepiej, gdyby nie pokazywał się też publicznie z nią ani z jej dzieckiem. Goniła go okropna przeszłość śmierdząca trupami gnijącymi na dnie Ścieżek. Oczywiście, że nie chciał zabijać ludzi – a jednak robił to od prawie dwudziestu lat. Nie zaśmiał się więc z żadnego rzuconego tutaj żartu. Nie potrafił żartować z tego, jak często widział na swoich dłoniach krew, której nie potrafił zmyć i zasypiał dopiero po odurzeniu się tak mocno, żeby nie móc wstać.
– Oboje wiemy, że nie możesz mi pomóc – powiedział spokojnie, gasząc propozycję pomocy zupełnie tak, jak zgasił palonego przed chwilą papierosa. Thomas był wysoki, na tyle wysoki, żeby można było zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że nie trzyma go za ramię brat Nory, tylko Cain. Kusiło go to. Uleganie chwilowym fantazjom przychodziło mu z lekkością, ale… nie zrobił tego. Zamiast tego zadarł głowę do góry zmrużył oczy, wpatrując się w zaniedbaną twarz otoczoną aureolą ciemnych loków. W takich chwilach potrafił w siebie bardzo zwątpić. Pożałować, że nie ciągnął tego bardziej, że Thomas tej okazji nie wykorzystał, nikt nie pchnie go w kierunku kredensu i nie pomoże mu chociaż przez chwilę poczuć się szczęśliwym. Z jednej strony wiedział, że uzależnienie od seksu niszczyło go tak samo, jak uzależnienie od papierosów, trucizn i wszystkiego innego, co wlewał w siebie lub palił żeby zapomnieć o tym jak żałosną kreaturą stał się na przestrzeni lat. Byli blisko siebie, tak niewiele słów i gestów brakowało do tego, żeby dać mu do zrozumienia jak łatwy był, jak niewiele trzeba było zrobić, żeby wreszcie czuł się spełniony i potrzebny. To umyj się ze mną. Prześpij się ze mną na tej kanapie. Ilu facetom powiedział to na przestrzeni ostatnich miesięcy? Na tym etapie to przestawało robić mu różnicę. – Mógłbyś m… – Urwał, przerażony sam sobą. I nagle tylko ta nienawiść do wewnętrznego zła, które dostrzegł w nim kilka chwil temu, pozwoliły mu na odwrócenie twarzy. Nie udało im się powstrzymać wodospadu łez, który polał się ze smutnych jak diabli oczu.
Nic nie było takie proste jak mówił Thomas Figg. Nic! Cała jego egzystencja stanowiła bezkresną spiralę do zatracenia. Za każdym razem kiedy wydawało mu się, że niżej już nie upadnie, on wciąż udowadniał, że się da – można jeszcze topić się w coraz głębszym mule i odpadach, dławić się błotem… Nie mógł zakończyć swojego życia na własnych warunkach – co to dokładnie zmieniło? Zginie zaraz z ręki innego wpływowego przestępcy, z którym w przeszłości zadarł Laurent. Nie był i nie będzie w szczęśliwym związku pełnym zrozumienia i miłości, był psem na posyłki, znaczył dokładnie tyle, ile znaczył ten cholerny jarczuk…
Chciał powiedzieć: idę, ale wydał z siebie tylko paniczne sapnięcie. Wziął swoją kurtkę i wyszedł z Nory Nory tak szybko jak tylko potrafił.
Bystre oczy wpatrujące się w Thomasa należały do człowieka przerażająco smutnego i żyjącego we własnym, dziwacznym świecie, ale… był to również człowiek piekielnie w swoim wiecznym rozczarowaniu rzeczywistością inteligentnego.
Nie, Nora nie potrafiła zadbać o swoje bezpieczeństwo. Wiedział to, bo trzymała tutaj swojego przerażającego brata. Wiedział to, bo ta kawiarenka nie była fortecą nie do zdobycia. Nie mógł się tutaj pokazywać, bo od razu ściągnie na nią kłopoty. Najlepiej, gdyby nie pokazywał się też publicznie z nią ani z jej dzieckiem. Goniła go okropna przeszłość śmierdząca trupami gnijącymi na dnie Ścieżek. Oczywiście, że nie chciał zabijać ludzi – a jednak robił to od prawie dwudziestu lat. Nie zaśmiał się więc z żadnego rzuconego tutaj żartu. Nie potrafił żartować z tego, jak często widział na swoich dłoniach krew, której nie potrafił zmyć i zasypiał dopiero po odurzeniu się tak mocno, żeby nie móc wstać.
– Oboje wiemy, że nie możesz mi pomóc – powiedział spokojnie, gasząc propozycję pomocy zupełnie tak, jak zgasił palonego przed chwilą papierosa. Thomas był wysoki, na tyle wysoki, żeby można było zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że nie trzyma go za ramię brat Nory, tylko Cain. Kusiło go to. Uleganie chwilowym fantazjom przychodziło mu z lekkością, ale… nie zrobił tego. Zamiast tego zadarł głowę do góry zmrużył oczy, wpatrując się w zaniedbaną twarz otoczoną aureolą ciemnych loków. W takich chwilach potrafił w siebie bardzo zwątpić. Pożałować, że nie ciągnął tego bardziej, że Thomas tej okazji nie wykorzystał, nikt nie pchnie go w kierunku kredensu i nie pomoże mu chociaż przez chwilę poczuć się szczęśliwym. Z jednej strony wiedział, że uzależnienie od seksu niszczyło go tak samo, jak uzależnienie od papierosów, trucizn i wszystkiego innego, co wlewał w siebie lub palił żeby zapomnieć o tym jak żałosną kreaturą stał się na przestrzeni lat. Byli blisko siebie, tak niewiele słów i gestów brakowało do tego, żeby dać mu do zrozumienia jak łatwy był, jak niewiele trzeba było zrobić, żeby wreszcie czuł się spełniony i potrzebny. To umyj się ze mną. Prześpij się ze mną na tej kanapie. Ilu facetom powiedział to na przestrzeni ostatnich miesięcy? Na tym etapie to przestawało robić mu różnicę. – Mógłbyś m… – Urwał, przerażony sam sobą. I nagle tylko ta nienawiść do wewnętrznego zła, które dostrzegł w nim kilka chwil temu, pozwoliły mu na odwrócenie twarzy. Nie udało im się powstrzymać wodospadu łez, który polał się ze smutnych jak diabli oczu.
Nic nie było takie proste jak mówił Thomas Figg. Nic! Cała jego egzystencja stanowiła bezkresną spiralę do zatracenia. Za każdym razem kiedy wydawało mu się, że niżej już nie upadnie, on wciąż udowadniał, że się da – można jeszcze topić się w coraz głębszym mule i odpadach, dławić się błotem… Nie mógł zakończyć swojego życia na własnych warunkach – co to dokładnie zmieniło? Zginie zaraz z ręki innego wpływowego przestępcy, z którym w przeszłości zadarł Laurent. Nie był i nie będzie w szczęśliwym związku pełnym zrozumienia i miłości, był psem na posyłki, znaczył dokładnie tyle, ile znaczył ten cholerny jarczuk…
Chciał powiedzieć: idę, ale wydał z siebie tylko paniczne sapnięcie. Wziął swoją kurtkę i wyszedł z Nory Nory tak szybko jak tylko potrafił.
Postać opuszcza sesję
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.